środa, 13 lutego 2008

Times New Viking - Rip It Off (1.9)


moja babcia zwykła powtarzać, że wszystko jest dla ludzi. ja sam twierdzę dodatkowo, że wszystkiego w życiu trzeba spróbować chociaż raz. czasem raz wystarczy, już wiem jak to jest, nie podoba mi się, przynajmniej spróbowałem. tak się ma sytuacja z płytą 'przezabawnie' nazywającego się zespoliku (zbyt dużo czasu spędzonego przy msword robi swoje...). zespół ten pochodzi z ohio i gra, powiedzmy, noise-rocka. właściwie ciężko stwierdzić, bo stosunek noise'u do rocka jest jak nieuczciwych polityków do tych pozostałych. czyli jakieś 9 do 1. ja naprawdę wiele jestem w stanie zrozumieć. auralne tortury stosuję nadzwyczaj często, od drillnbassowych trzasków Aphex Twina, przypominających nagranie bójki na noże płyt Converge aż po wszystkie lo-fi wynalazki typu Neutral Milk Hotel czy Camera Obscura. nie przeszkadza mi, kiedy Jack White ustawi za dużą czułość mikrofonu przy nagraniach i tak dostatecznie przesterowanej gitary. gdy pierszy raz usłyszałem te paskudne a do tego umieszczone z premedytacją na płycie pitch-bendy My Bloody Valentine to ugięły się pode mną kolana z wrażenia. jestem fanem dobrej muzyki mimo wszystko, dźwiękowe eksperymenty traktuję z szacunkiem nawet kiedy się nie powiodą i jestem w stanie zaakceptować słaby miks płyty, kiedy zespołu aktualnie nie stać na lepszy mix w profesjonalnym studio. ale w przypadku TNV miarka się przebrała. co innego brudne brzmienie a co innego jego brak z powodu zbyt dużej ilości zakłóceń. tutaj zwyczajnie nic nie słychać bo widocznie pomysłem na brzmienie wieśniaków z ohio jest maksymalna kompresja i dołożenie tyle szumów ile się da. wyobraźcie sobie maksymalnie suchy distortion eksponujący właściwie tylko środek i skrzeczącą górę. i nie uwierzę nigdy, że nie dało się tego lepiej wyprodukować, zwłaszcza w krainie tysiąca i jednego macbooka. jeszcze gdyby pod tym totalnie bezsensownym syfem kryły się melodie warte tych męczarni to wszystko byłoby ok. ale tutaj zwyczajnie nic się nie dzieje. indie-pop na dwa głosy zagrany bez pomysłu i pozbawiony zapadających w pamięć melodii. jedyne co zostaje po odsłuchaniu tego czegoś to ból uszu (nie trzeba wcale słuchać głośno) i żal za bezpowrotnie straconymi minutami. współczuję hipsterom, którzy po przeczytaniu którejś z pozytywnych recenzji (o zgrozo, są takie) ładują ten koszmar na ipoda i ruszają w miasto. znam przyjemniejsze sposoby niszczenia sobie słuchu. jedyny plus(?) jest taki, że utwory rzadko dobijają do granicy 2 minut, kolejny (i ostatni już) minus to fakt, że jest ich aż 16. nie polecam wrogowi.

Brak komentarzy: