środa, 11 sierpnia 2010

OFF_Relacja #2

Dzień drugi (pierwszy) rozpoczął się z poślizgiem. A to przez ulewę, która nawiedziła tego dnia Górny Śląsk i skutecznie uniemożliwiła naszej ekipie dotarcie na Muchowiec przed 17tą. Zwiedzanie zaczęliśmy zatem od Sceny Eksperymentalnej, gdzie Psychic Paramount serwowali wyśmienity kawałek hałaśliwej psychodelii. Obrany kierunek prawidłowy, ale przedłużające się zabawy gitarzysty z efektami nieco psuły efekt. Jak pokazał występ Toro Y Moi chillwave z powodzeniem sprawdza się na żywo, choć być może to Bundick po prostu jest najsprytniejszym przedstawicielem tego mikro-gatunku. Chwilę później na Leśnej Something Like Elvis dali stereotypowy pokaz smutnej, polskiej alternatywy, przy której bawiło się kilku gości grubo po trzydziestce. Wiało nudą. Występ The Horrors również mnie zawiódł, zapowiadał się jako freak-beatowa rewelacja, a skończyło się na pozbawionym energii, półamatorskim shoegaze'owaniu. No i nie zagrali Crawdaddy Simone, za co należy się kolejny minus.



Fennesz we fragmencie wzmógł jedynie apetyt na pełnowymiarowy koncert w przyzwoitych warunkach. W tym samym czasie Art Brut postarali się o pierwszy na festiwalu akcent rozrywkowy. Podali świetnie skrojone, motoryczne, rock'n'rollowe piosenki okraszone 'wokalem', który w warstwach muzycznej i słownej godzien jest Mike'a Skinnera. Trójkowy namiot wypełnił się po brzegi specjalnie dla powracających do Katowic Efterklang, którzy na swój, pełen uroku sposób interpretują skandynawski, świetnie zaaranżowany folk-pop. Świetnie zaprezentowali się Włosi z Zu, choć brzmienie przywodzące Naked City z jednej i Meshuggah z drugiej strony mogło odstraszać co wrażliwszych. Ponoć Artur Rojek już próbował sprowadzić The Fall w poprzednich latach, ale stanowczo mu to odradzano. Jak się okazuje – bardzo słusznie. Rotacyjny skład złożony głównie z anonimowych muzyków ciągnął ten występ do przodu, ale wszystko psuł półprzytomny Mark E. Smith. Efektem była raczej ciekawostka z post-punkowego muzeum niż solidny występ.



Nowojorczykom z A Place To Bury Strangers nie można odmówić intensywności, ale plotki głoszące, że ich koncerty rzekomo urywają dupę, okazały się mocno przesadzone. Mój festiwalowy dzień zakończył się tam, gdzie się rozpoczął, na Scenie Eksperymentalnej, gdzie formacja Trans AM dała koncert niemalże perfekcyjny. Nieprawdopodobna energia, świetnie dobrany materiał oraz – last, but not least – powalająca, campowa prezencja, to był zdecydowanie numer jeden piątku na OFFie.

Brak komentarzy: