środa, 20 października 2010

UNSOUND dzień drugi

19:30 INTERSECTIONS
(Silje Nes, Laetitia Sadier, Mice Parade)

Drugi UNSOUNDowy wieczór wypełniła muzyka, która nijak miała się do myśli przewodniej festiwalu, ale nie mogło być inaczej, skoro nikt tego od zaproszonych zespołów nie wymagał. Ot, łączona trasa kilku znajomych, której kolejnym przystankiem był Kraków, a że przy okazji wypełnią jeden dzień festiwalowej ramówki? A co to za festiwal? Odbywa się co roku?*



Zacznijmy od tego, że koncert rozpoczął się z prawie 40-o minutowym poślizgiem, ponieważ zespoły bardzo późno przyjechały do Krakowa i sound check trwał praktycznie do ostatniej chwili. Takie ich zbójeckie prawo, niestety. Silje Nes, wątłej postury Norweżka, która otworzyła wieczór, występowała długo i zawzięcie. Towarzyszący jej duet perkusisty z basistą/skrzypkiem dwoił się i troił, instrumentów na scenie przewinęło się kilkanaście. Wspomagani przez loopstation muzycy tworzyli na scenie mocno rozbudowane konstrukcje, które choć same w sobie bardzo urokliwe, miały jednak jedną zasadniczą wadę – towarzyszył im głos Silje Nes. Nie ma nic złego w głosie pozbawionym charyzmy, często balansującym na granicy słyszalności, nie o to tu chodzi. Dużo gorzej jednak, gdy głos ten należy do gatunku tych, o których zapomina się 3 sekundy po usłyszeniu piosenki, które ledwo niosą melodię, a co dopiero tekst i ewentualnie jakieś emocje. Jestem pewien, że Silje Nes zyskała sobie kilku fanów tym występem, ja zapamiętam z niego tylko kilka zaskakujących zagrywek perkusyjnych i.. to w zasadzie tyle.



Latitia Sadier, znana z występów w Stereolab, zamknęła swój solowy występ w 20 minutach, co okazało się długością idealną. Nie to, żeby męczyła jakoś strasznie, rzekłbym, że wręcz przeciwnie. Po prostu jej muzyka w tej dawce i w tym miejscu (wciśnięta między dwa mocno rozbudowane składy) sprawdziła się idealnie. Piękny głos, piękne melodie, do tego, uśmiech na scenie i na widowni. Legendarny status Leaetitii został gdzieś za kulisami, trudno było nie ulec zauroczeniu.
Koncert Mice Parade zapowiadał się jako eksplozja dźwięków granych w wirtuozerski sposób. Znani między innymi z HiM czy June of 44 muzycy samą swoją dyskografią wywołują dreszcze u fanów post- czy math-rocka. I rzeczywiście, koncert zagrany został na dwa zestawy perkusyjne, 3 gitary, 2 głosy i klawisze (obsługiwane przez Gunnara z mum, który jak tak dalej pójdzie będzie występował w Krakowie dziesięć razy w roku) i miejscami porażał bezwzględną egzekucją niezwykle skomplikowanych rytmów i struktur. Gatunkowo mieliśmy do czynienia z eklektyczną mieszanką, której podstawą był motoryczny rock, ale wycieczki w kierunkach muzyki progresywnej, latynoskiej czy nawet dubowej były nader częste. Cały ten natłok dźwięków i skojarzeń sprawiał jednak wrażenie nieco chaotycznego i raczej dekoncentrował niż przyciągał. Muzykom Mice Parade trudno odmówić umiejętności a sam koncert dostarczył solidnej dawki emocji z gatunku tych najprzyjemniejszych, jednak o stanach euforycznych nie mogło być mowy.



*Zapytał Adam Pierce nieco skonsternowaną publiczność podczas koncertu Mice Parade.

wtorek, 19 października 2010

UNSOUND dzień pierwszy

Jak dowiodły dwie ostatnie edycje, krakowski festiwal UNSOUND to już jest zabawa dla dużych chłopców. I choć od samego początku brzmienia mu towarzyszące należały raczej do tych mroczniejszych, to dopiero teraz organizatorzy zdecydowali się na obranie jasno zdefiniowanego, choć przewidywalnego leitmotivu. Horror – the pleasure of fear and unease stało się mottem tegorocznej edycji. Czy to dobrze? Z jednej strony taka właśnie tematyka narzucała się sama, trudno znaleźć lepsze miejsce dla mrocznych, dźwiękowych podróży, niż spowity październikową mgłą Kraków. Z drugiej zaś tak dokładnie dopowiedziana przewodnia estetyka musi wywołać, przynajmniej u części słuchaczy, równie jasno sprecyzowane wymagania, które może być trudno zaspokoić. W końcu trudno o większą sztukę, niż zrobienie dobrego horroru.

19:00 – THE DARK SIDE
(Bjarnason/Fjellstrom/Elegi/Sinfonietta Cracovia)



Koncert otwierający festiwal zapowiadał się genialnie – połączenie groteskowych animacji, mrocznej elektroniki i pełnej mocy 46-o osobowej orkiestry. To musiało robić wrażenie. I faktycznie, filmy z serii Kafkagaarden Lichtspiel Show (z gościnnymi występami animacji z Fat Pie) pięknie wprowadzały w klimat wieczoru i całego festiwalu. Gorzej było z przygotowanej specjalnie na tę okoliczność luźnej impresji na temat historii Kuby Rozpruwacza. Na ekranie nie działo się nic, podobnie było w warstwie muzycznej. Nie wierzę, że byli tacy, którzy w tym czasie nie ziewali. Przepastne, oniryczne kompozycje Bjarnasona zamiast niepokoju budziły jedynie zmęczenie. Ratunkiem okazała się kompozycja Pendereckiego (z wykorzystaniem cyfrowej taśmy). Kilka minut tej brutalnej muzyki rozpisanej m.in. na maltretowanie instrumentów skutecznie wybudziło publiczność z letargu. Suita z Psychozy Hitchcocka (autorstwa bernarda Herrmanna) jawiła się na tle dotychczasowych dźwięków niczym anielski śpiew. Rytm! Melodia! W ciągu godziny zdążyliśmy za nimi zatęsknić. Wieńcząca wieczór kompozycja Bjarnasona z towarzyszeniem Elegi nawiązała do poruszanego już tego wieczora motywu snu – na sali słodko spał niejeden słuchacz.



20:30 – BLOOD SUCKERS
(Roll The Dice/Baaba+)

Mangha wewnątrz spowita mgłą jeszcze gęstszą, niż tan na zewnątrz. Publiczność wygodnie usadowiona a na scenie Szwedzi z Roll The Dice, w przebraniu godnym teledysków Rammstein. Umorusane węglem twarze, kubraczki jak za nieboszczki Austrii. A muzyka? Wyobraźcie sobie The Knife z piekła rodem, te same syntetyczne brzmienia, tylko zanurzone w mrocznym transie. Podobny efekt na koncertach osiąga Jon Hopkins, ale do jego osiągnięcia wykorzystuje połyskujące trzaski opatulone w ambientowe plusze. Roll The Dice to czysty analog, organy Rhodes'a i cała bateria efektów. To był ten mrok, którego oczekiwałem.



Zwieńczeniem dnia pierwszego był koncert Baaby z gościnnym towarzyszeniem koleżanki Natalii Przybysz i pianistki pozostającej dla mnie anonimową. Odziani w kostiumy rodem z kiepskiego horroru zaprezentowali własną interpretację muzyki Krzysztofa Komedy do Nieustraszonych Pogromców Wampirów Polańskiego. Jak na Baabę przystało do tematu podeszli z należnym mu dystansem. Przetworzone pienia i jęki, punkowe dudnienie i jazzowe improwizacje – to wszystko złożyło się na ten występ. Tyleż sprawnie wpisujący się w festiwalowe ramy, co w przeważającej części nieporywający.



To nierówne otwarcie, choć miejscami wybitne, w ogólnym rozrachunku należy uznać za dość przeciętne. Cieszy jego rozmach i całkiem sprawne zmierzenie się z estetyką horroru. Martwi nieco chaotyczne dobranie poszczególnych elementów. Może to właśnie o to uczucie niepokoju chodziło? Zobaczymy, co będzie dalej.

środa, 1 września 2010

Festiwal Nowa Muzyka 2010 - Nothing's Shocking



Tegoroczna Nowa Muzyka potwierdziła toczący krajowe festiwale syndrom przeinwestowania. Wypasione line-upy, naszpikowane ulubieńcami, nie były w stanie zaskoczyć stałych bywalców czy wręcz kogokolwiek. Jeszcze rok temu piękno wszystkich tych imprez polegało na tym, że wracało się z każdej z całą masą nowej, ekscytującej muzyki do przesłuchania. Odkrywało się dla siebie nowe trendy i zjawiska. W tym roku susza. Niby wszystko fajnie, większe budżety przełożyły się na większe nazwy, ale wszystko już słyszeliśmy, wszystko już było. Może to sezon mamy wyjątkowo lichy? Bo jeżeli chillwave jest szczytem innowacji natenczas, to faktycznie jest źle. Na ironię zakrawa fakt, że jeden z najlepiej przyjętych setów FNM2010 należał do DMX Krew, a był wypełniony brzmieniami nie młodszymi niż rok 1992. Powiem krótko: czy wszystkich już do reszty pojebało z tą nostalgią? Nawet The Bug, którego zeszłoroczny set był dowodem na to, że można jeszcze coś wycisnąć z tych samych, dubstepowych narzędzi, w tym roku już dwukrotnie dał się poznać z dość zachowawczej strony. Kręcący się wokół klimatów trip-hopowych, ale doprawiony zdrową dawką hałasu występ King Midas Sound był dość średni, a mimo to należy traktować go jako jeden z najlepszych w tym roku.

Omijać szerokim łukiem człowieka z The Bug (potwierdza to od 2 lat na Nowej muzyce).

No dobrze, wiemy już, że było tak sobie, ale po kolei. Spóźniony prawie godzinę koncert Three Trapped Tigers był świetny, i jako jeden z niewielu zostawił po sobie trwające dłużej niż dobę wrażenie. Zmiany tempa, szalejąca perkusja, noise'owa gitara, dużo kombinowania. Warto o nich pamiętać. Następnie wspomniany już Król Midas, który mile zaskoczył ostrejszymi wersjami nagrań studyjnych, co ewidentnie nie podobało się większości napotkanych miłośników tychże.

king midas spoko, tylko basy wszystko psuły.




Z występu Jaga Jazzist zapamiętam fantastyczną brodę bębniarza (urodzony frontman) i kilka mocniejszych, fusionowych fragmentów. Reszta gdzieś się rozpłynęła, m.in. dzięki przydługim solówkom. Pantha Du Prince - zgodnie z oczekiwaniami - postawił na budowanie atmosfery i łagodny trans, czym z powodzeniem rozbujał zmarzniętą i przemoczoną publiczność. Życzyłbym sobie więcej takich występów. Koncertu Bonobo oczekiwałem szczególnie, ewidentnie tylko po to, żeby się rozczarować. Muzyka, która niesie ze sobą tyle naturalnego ciepła na płycie, na żywo pozostawiła mnie obojętnym. No, może poza atakiem śmiechu na widok solówki perkusisty na bis, jak na jakimś, z przeproszeniem, Genesis.

na jagga jazzist gary pierdziały,trąba fałszowała - pozdrawiam aqstyka środkowym palcem.bonobo super ale czemu wy ludzie nie qmacie że na koncertach przed samą sceną się bawi a nie stoi jak pipa:/


Występ Autechre tylko potwierdził, że jestem stary i zgrzybiały. Te same dźwięki, które wywoływały u mnie ciarki te 10 lat temu, kiedy pierwszy raz do nich docierałem, na żywo nie dały się w pełni docenić, zwłaszcza w tych warunkach. Taki dźwiękowy atak pięknie sprawdził się w wymagającej skupienia przestrzeni szybu Wilson, ale wśród zieleni (również tej wyjątkowo powszechnie przypalanej wokół), na wietrze, nie było szans na chwilę skupienia. A szkoda, bo mimo wszystko te kilka chwil, w których udało mi się nakierować myśli jedynie na odbiór muzyki, muszę uznać za wyjątkowo przyjemne.

żeby na takim festiwalu spierdoliły się światła na scenie to jest normalnie wstyd.




Sobotę otworzył Kamp!, który widziany i słyszany już kilkakrotnie za każdym razem sprawia co raz lepsze wrażenie, ale unosząca się nad ich występami atmosfera playbacku psuje dobre wrażenie. W drodze na Bibio chwila rozrywki w autobusie, gdzie akurat dawała czadu najśmieszniejsza grupa w Polsce, czyli Muariolanza. O dziwo w ciągu pierwszych 3 minut ani razu nie zareklamowano ze sceny nowej/najnowszej płyty. Wyraźnie spada im autopromocyjna forma. A tymczasem Bibio zadawał kłam wszystkiemu, co napisano o nim w festiwalowej broszurze (podobnie jak połowa wykonawców, brawa dla researcherów!), czyli zamiast neo-folkowego transu był soczysty, acz zwichrowany hip-hop. Bujało przepięknie, choć o oryginalności mowy nie ma.

bardzo chcialem byc na koncercie ale trafilismy do chorzowskiej szuflady i jakos tak nie podrodze bylo


Dub Mafia straszyła ze sceny głównej uk garage'owymi brzmieniami prosto z roku 1996. Wiecie, jungle'owa perkusja, żywy bas, soulowy wokal, skrecze. Rupieć zjadliwy tylko dla fanów. Nosaj Thing oczyścił atmosferę zwartym setem eleganckich beatów, które miejscami sprawiały wrażenie naprawdę postępowych. W międzyczasie Loops Haunt zagrał nieco pod publiczkę, szczególnie musiały się podobać ukłony w stronę wspominanego z rozrzewnieniem Clarka. Występ Prefuse 73 okazał się być równie wymagający jak jego nagrania. Jak już pisałem atmosfera w tym roku szczególnie takim występom nie sprzyjała (przydałby się namiot...), toteż całość trochę mnie zawiodła. Były momenty, oj były, ale za każdym razem trzeba było na nie niemiłosiernie długo czekać. To nie jest muzyka łatwych wygranych.

Koncert P73 z Aukso chujowy (jak i sobotni zresztą, ale tysiąc razy bardziej zblazowany),




W przeciwieństwie do wspomnianego już na początku DMX Krew, który dał błyskawicznie przyswajalny show. Trochę acid house'u, trochę rave'u spod szyldu wczesnego The Prodigy, trochę breaków, czysta rozrywka w nieskazitelnie 'przestarzałej' formie. Tanecznym krokiem biegniemy na Moderat, a tam było już tak niemiecko, że aż zapachniało bradwurstem. Na czym jak na czym, ale na nudnym techno Niemcy znają się jak mało kto. No dobra, wizuale zasługiwały na najwyższe pochwały, ale czy naprawdę potrzeba było aż czterech niemiaszków (w tym jednego wyglądającego jak turecki policjant na urlopie) do odegrania wszystkiego nuta w nutę jak na płycie? Wystarczyłby Apparat i laptop. Widziałem ich już drugi raz i pozostaję niewzruszony.

Moderat rzecz jasna wiksa


Na poprawienie humoru idealny był pocieszny Gonjasufi, który na szczęście nie nudził jak na płycie, a jego zwroty do publiczności o śpiewanie wraz z nim rozbawiły mnie do rozpuku. Towarzyszący mu Gaslamp Killer dopisuje się do nurtu retro-szperaczy, jest niczym Quentin Tarantino muzyki elektronicznej, wygrzebuje prawdziwe perły muzyki, niejednokrotnie sprzed 40 lat z okładem, które gdyby nie jego miksy pewnie popadłyby w zapomnienie. Chropowate, oparte o sample beaty, do których lepiej lub gorzej dopasowywał się Gonjasufi były miłym wstępem do solowego setu Killera, w którym nie było już miejsca na sentymenty. Były za to liczne występy gościnne w playliście i najmocniejsze basy całego festiwalu i jednocześnie najlepsza zabawa. I choć temperatura spadła poniżej 10 stopni a zimny wiatr jeszcze dokładał swoje, pod sceną było gęsto aż do końca.

i na koniec domniemana wisienka- gaslamp. i zimny kubel wody na koniec- mialy byc digi, mialo byc czarno, bylo nijak.




Odskocznią od trzepiących wnętrznościami basów była niedziela na Giszowcu, czyli występ Prefuse 73 z tyską orkiestrą Aukso. Jeszcze w piątek sam pan dyrygent na łamach prasy stwierdził, że sam nie wie, jak będzie, bo na próby za mało czasu, ale to jak się okazuje była zwykła kokieteria. Kompozycje Herrena zabrzmiały bardzo filmowo, skromnie, ale niezwykle trafnie. Elektronika zeszła na drugi plan, przez większość koncertu była wręcz niezauważalna. Podobnie jak zapewne większość publiczności FNM nie jestem jakimś zagorzałym miłośnikiem muzyki poważnej/współczesnej, ale koncert w Szybie Wilson podobał mi się niezmiernie.

skrzypce jakieś, baduty, a my tak w kurtkach i bez krawatów. Nie to, że jestem przeciwnikiem takich brzmień, wręcz przeciwnie, ale pytanie, które rzuca się chyba na suta wszystkim: co Scott właściwie robił przy tym lapku?




(wszystkie cytaty są autentyczne i pochodzą ze słyszenia lub shoutboxu FNM na last.fm. pisownia oryginalna.)

wtorek, 31 sierpnia 2010

Pamięć vs Nostalgia

Dziwna sprawa z tą nostalgią. Każdy jej ulega od czasu do czasu, ale czy zastanawialiście się kiedyś gdzie kończy się pamięć o czymś a zaczyna rozpamiętywanie? Każde zjawisko, trend, wydarzenie czy postać w którymś momencie przechodzi ze stanu skupionego do zupełnie rozmytego, masowo zapominamy o wszystkich niepotrzebnych, ale często też niewygodnych szczegółach i koncentrujemy się na tym, co wywołuje w nas ckliwe rozrzewnienie na samą myśl o tymże. Zmarnowane lata i całe dekady z perspektywy czasu nie wydają się już takie złe, wszystko nabiera innego wymiaru i dziwnym trafem rzeczy, do których jeszcze kilka lat temu nikt by się nie przyznał, nagle wracają na salony praktycznie nienaruszone, często wręcz otoczone atmosferą kultu. No dobrze, ale jak to się ma do muzyki popularnej? Już wyjaśniam.

Punktem wyjścia niech będzie chillwave, którego popularność zasadza się praktycznie w całości właśnie na nostalgii. Nie trzeba dużo główkować, żeby usłyszeć w nim pop lat 70tych i 80tych, od struktury utworów po brzmienie, często dodatkowo przejaskrawione, żeby nikt nie miał wątpliwości, że ma do czynienia z retro-stylizacją. Do tego dorzuciłbym jeszcze nostalgię za latami 90tymi, bo dzisiejsi słuchacze chillwave'u wtedy właśnie zaliczyli teoretycznie najbardziej beztroskie dni swojego życia, które z pewnością wypełniały również dźwięki dekad poprzednich. I to właśnie ta dekada zalicza ostatnimi czasy szczególnie widoczny comeback.

No bo tak. Do ogłoszenia powrotu jakiejś dekady potrzebna jest – według mojej teorii – cezura czasowa min. 10 lat. Po tym czasie kolektywna świadomość kasuje całą zbędną wiedzę na temat danego okresu, przede wszystkim zaś związane z nim negatywne emocje. Pamiętacie lata 80te? No pewnie, pierwszy hip-hop, raczkujący indie-rock, korzenie grunge'u, filmy z Rambo i Żółwie Ninja. A Rick Astley, Debbie Gibson, Wham, Spandau Ballet? A epidemia AIDS, agresja na Afganistan, stan wojenny? Nieee, kto by sobie tym zaprzątał głowę, wtedy było fajnie i koniec. Poza tym Spandau Ballet byli zupełnie OK. To samo tyczy się lat 90tych. To były czasy! Nintendo, hity z satelity, BMX, naklejki z NBA. W muzie też same cuda, Nirvana, Radiohead, britpop, Tupac i Biggie, etc. Byli też Shaggy, Backstreet Boys i Limp Bizkit, ale raczkująca właśnie nostalgia za latami 90tymi jeszcze ich nie rozgrzeszyła.

No właśnie, czy znacie taki trend w muzyce, który nie doczekał się reaktywacji po latach? Mega-obciachowe disco, dawniej strawne tylko dla naspidowanych bywalców klubów, dziś podrywa do tańca i zatwardziałych awangardzistów. Stylizowany na lata 80te synth-pop z powodzeniem radzi sobie nie tylko na listach przebojów, ale i w indie-dyskotekach (vide La Roux, Hurts). Tandetny, plastikowy pop lat 90tych dziś zdobywa rzesze fanów, którzy jeszcze 15 lat temu pogardzali (lub pogardzaliby) takimi potworkami jak Ace of Base, a dziś bez cienia zażenowania pląsają przy hitach Lady Gagi. Każdy popularny nurt przeżywa w końcu odwet medialny, czy też po prostu wywołany zmęczeniem słuchaczy spadek popularności. Z podkulonym ogonem chowa się gdzieś w swojej niszy, przeczekuje chude lata, ale prędzej czy później wraca z nową siłą, odchudzony i skrojony do potrzeb nowych słuchaczy. Nie zdziwiłbym się, gdyby tuż za rogiem czaił się wielki comeback flanelowego, klasycznego grunge'u, a zaraz za nim opuszczony krok królów nu-metalu. Dajcie mu odpowiednio dużo czasu, a nawet 'najgorsze gówno' zostanie zrehabilitowane do co najmniej akceptowalnego statusu.

Na koniec zagadka: jak myślicie, które zjawiska i postacie niedawno zakończonej dekady mają największą szansę na powrót za te 10-15 lat?

piątek, 20 sierpnia 2010

Produkcja_Dystrybucja_Rewolucja

W ostatnich miesiącach miało miejsce kilka wydarzeń, pozornie niezwiązanych ze sobą, ale jakże symptomatycznych dla aktualnego stanu przemysłu muzycznego. Po pierwsze, w maju odnotowano najniższą sprzedaż płyt kompaktowych od 1991 roku. Po drugie, w tym samym tygodniu numerem jeden w USA była nowa płyta The National. Po trzecie, całkiem niedawno najnowsza płyta Arcade Fire w dniu premiery również trafiła na pierwsze miejsce Billboard 200, głównie dzięki sprzedaży cyfrowej i ...płyt winylowych. Zatrzymajmy się przez chwilę przy pierwszym wydarzeniu.

Pamiętacie jeszcze jak to było w latach 90ych? Teoretycznie nie zmieniło się tak wiele. Wtedy, tak jak dziś, w piłkę grało się po jedenastu a samochody tankowało się benzyną. Dla wielkich wytwórni to były złote czasy Pewnie, że płyty kompaktowe były drogie, ba, relatywnie były dużo droższe niż dziś. Na szczęście nie było dla nich sensownej alternatywy. Przegrywanie muzyki na dużo słabszej jakości kasety czy porównywalne jakościowo, ale horrendalnie drogie minidyski mijało się z celem. Był jeszcze „drugi obieg” płyt, wytłoczonych gdzieś w tajdze, z okładką drukowaną via HP, dostępnych po konkurencyjnej cenie, z możliwością negocjacji. Żadne z tych zjawisk nie stanowiło realnego zagrożenia dla sprzedaży oryginalnych kompaktów, które w rekordowym 1999 roku tylko w USA rozeszły się w liczbie 982 milionów sztuk.

W tym samym roku jakiś dzieciak z Bostonu uruchomił lawinę, która zniszczyła dotychczasowy układ już na zawsze. Strona naspter.com wystartowała w czerwcu 2001 roku i udostępniała pierwszy program do swobodnej wymiany plików opatrzonych rozszerzeniem *.mp3. Dotychczas „problem” mp3 był marginalizowany, ponieważ kompresowane pliki były relatywnie niskiej jakości i zajmowały całkiem sporo miejsca na mikroskopijnych dyskach ówczesnych pecetów. Do tego do ich ewentualnej wymiany potrzebna była umiejętność obsługi protokołu IRC, no i przydawało się szybkie, stałe łącze, na które stać było niewielu domowych użytkowników. Sytuacja wyglądała zupełnie inaczej na amerykańskich kampusach, i to tam napster zrobił największą furorę.

Zanim grube ryby z wytwórni zorientowały się co się dzieje – było już po wszystkim. Kolejne klony napstera łączyły już nie tysiące, a miliony użytkowników wymieniających się swoimi zasobami, do czego przyłożyła się rosnąca w kolejnych latach popularność taniego i szybkiego dostępu do internetu. Jednocześnie burza rozpętana przez organizacje chroniące właścicieli praw autorskich oraz tabuny spanikowanych artystów (którzy, nota bene, w większości owych praw nie posiadali) ostatecznie doprowadziła do zamknięcia napstera w 2001 roku. Był to pierwszy i zarazem ostatni sukces odnotowany przez wielkie wytwórnie w tej nierównej walce. Model dystrybucji, do którego byli przyzwyczajeni legł w gruzach, ale oni nie mieli zamiaru tego zaakceptować. Wśród zacietrzewionej większości ludzi z branży znaleźli się jednak tacy, którzy już wtedy wiedzieli, że lepiej wyjdą na szybkim dostosowaniu się do nieuchronnych zmian.

Na rynku pojawiła się nisza, którą najszybciej dojrzeli ludzie z Apple'a, wprowadzając do sprzedaży rewolucyjnego jak na owe czasy iPoda i przede wszystkim uruchamiając wiosną 2003 roku sklep iTunes. Dziś sprzedażą plików z muzyką zajmuje się kilkadziesiąt podobnych sklepów a wpływy pochodzące ze sprzedaży cyfrowej kilka lat temu przegoniły już sprzedaż płyt CD. Co prawda puryści narzekają na niską jakość plików oferowanych przez większość dystrybutorów (zwykle jest to żałosne 128kbps), ale w ciągu dekady zdążyła wytworzyć się grupa słuchaczy, którzy dosłownie wychowali się na empetrójkach. Ich słuch nie jest już w stanie odróżnić muzyki z CD od tej z iPoda, więc wolą o wiele mniej kłopotliwe w przechowywaniu pliki od fizycznej kopii. Przyłożyły się do tego również stacje radiowe, które praktycznie w 100% przesiadły się na odtwarzanie muzyki w mp3, przyzwyczajając w ten sposób masowego odbiorcę do muzyki w gorszej jakości. I choć nielegalna wymiana plików wciąż kwitnie i nie da się jej żadnym sposobem opanować, to legalna dystrybucja stanowi w tej chwili główne źródło dochodów w przemyśle muzycznym. Do tego ci sami ludzie, którzy we wszelakich mediach pomstują na piractwo i spadającą sprzedaż płyt, jednocześnie inkasują rekordowe zyski z rynku, który dziwnym trafem nie ma zamiaru się kurczyć.

No dobrze, ale co z tymi winylami? No właśnie, zjawisko reanimacji płyt winylowych jest dość zagadkowe. Wygląda na to, że na rynku wytworzyło się kilka podgrup. Mamy więc tych, którzy ciągle jeszcze kupują kompakty (w zeszłym roku było to prawie 600 milionów sztuk na całym świecie), mamy tych, którzy zamienili wszelkiej maści płyty na pojemne dyski twarde, i wreszcie tych, którzy fetyszyzują format o znikomej trwałości, ale za to otoczony aurą jakiegoś analogowego obrzędu i dający spore pole do popisu dla projektantów i grafików. Oczywiście wszystkie te grupy przenikają się i nie trudno wyobrazić sobie słuchacza kolekcjonującego wszystkie możliwe formaty, łącznie z kasetami, które, o zgrozo, ostatnio również zaliczają skromny, ale widoczny comeback.

Pomimo tej swoistej mody na teoretycznie martwe formaty, dominacja dystrybucji cyfrowej na rozwiniętych ekonomicznie rynkach (Polska to ciągle zaścianek, nie tylko w tej kwestii) stała się faktem, ale przy galopującym rozwoju technologii już wkrótce może nas czekać zmiana lidera. Wszystko wskazuje na to, że kolejnym krokiem będą błyskawicznie rozwijające się serwisy streamingowe. Już dziś najwięksi gracze na tym ciągle skromnym rynku, czyli brytyjski Spotify i amerykański Grooveshark, zarabiają krocie na dostarczaniu muzyki w jakości mp3 bez konieczności pobierania całego pliku. Przypomina to gigantyczną, cyfrową szafę grającą poszerzoną o kilka sprytnych opcji, takich jak tworzenie playlist, etc. Dostęp darmowy obarczony jest koniecznością oglądania lub wysłuchiwania reklam, za pozbawione ich wersje premium trzeba już zapłacić. Ten genialny w swej prostocie pomysł zdobywa coraz większe grono miłośników a prawdziwa eksplozja jego popularności ma dopiero nastąpić.

Otóż nie kto inny, ale koncern Apple, zaraz po tym jak nabył i automatycznie zamknął streamingowy serwis Lala, ogłosił zamiar uruchomienia nowego serwisu opartego o umieszczone na serwerach online dyski dostępne dla użytkowników. Dzięki temu każdy będzie miał dostęp do swoich danych z poziomu iPhone'a czy każdego innego urządzenia korzystającego w WiFi. Innymi słowy twoja cyfrowa kolekcja muzyki – z założenia zakupionej w sklepie iTunes – będzie zawieszona gdzieś w cyberprzestrzeni a Ty będziesz miał do niej dostęp tam, gdzie jest internet, czyli w niedalekiej przyszłości praktycznie wszędzie. Z coraz szybszym i szerszym dostępem do internetu oraz dostępnością urządzeń wyposażonych w WiFi, będzie również rosła ilość i popularność innych serwisów streamingowych.

Co ciekawe – i tu należy szukać sedna – w samym centrum tej rewolucji znajdują się zespoły powszechnie uważane za niszowe. To fani muzyki alternatywnej najszybciej przerzucili się na, cóż, alternatywne sposoby dystrybucji muzyki, a z drugiej strony, to oni ciągle jeszcze ewidentnie kupują płyty. Przy okazji wylansowali nowe sposoby słuchania i odkrywania nowej, ekscytującej muzyki. Dziś naprawdę znaczące opinie dotyczące muzyki alternatywnej nie płyną z pism branżowych czy stacji radiowych – te media są już za wolne. Okresy wzrostu czy spadku popularności danego artysty mierzy się już nie w latach czy miesiącach, ale nierzadko w tygodniach. Przykładów zespołów, które zdobyły niemalże natychmiastową popularność dzięki morzu pochwał płynących z blogosfery można wymienić tysiące. I to w blogosferze właśnie należy szukać wskazówek co do tego, co czeka rynek muzyczny w przewidywalnej przyszłości, czyli pewnie w ciągu najbliższych 2-3 lat. Co będzie później? Czy rynek zmieni się tak bardzo, jak zmienił się przez ostanie 10 lat? Co z wytwórniami, dystrybutorami, sklepami, wreszcie artystami, którzy wraz z postępem technologicznym zarabiają coraz mniej na samej muzyce? Tego zapewne nikt nie jest w stanie przewidzieć.

środa, 11 sierpnia 2010

OFF_Relacja - Epilog

Tegoroczny, jubileuszowy OFF Festival pięknie podsumował swoją dotychczasową działalność i jednocześnie był zupełnie nowym otwarciem. Przy ogromnej ilości zagranicznych zespołów w line-upie aż trudno uwierzyć, że w 2006 roku mogliśmy usłyszeć ich zaledwie kilka. Dziś OFF jest już potężną marką, wartą kilkanaście razy więcej niż chcieliby radni Mysłowic, czego dowodem był wielomiesięczny turniej okolicznych miast wojewódzkich o to, kto przejmie imprezę. Wybór Katowic wydaje się najbardziej naturalnym, a piękne okolice dzielnicy Muchowiec idealnie odtwarzają klimat kąpieliska w Słupnej, z dodatkowym, lotniczym elementem wystroju. Jeśli nadchodzące wybory samorządowe nie poczynią w lokalnym magistracie jakiejś rewolucji, to aż miło pomyśleć jak przy tym finansowaniu i w tym miejscu będzie rósł w siłę ten najlepszy polski festiwal. Jeszcze moment i OFF stanie się imprezą równorzędną z Primaverą czy szwedzkim Way Out West.

To tyle w temacie pochwał i pozytywów. Z drugiej strony przy całym rozmachu tegorocznej edycji nasuwa się jednocześnie niewesoła refleksja, że ilość nie zawsze przechodzi w jakość. Osobiście zabrakło mi tak ekstatycznych uniesień, jakie pamiętam z występów w latach poprzednich. Być może to jedynie wina słabego roku w skali globalnej, a z corocznego wachlarza wakacyjnych atrakcji, które zawitały do Europy, nie dało się wyłowić niczego ciekawszego. Niewiele osób wie, że selekcja festiwalowa w dużym stopniu uzależniona jest od aktualnej oferty współpracujących z imprezą tour managerów i nawet największy budżet nie da rady zapewnić line-upu marzeń. A może po prostu wieloletnie już kształtowanie (również mojego) gustu muzycznego przez kolegę Rojka skończyło się tym, że coraz trudniej jest mu czymś zaskoczyć, że o wywołaniu zachwytu nie wspomnę. W czasach, kiedy każdy szanujący się gimnazjalista dzień zaczyna od niezalowej, blogerskiej prasówki i nawet Pitchforka traktuje się z przymrużeniem oka, OFF Festival stał się imprezą niemalże mainstreamową. Tak czy siak, zupełnie nowe okoliczności, w jakich odnalazła się ta impreza, oraz wymienione wyżej powody sprawiają, że jej dalszy rozwój będziemy obserwować z jeszcze większym zainteresowaniem. Do zobaczenia (dopiero!) za rok.

OFF_Relacja #4

Dzień trzeci (czwarty) i ostatni. Tym razem się udało, załapaliśmy się na spory fragment koncertu Ed Wood, którzy, jak się okazuje, na żywo grają świetnie, choć ich nagrania są przecież niesłuchalne. Kolejny mocny cios zaserwowali Brytyjczycy z Pulled Apart By Horses, którzy pewnie graliby zwykłego hardcore'a, gdyby nie wrodzona skłonność do pisania świetnych, intrygujących, hard rockowych riffów zahaczających o repertuar Black Sabbath.



Następnie The Tallest Man On Earth zagrał na swojej zepsutej gitarze i zepsutym głosie tak, że aż trudno uwierzyć, że to Szwed, a nie Amerykanin gdzieś z południowych Stanów. Bear In Heaven wypadli bardzo przyzwoicie, pomimo wyraźnie słyszalnych inspiracji, do których z pewnością można zaliczyć The Knife, czy pierwszy album Yeasayer. Norwegowie z Casiokids ewidentnie stawiają na proste, ale zgrabne melodie zamiast niepotrzebnych sztuczek technicznych, dzięki czemu dali najbardziej strawny i chyba najbardziej roztańczony synthpopowy koncert festiwalu. Bardzo pozytywnie zaskoczyły Dum Dum Girls, które znaną z debiutanckiego nagrania lo-fi popową muzykę, na żywo oprawiają w powalającą, goth-westernową stylizację. Do tego piękne, harmonizowane wokale i cover Stonesów na otwarcie – nie można się nie zakochać.



Wiedziony legendą Galaxie 500 zaszedłem na koncert Damon & Naomi i nie mogę powiedzieć, że mi się nie podobało, ale słów zachwytu również nie usłyszycie. To samo tyczy się występu No Age, którzy pięknie generują hałas, ale zupełnie nie potrafią pisać piosenek, co potwierdził najlepszy w całym zestawie cover Black Flag. Brak im tego czegoś, co tak świetnie sprawdza się w przypadku np: Japandroids – umiejętności łączenia agresji z dostatecznie wpadającą w ucho, ale nie ckliwą melodią. Później było już tylko lepiej: The Raveonettes udowodnili, że nie bez powodu byli i są jednymi z liderów odrodzenia garażowego brzmienia w muzyce rockowej a piekielnie utalentowana liderka Tune-Yards powaliła eklektyczną mieszanką opartą głównie o afrykańskie rytmy i niezwykły, mocny głos.



O koncercie The Flaming Lips już od miesięcy mówiło się tylko w podniosłym tonie, miał to być najważniejszy koncert tego sezonu i pod wieloma względami chyba faktycznie tak było. Z kosmiczną oprawą ich występu może konkurować chyba tylko nadchodzący krakowski występ Muse, natomiast muzycznie pewnie pozostaną bezkonkurencyjni. Oczywiście, że Wayne Coyne nieco fałszuje a cała ta cyrkowa oprawa być może odciągała uwagę od pozostałych niedoskonałości, z przykrótką set listą na czele. Mam jednak wrażenie, że to raczej porywająca atmosfera beztroskiego, muzycznego święta zaważyć musi na najwyższej ocenie tego koncertu.

OFF_Relacja #3

Dzień trzeci (drugi). Polskie przygrywki niestety znowu wypadły z planu dnia. Sobota wystartowała jednak z impetem dzięki bardzo udanemu występowi FM Belfast, którzy porwali trójkowy namiot w radosnym pląsie. Kolejne dwa koncerty odbywały się równocześnie, na skrajnie oddalonych od siebie scenach, ale ponieważ obie formacje cenię wysoko, udało mi się pojawić i tu i tam. Po Mitch & Mitch spodziewałem się triumfalnego powrotu na OFF po niezapomnianym występie z 2006 roku, ale okazało się, że ewidentnie nie są już na fali wznoszącej – widziałem ich kilkanaście razy, ale jeszcze nigdy nie spotkali się z tak słabym przyjęciem. Tides From Nebula wręcz przeciwnie – ich pełna post-metalowego patosu muzyka wywołała u widowni wypełniającej namiot Sceny Eksperymentalnej niemalże spazmy zachwytu. Później dość długo nie działo się nic ciekawego, aż do występu Archie Bronson Outfit. Surowy, psychodeliczny rock przywodzący na myśl dokonania Clinic przywrócił mi nadzieję na to, że dzień jeszcze nie jest stracony. Na Scenie Leśnej brytyjczycy z Tunng dali zdaje się poprawny, łagodnie folkujący koncert, z którego jednakowoż nie zapamiętałem niczego szczególnego. These Are Powers w tym samym czasie zamienili Scenę Eksperymentalną w nowojorskie indie disco, w moim przypadku zaostrzając jedynie apetyt na ewentualny występ Gang Gang Dance. W kraju, w którym wódka leje się szerokim strumieniem a najpopularniejsza melodia to Sto Lat, koncert swojsko brzmiących A Hawk And A Hacksaw musiał spotkać się ze świetnym przyjęciem, i tak było w istocie – skrzypki z harmonią przycinały tak, że aż kierpce furkały.



Duńczycy z Mew wypełnili kolejną godzinę świetnie wyreżyserowanym występem, który z jednej strony czerpał z tradycji bombastycznego rocka progresywnego, a z drugiej zaś z mazgajowatego plumkania w stylu Snow Patrol czy Keane. Jednym z dwóch najbardziej chyba oczekiwanych występów całego festiwalu był koncert kombatantów z Dinosaur Jr. Strasznie lubię ten zespół, doceniam i słyszę jego wkład w jakieś 70% muzyki, której słucham na co dzień. Nie zmienia to faktu, że ich katowicki koncert nie wywoływał żadnych emocji. Ot, zagrali kilka hitów i zeszli ze sceny, a licznie zgromadzona publiczność odpłaciła im stojąc nieruchomo w niemalże całej swojej rozciągłości.



Kolejną wycieczką w krainę płyt dawno już osłuchanych na śmierć był koncert Lali Puna, który zapewne sprawdziłby się lepiej w kameralnej sali, do tego na wysokości roku 2005. Na zakończenie jeden z niewielu naprawdę frapujących koncertów całego festiwalu – formacja Zs, która udowodniła, że z minimalnym składem i odrobiną odwagi można robić prawdziwe cuda. Nie każdy potrafi (i powinien) improwizować na scenie, a Ci chłopcy zrobili z improwizacji na dwie gitary, perkusję i saksofon prawdziwą broń masowego rażenia.

OFF_Relacja #2

Dzień drugi (pierwszy) rozpoczął się z poślizgiem. A to przez ulewę, która nawiedziła tego dnia Górny Śląsk i skutecznie uniemożliwiła naszej ekipie dotarcie na Muchowiec przed 17tą. Zwiedzanie zaczęliśmy zatem od Sceny Eksperymentalnej, gdzie Psychic Paramount serwowali wyśmienity kawałek hałaśliwej psychodelii. Obrany kierunek prawidłowy, ale przedłużające się zabawy gitarzysty z efektami nieco psuły efekt. Jak pokazał występ Toro Y Moi chillwave z powodzeniem sprawdza się na żywo, choć być może to Bundick po prostu jest najsprytniejszym przedstawicielem tego mikro-gatunku. Chwilę później na Leśnej Something Like Elvis dali stereotypowy pokaz smutnej, polskiej alternatywy, przy której bawiło się kilku gości grubo po trzydziestce. Wiało nudą. Występ The Horrors również mnie zawiódł, zapowiadał się jako freak-beatowa rewelacja, a skończyło się na pozbawionym energii, półamatorskim shoegaze'owaniu. No i nie zagrali Crawdaddy Simone, za co należy się kolejny minus.



Fennesz we fragmencie wzmógł jedynie apetyt na pełnowymiarowy koncert w przyzwoitych warunkach. W tym samym czasie Art Brut postarali się o pierwszy na festiwalu akcent rozrywkowy. Podali świetnie skrojone, motoryczne, rock'n'rollowe piosenki okraszone 'wokalem', który w warstwach muzycznej i słownej godzien jest Mike'a Skinnera. Trójkowy namiot wypełnił się po brzegi specjalnie dla powracających do Katowic Efterklang, którzy na swój, pełen uroku sposób interpretują skandynawski, świetnie zaaranżowany folk-pop. Świetnie zaprezentowali się Włosi z Zu, choć brzmienie przywodzące Naked City z jednej i Meshuggah z drugiej strony mogło odstraszać co wrażliwszych. Ponoć Artur Rojek już próbował sprowadzić The Fall w poprzednich latach, ale stanowczo mu to odradzano. Jak się okazuje – bardzo słusznie. Rotacyjny skład złożony głównie z anonimowych muzyków ciągnął ten występ do przodu, ale wszystko psuł półprzytomny Mark E. Smith. Efektem była raczej ciekawostka z post-punkowego muzeum niż solidny występ.



Nowojorczykom z A Place To Bury Strangers nie można odmówić intensywności, ale plotki głoszące, że ich koncerty rzekomo urywają dupę, okazały się mocno przesadzone. Mój festiwalowy dzień zakończył się tam, gdzie się rozpoczął, na Scenie Eksperymentalnej, gdzie formacja Trans AM dała koncert niemalże perfekcyjny. Nieprawdopodobna energia, świetnie dobrany materiał oraz – last, but not least – powalająca, campowa prezencja, to był zdecydowanie numer jeden piątku na OFFie.

piątek, 6 sierpnia 2010

OFF_Relacja #1

Obawiałem się, czy tegoroczny OFF zachowa sielankową, odświętną atmosferę poprzednich edycji. Oczywiście jeszcze za wcześnie na werdykt, ale tegoroczny koncert otwarcia, choć pozbawiony sakralnego dekorum, mówiąc krótko, 'dał radę'. Nie było jednak idealnie: zbyt późno ogłoszone przenosiny do większej sali GCK zaowocowały relatywnie niską frekwencją. Olbrzymi plus tej przeprowadzki był taki, że wielka, idealna akustycznie sala sprawdziła się 100 razy lepiej, niż Hipnoza, która jak wiadomo na koncerty się nie nadaje (pisałem już o tym w relacji z Ars Cameralis 2009). A jak same koncerty?

Ecstatic Sunshine

Projekt, którego skład w zależności od potrzeb mieści od 1 do 3 osób, tym razem zaprezentował się w wersji solo. Matt Papich 'grał na gitarze' masakrując jej brzmienie za pomocą baterii efektów. Wygenerował w ten sposób hałaśliwy, transowy, 40-o minutowy utwór, który nieśmiało jedynie zahaczał o zręby formy. Muzyka płynęła niespiesznie, wznosiła się i pikowała, były momenty naprawdę frapujące, całość jednak wypadła równie monotonnie jak towarzysząca jej, zapętlona wizualizacja.



Matmos

Na 'dzień dobry' poluzowali atmosferę kilkoma żartami, na szybko odegrali impresję na temat Chopina (pieniądze z ministerstwa zobowiązują) a potem było już tylko lepiej. Bardzo przyjemnie słucha się muzyki, która może i nie jest odkrywcza, nie buzuje od nowych pomysłów i technik, nie szarpie słuchacza za ucho, ale za to jest konsekwentna, szczera i jest jej dobrze z tym, czym jest. Sample z trupa i dźwięki generowane na żywo, wymieszane i podane w sposób elegancki, nie wiem, czy kalsyczny czy już staroświecki, ale niepozbawiony łobuzerskiej fantazji. Dodatkowo poruszający się w kilku skrajnie różnych odcieniach emocjonlanych, od nieco infantylnej zabawy po autentyczną grozę. Pełen profesjonalizm. Na bis wystąpili wraz z Ecstatic Sunshine (w końcu ich ziomkiem z Baltimore), co zawsze cieszy, bo ma się wrażenie brania udziału w wydarzeniu jednorazowym.



To tyle tytułem wstępu, pora na główne atrakcje.

niedziela, 11 lipca 2010

TOP CZTERY - NERD ROCKERS

Jak świat światem bycie nieprzystosowanym do życia odludkiem sprzyjało robieniu świetnej rockowej muzy. Przykłady? Są ich tysiące. Jedni mają obsesję na punkcie gier fantasy, inni uczą się nocami klingońskiego, jeszcze inni zakopują się w książkach o wampirach czy innym ustrojstwie. Poniewierani przez życie z powodu swoich skrzywień na punkcie tego czy tamtego, prędzej czy później sięgają po gitary i przelewają swoje nastoletnie żale na taśmę. Reszta jest historią. Oto kilku gamoni, którzy w kategorii przekuwania swoich obsesji w sukces sceniczny prześcignęli całe zastępy podobnych im nerdów.

Bill KELLIHER (gitarzysta Mastodon)

Pierwszym filmem, jaki mały Billy zobaczył w kinie były Gwiezdne Wojny i było to doświadczenie tak silne, że już na zawsze pokrzywiło jego niewinny umysł. Kelliher na punkcie GW ma absolutnego zajoba. Do tego stopnia, że własnemu dziecku dał na imię Harrison (od odtwórcy roli Hana Solo, Harrisona Forda), połowę mieszkania zamienił w muzeum zabawek z logo Star Wars, a gdzieś po drodze obtatuował sobie ramiona postaciami łowców nagród z oryginalnej trylogii. Hej, ja też lubię Gwiezdne Wojny, naprawdę, ale są rzeczy, których się zwyczajnie nie robi.



Sebastian BACH (ex-wokalista Skid Row)

Fenomen zespołu KISS właściwie zupełnie ominął Europę. Pewnie dlatego, że w USA dzieciaki oszalały do tego stopnia, że zespół mógł zupełnie ją zignorować, wypuszczając za to na rodzimy rynek miliony najczęściej badziewnych gadżetów i praktycznie wszystkiego, na czym da się zarobić. Wyobraźcie sobie absolutnie dowolną rzecz. A teraz wyobraźcie sobie tę samą rzecz, tylko z logo KISS - ta rzecz z pewnością istnieje i jest do kupienia. O ile wcześniej nie kupił jej Sebastian Bach. Ów koleżka spędził większą część życia zbierając (e.g. kupując za ciężkie pieniądze) wszystko, co namaścił Gene Simmons & Co. Od magnesów na lodówkę po maszynę do pinballa. Jakby tego było mało Bach już dziecięciem będąc inwestował w kolekcję komiksów, która dziś zawiera m.in. pierwszy numer Spider-Mana (wart $ 25.000) i jest przetrzymywana w ognioodpornym sejfie. Sebastian Bach z dumą nadaje powiedzeniu "duży chłopiec" zupełnie nowego znaczenia.



Rivers CUOMO (wokalista, gitarzysta Weezer)

Rivers Cuomo jest rzadkim przykładem nerda wielokierunkowego - Multinerda. Gry RPG, komputery, KISS, piłka nożna, Azjatki - ten koleś ma świra na punkcie wszystkich tych rzeczy. Ale największą obsesją Riversa jest on sam. Z ponad 800 piosenek, które zdążył nagrać w ciągu swojego 40-o letniego życia, ok. 85% porusza kwestię Riversa Cuomo. Ale czy może być ciekawszy temat niż facet, który wychował się w buddyjskiej komunie w Connecticut, któremu 10 lat zajęło ukończenie studiów i który dziewictwo stracił grubo po trzydziestce? No bez żartów. I choć połowa sukcesu Weezera i tak opiera się na tym samym uczuciu, którym zdrowy emocjonalnie humanoid odczuwa na widok zmokniętego szczeniaczka, to Rivers z podniesionym czołem i bez cienia zażenowania opowiada kiedy i gdzie się da o swoich nieudanych podbojach miłosnych i bez mała każdej sekundzie swojej nerdowskiej egzystencji. Obecnie pracuje nad potężnym internetowym pamiętnikiem, który ma co do godziny opisywać jego życie w Kalifornii w latach 1992-1994, kiedy powstawał Weezer. Drżyjcie.



Claudio SANCHEZ (wokalista gitarzysta, Coheed & Cambria)

Słusznej postury Portorykańczyk wyposażony w groteskową burzę czarnych włosów i zupełnie nieprzystający głos małej dziewczynki - Claudio Sanchez na każdym etapie obcowania ze swoją skromną osobą udowadnia, że jest niekwestionowanym królem wszystkich nerdów. Nie ma co się silić na zgryźliwe uwagi, ta historia pisze się sama. Wszystkie teksty C&C z kolejnych płyt opowiadają historię Coheeda i Cambrii, postaci wymyślonych przez Sancheza, żyjących gdzieś w odległej galaktyce zwanej Bag On Line, walczących z kosmicznymi potworami o życie swoich dzieci. Mało? Całą tę historię Sanchez przeniósł do komiksu i książki, ponoć jest pomysł na ekranizację. Idąc za ciosem wymy ślił kolejną komiksową postać, Kill Audio (sic!), który jako żywo przypomina samego autora i przemierza świat zwalczając kiepską muzykę. Pojawiły się też figurki z podobizną bohatera, które Claudio ochoczo upiększa swoim autografem Mało?? Wszystkie elementy obydwu historii oparte są na faktach z życia Claudio. "Amory Wars" (tytuł komiksu), bo mieszkał przy Amory Drive; "Bag On Line", bo tak nazywał się sklep z torbami, obok którego mieszkał w Paryżu; Sami Coheed i Cambria (i ich potomstwo) to dokładne odwzorowanie jego rodziców (i ich potomstwa). I na koniec "Second Stage Turbine Blade" (tytuł debiutanckiej płyty C&C), bo jego ojciec tę właśnie część montował w fabryce klimatyzatorów, w której pracował... Właściwie każdy nowy element wiedzy na temat Claudio Sancheza to jeden wielki WTF. Ale musicie przyznać - u szczytu nastoletniej alienacji stworzyć swój własny, bełkotliwy i do bólu egocentryczny świat SF a następnie przekuć go w miliony sprzedanych płyt i wyprzedane koncerty na całym świecie? Król jest tylko jeden.

niedziela, 30 maja 2010

The Dead Weather - Sea of Cowards





http://www.thedeadweather.com
http://www.myspace.com/thedeadweather

Coachwhips - Double Death





http://www.myspace.com/coachwhipsvsfuckers

Fang Island - Fang Island





http://www.myspace.com/fangisland
http://digital.fangisland.com/

Koniec z tym.

Od kilku miesięcy zastanawiam się, czy to jeszcze w ogóle ma sens? Czy dla kogokolwiek czytanie długaśnych, przemyślanych recenzji stanowi przyjemność estetyczno-poznawczą? Czy nie łatwiej po prostu dorwać tę płytę wiadomo-gdzie i samemu wyrobić sobie zdanie na jej temat? Mam wrażenie, że w recenzje zagłębiają się już tylko inni je piszący, podpatrują warsztat, krytykują, oceniają... Kto z was przy wizycie na pitchforku czyta teksty od deski do deski? Czy nie wystarczy sama ocena + jej weryfikacja przez śladowy kontakt z muzyką? Moim zdaniem prawie zupełnie wystarczy. Niestety. Z tego wszystkiego przygotowałem nawet system, którym będę się posługiwał przy 'ocenie' 'płyt'. Skoro już wszyscy dawno się zgodziliśmy, że sztuka w tym właśnie wydaniu nosi znamiona konkursu na najlepszego wieprza i można ją do pewnego stopnia zmierzyć, zważyć i podliczyć punktację, to jedziemy do oporu – każda płyta będzie oceniania według ścisłych kryteriów. Szczegóły poniżej, pierwsze recenzje już za rogiem, jest kilka zaległości.

środa, 6 stycznia 2010

2009 - Podsumowanie?

Podsumowania, listy, statystyki... Z końcem roku oczywiście przyszedł czas na kolejne zawody. Który album najlepszy? Która piosenka? Dlaczego? Rok w rok fani muzyki (a już zwłaszcza fani muzyki niezależnej) udowadniają, że swą kompulsją co najmniej dorównują fanom sportu przerzucającym się statystykami zbiórek, asyst czy bramek zdobytych na wyjeździe. Sam też ulegam pokusie i bawię się czasem w katalogowanie, tworzenie list, etc... Jednocześnie mam świadomość jak bezwartościowe są to czynności. Ten atawistyczny mechanizm to moim zdaniem kiepska próba zapanowania nad nieskończenie chaotyczną rzeczywistością. Ułożenie wszystkiego w równe rzędy, wyliczenie, podliczenie, wszystko się zgadza, kolejny rok został zbilansowany, można przejść do następnego. Równie ludzkie i zrozumiałe co absurdalne. Do tego fałszywe. No bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że pierwsza dziesiątka podsumowań Pitchforka, Drowned in Sound, Stereogum, etc. rok w rok ma się NIJAK do pierwszej dziesiątki last.fm? Nie wierzę, że ludzie piejący nad tegorocznymi pupilkami wszystkich podsumowań: Animal Collective, Dirty Projectors, Grizzly Bear, Girls, The xx faktycznie słuchali tych płyt najczęściej w minionym roku. Top 5 last.fm za 2009 rok to Franz Ferdinand, The Prodigy, Lilly Allen, The Killers i Lady GaGa. Dwa najpopularniejsze single należały do tej ostatniej i Black Eyed Peas. Popularne gusta zjadają całe Top 50 Twoje i Twojego Ulubionego Blogera na śniadanie. Wyhajpowana w kosmos 'popularność' większości z tych artystów nie przekłada się (i nigdy nie będzie się przekładać) na wyniki sprzedaży czy nawet liczbę odsłuchań na last.fm.
Społeczność skupiona wokół blogosfery traktującej o tzw. 'rocku niezależnym', choć wydaje się dość rozbudowana, relatywnie jest mikroskopijna i w skali całego przemysłu nieznacząca. Osobnym ale niejako związanym z tym faktem zjawiskiem są listy tworzone przez czytelników. Najczęściej w 90% pokrywają się z gustami autorów. W końcu będąc częścią dość zwartej, ale małej kliki możesz liczyć jedynie na swoją i innych wobec niej lojalność. Nikt nie chce zostać na lodzie, daleko za panującymi trendami i kierunkami w muzyce. Tzw. 'indie rock' nosi znamiona sztuki awangardowej, przez co naturalnie marginalizowanej i nie popularnej. Każdy się podczepia, bo a nuż za zakrętem czeka 'następna wielka rzecz', o której będą chcieli przeczytać wszyscy, choć posłucha tylko garstka. Kolejnym bardzo ludzkim mechanizmem jest chęć przynależności do grupy, w tym przypadku grupy szczególnie blisko obserwowanej przez media zajmujące się muzyką w szerszym znaczeniu, rzucającej się w oczy, przyciągającej swego rodzaju elitarnością – z sercem na nowojorskim Brooklynie i mackami rozpostartymi na całym niemalże globie. Hipsterzy mają swoje uniformy (wayfarer, skinny jeans, leggins), totemy, rytualne miejsca spotkań (sxsw, off festival, primavera), kapłanów/starszyznę (porcys, screenagers, pitchfork). Indywidualizm, pozorny dystans do samych siebie, wyczucie ironii czy wręcz bezpardonowego sarkazmu są cechą wspólną wszystkich szanujących się hipsterów, nie są to zatem cechy unikalne – nie każdy może być wyjątkowy, ale każdy na swój sposób próbuje. W istocie wszystkie wspólne cechy, zainteresowania, sposoby działania składają się na grupę wyjątkowo zunifikowaną, jednostajnie toczoną przez hipokryzję. Każdy dzisiejszy fan Grizzly Bear wczoraj słuchał The Killers a przedwczoraj Varius Manx. Każdy fan Sunn O))) wczoraj słuchał Korna a przedwczoraj Lady Pank. Ale nikt się nie przyzna, wszyscy od zawsze słuchali Joy Division i Davida Bowie...
Trochę zboczyłem z tematu a przydałaby się jakaś konkluzja. Ślepe podążanie za modą i szukanie popularności za wszelka cenę jest w stanie dopaść i najbardziej cynicznych z konsumentów kultury. Pozerów jest tyle samo co zawsze przy okazji zdobywającego popularność trendu, czyli większość. Dlatego wszystkie mądre głowy mogą sobie nagradzać pozbawionymi znaczenia tytułami kogo chcą – i tak na końcu wygra Lady GaGa.