sobota, 24 października 2009

UNSOUND, dzień drugi (piąty).

Dzień drugi (piąty) rozpoczął się od wizyty w kościele Św. Katarzyny, bo właśnie tam odbył się koncert wyczekiwanego Biosphere oraz Stars of the Lid. Miejsce piękne, choć niesprzyjające imprezom w okresie jesienno-zimowym (zimno!). Dodatkowo pod kilkoma względami przestrzeń ta przerosła organizatorów Unsound. Przede wszystkim przetrzymywany na zimnie tłum wlewał się do środka prawie godzinę a ustawienie krzeseł nie było zbyt dobrze przemyślane. Nie wiem jaką przyjemność z koncertu mógł mieć ktoś, kto siedząc pod ścianą nie miał szans zobaczyć wizualizacji podczas koncertu Stars of the Lid... Ale o tym za chwilę.



Scenę ustawiono naprzeciw ołtarza, tuż pod chórem i górującymi nad nim organami. Akustykę ratowały dodatkowe głośniki ustawione w głębszej części kościoła, choć pogłos wiekowych murów mógł mieć więcej uroku niż szum wspomnianych kolumn, zagłuszający cichsze partie(!). Rozumiem, że w tych bądź co bądź partyzanckich warunkach nie można było wykombinować niczego sprytniejszego, ale trochę szkoda, bo miejsce, pomimo wszystkich mankamentów, pasowało do prezentowanej muzyki jak rzadko które. Sam koncert rozpoczął się ok. 21:40. Przy zastawionym dziesiątkami płonących świec stole zjawił się Geir Jenssen i począł wyczarowywać kolejne transowe dźwięki ze swojego ukrytego pośród płomyków arsenału elektroniki. Zapowiadany jako legenda ambientu Jenssen swój status potwierdził głównie tym, że nad całym show unosiła się atmosfera wczesnych lat 90tych, czyli czasów, w których dopracował on swoje studyjne i sceniczne tricki. Kolejne loopy włączane były do płynących dość wartkim strumieniem dźwięków w dość niespodziewany (niedbały?) sposób, psując nieco efekt. Jak na kawałek muzyki, który raczej powinien bezwiednie wodzić nas poprzez kolejne nastroje, koncert Biosphere raczej stwarzał wrażenie szarpanego, improwizowanego bez większego pomyślunku. I choć fragmenty były naprawdę porywające, to hype związany z tym występem zupełnie niepotrzebnie zaostrzył apetyty wielu słuchaczy. Wniosek: niech legendy pozostaną właśnie nimi, bo oczekiwania wobec nich mogą tylko popsuć zabawę.



Po przerwie technicznej na scenie pojawili się Stars of the Lid w towarzystwie oktetu smyczkowego Sinfonietty Cracovia. Ich koncert z kolei przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Kolejne kompozycje niemal wprasowały mnie w zimne, kościelne krzesło. Ciężko jest powiedzieć cokolwiek konkretnego czy przyziemnego, brutalnie ometkować jakoś to, co tam usłyszeliśmy. Muzyczna masa wypływała z głośników, odbijała się od strzelistych ścian i opływała słuchaczy unosząc ich i opuszczając wedle uznania. Przesterowana gitara, leniwe akordy pianina i ulotny trzepot instrumentów smyczkowych wspólnie tworzyły ambientowy majstersztyk. Minimalistyczne kompozycje wprowadzały iście błogi nastrój, jakże kontrastujący z większością występu Biosphere. Duży wpływ na odbiór koncertu Stars... z pewnością miały wizualizacje, budowane przy pomocy trzech projektorów na całej powierzchni ściany za muzykami. I na nich. I nad nimi. Kilkunastometrowy, zakrzywiony ''ekran'' robił kolosalne wrażenie. Aż szkoda tych spośród słuchaczy, którzy godzinę koczowali pod bramą kościoła, polowali na miejsca w pierwszym rzędzie i z pewnością przypłacili to bólem kręgosłupa od ciągłego wpatrywania się w sufit. Tym razem spóźnialscy górą. A'propos publiczności, nieco zaniepokoiło mnie jej zachowanie. Przed koncertem padły słowa, że muzyka, którą usłyszymy, przynajmniej w sferze podejścia do kompozycji, to w prostej linii kontynuacja twórczości takich kompozytorów jak Beethoven czy Satie. Nowa kameralistyka jak się patrzy, bez dwóch zdań. Tym bardziej dziwiło to, że spora część widowni uznała za stosowne opuszczenie koncertu Stars... na dłuższą chwilę przed jego zakończeniem, zaburzając odbiór muzyki wszystkim pozostałym słuchaczom. Do tego oczywiście nagminne robienie zdjęć z fleszem (bo nie każdy jest zawodowcem, ale każdego stać na aparat z lampą). Nie chcę wyjść na jakiegoś purytanina, ale ten koncert ocierał się w moim prywatnym rankingu o perfekcję i szkoda, że nie każdy to docenił. Jeżeli to ta publiczność ma przejąć schedę po całej muzyce poważnej, a do tego zmierza najwidoczniej inicjatywa Wordless Music, to biada muzykom, którzy lubią się skupić na tym, co grają. I biada nam wszystkim.



Po tych górnolotnych doznaniach przyszła pora na zabawę bardziej przyziemną. Manggha przez pozostałą część wieczoru (i sporą część nocy) wypełniła się brzmieniami z pogranicza tech-house'u, 2stepu i pewnie jeszcze kilku innych, nie wymagających definicji gatunków. W gruncie rzeczy zgromadzonym nie chodziło przecież o tego typu dywagacje, nie tym razem. Chodziło o dobrą zabawę i tej nie zabrakło. Parkiet wypełnił się szczelnie tuż po rozpoczęciu imprezy i tak już zostało do samego końca. Inna sprawa, że muzyka, do której tak świetnie bawiła się ludożerka, nie otarła się nawet o granicę gatunków, wśród których krążyła. Nie usłyszeliśmy niczego awangardowego, nawet szumnie zapowiadany jako pionierski set Monolake nie odbiegał raczej od klubowej normy, nawet efekt surround nie robił jakiegoś porażającego wrażenia. Nikt nie odkrył tu Ameryki i nie można mieć do nikogo z tej okazji pretensji, bo choć celem całego festiwalu wydaje się być w znacznej mierze przełamywanie barier i odkrywanie zjawisk zupełnie nowych, to tego wieczoru było raczej sztampowo, a miejscami wręcz staroświecko, czego dopełnieniem były wizualizacje w większości posklejane ze starych kronik filmowych. Ale mimo to, co warte podkreślenia, i tak zabawa była przednia. Coż, być może głód poznawania nowych kierunków w elektronice zaspokoi dzisiejsza post-dubstepowa extravaganza. Zobaczymy, posłuchamy, i zdamy relację już jutro.

7 komentarzy:

SUFRA pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
music is rotted one note pisze...

co do przejmowania schedy - jesli ma to robic muzycy pokroju stars of the lid to dopiero biada. nie przypominam sobie zebym sie nudzil na bethovenie. natomiast dawno sie tak nie unudzilem jak w tym kosciele (dlatego tez wyszedlem przez "bisami" ktorych sluchac juz nie mialem ochoty). ambientu schluchalem swego czasu duzo i moim zdaniem na nude w tym gatunku nie ma miejsca. a niestety SotL nie zaciekawiloby mnie nawet za pomocą 30 muzyków symfonicznych. co do biosphere zgadzam sie w 100% - duzy hajp, jeszcze wieksza sraka.

music is rotted one note pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
music is rotted one note pisze...

jesli chodzi o wizualizacje w mandze - chyba sie kolego nie przyjrzales co sie dzialo podczas setu monolake. biada ci bo predko czegos tak zajebistego nie zobaczysz. jesli muzyka miala byc sourond to wizualizacje byly hmmm... hier-przestrzenne. co do samej muzyki to rzeczywiscie nie nalezalo sie spodziewać rewolucji, bo na czym taka rewolucja miałaby polegać? Jesli mowimy o "poszukującej" muzyce klubowej to przyszlosc, moim zdaniem, nalezy do artytsów pokroju aphexa (i "momentami" piatkowego monolake), ktorzy podczas 2godzinnego setu potrafią balansować na granicy wszystkich gatunków jakie się przetoczyly swego czasu przez klubowa elektronikę ;) i ktore niebawem sie przetoczą, dodatkowo robic to w sposób subtelny, umozliwiający zywiolowy taniec "duszy i ciała". To się jak najbardziej w sobotę udało panu Pole. Ku mej radości swoim wybitnym setem wyczyscil elegancko parkiet. (ludzie zdupcajac z densflopru pokaali gdzie mają "poszukującą elektronikę" - nie bylo czystego dubstepu to se poszli. Bardzo też dobrze sie stalo ze ketaminowy zombie nie przyjechal.

podsumowując - publika najlepiej bawila sie na walkowanych po raz setny hitach kode9 (lubimy melosie ktore gdzies juz slyszelismy)
Zmiażdzyła też ikonika - zajebisty set, w podobnym kierunku co Pole - jednak zdecydowanie bardziej "taneczny" mniej moze brain dance'owych smaczków.

Wojtek Barczyński pisze...

co do stars of the lid, to jest pewnie kwestia interpretacji i osobistych preferencji. mnie ten koncert zauroczył i dałem się ponieść całej tej kościelnej atmosferze, dlatego wychodzenie przed końcem mnie oburzyło (i w sumie nadal oburza), ale gdyby potraktować to jako koncert wypełniony niezbyt udanym ambientem, to takie zachowanie jest wytłumaczalne.

a Pole pomimo całej mocy i elegancji swojego setu nie pokazali niczego, co nie pojawiało się już jakieś 5 lat temu i przy całej żenującej historii z Zomby, wydaje mi się, że w przeciwieństwie do nich mógłby zaskoczyć czymś ciekawym. jeśli scena ma się rozwijać to potrzebny jest napływ świeżej krwi, nawet tej zanieczyszczonej ketaminą. poza tym raczej żałuję, że dubstepowcy nie dali im szansy, niż się cieszę, że parkiet prawie zupełnie opustoszał, ale co zrobić...

music is rotted one note pisze...

ta radość to tak z przymrużeniem oka, bo tak na prawdę to raczej smutek :)

jeśli mówimy o świeżości - nie wypada nie zauważyć, że muzyka zombiego mocno inspiruje się latami 90-tymi (chociazby float). Nie wiem jak tobie ale mi sie znudziły te zajawki na "lata ...ąte". Co w tych odgrzewanych kotletach świeżego? "wieczny powrót", nawet z kreatywnymi współczesnymi domieszkami może byc atrakcyjny, dobry do potańczenia, ale bez przesady - nie mówmy ze odkrywcze jest odkopanie starych brzmień i hajpowanie się na tym odkryciu. muzyka zombiego momentami nawet mis ie podoba, szczegolnie jej melodyjność. zdecydowanie bardziej jednak popieram abstrakcyjne i eksperymentatorkie podejscie do muzyki jkie reprezentuje np Pole.

tak btw - robienie muzy pod ludzi na tym czy innym narkotyku to slepa uliczka - wystarczy posluchac hardstyle ;)

Plum pisze...

To jeszcze ja się włączę. Co do koncertu w kościele- nuda na maksa. Dla mnie występ Biosphere to w 80% wstęp a tylko w 20% coś co można by nazwać rozwojowym. SotL- bez komentarza.

Na pewno moja surowa ocena wynika tego, że dużo większą frajdę sprawia mi muzyka techno i tym podobne. Dlatego tez w tym miejscu zatrzymam się na dłużej. W Manngh'dze było w piątek wszystko czego się spodziewałem i na co czkałem. Omar S- esencja Detroit techno z zajebistymi elementami disco. Marytyn- jak dla mnie objawienie imprezy. Moim zdaniem pokazał jak wiele dubstep "ściągnął" z szeroko pojętego techno. Zajebisty set. Potem Monolake- klasa sama dla siebie. Dźwięk dolby surround sprawdził się w 100%. Padający deszcz na początku. No i zabieg z konsolą ustawioną na widowni... Miazga. Podczas jego występu poczułem czym jest tak naprawę poszukujące techno. Deuce- co tu dużo mówić. Rozpierdolenie parkietu było ich zadaniem i to im się w 100% udało. Ich set miał wszystko- wizję, tempo i energie. Żałuję ze to właśnie Omar s nie grał na końcu, ale i tak było bardzo bardzo dobrze.

Co do przełamywania barier... Na imprezach bym na to nie liczył. Chyba zostaje nam czekać na kolejna płytę Monolake, Pole czy innych.

Pzdr.