wtorek, 13 października 2009

Podsumowanie Rundy Wiosennej

Szybki rzut oka za okno i już wszystko wiadomo. Lato mamy dawno za sobą. A działo się tego lata, oj działo. W postsowieckiej historii nie mieliśmy jeszcze tak udanego sezonu koncertowego. Jak udanego? Młodzież zapewne tego nie pamięta, ale w starych, dobrych czasach (do ok. roku 2002) nikt, absolutnie NIKT, nie musiał podejmować decyzji, na który koncert się wybrać spośród setek do wyboru. W ciągu całego roku trafiało się 4, góra 5 imprez, na których stali bywalcy niemalże przybijali sobie piątki. Wszyscy się znali, czy to z nielicznych jeszcze wtedy forów, z list mailingowych czy normalnych, pocztowych fanklubów. Na dużych i mniejszych koncertach nie było osób przypadkowych, w każdym razie ja takich nie pamiętam. Wiadomo było, że w lutym wszyscy jedziemy do Warszawy a w maju do Spodka. Może jesienią do Krakowa? I to by było na tyle. A dziś? Trzeba rok pracować na karnety festiwalowe a i tak nie obskoczy się wszystkich. W dużych miastach fajne koncerty trafiają się nawet w środku tygodnia a podczas weekendów potrafią się nakładać. Dobrodziejstwa członkostwa w UE dały się odczuć wiosną i latem tego roku szczególnie mocno. Praktycznie każdy, kto się liczy, pojawił się tu lub ówdzie. Szczęśliwie udało mi się dotrzeć do tych najciekawszych imprez, ale opisanie ich wszystkich byłoby pracochłonne i zapewne bezowocne. Skupmy się zatem na kilku impresjach, momentach ocierających się o absolut, wisienkach na torcie, orgazmatycznych uniesieniach i pełnych gaciach.

1. NIN @ Poznań - Head Like a Hole

Powszechna opinia na temat tego koncertu jest taka, że był fajny, ale zespół spóźnił się jakieś 10 lat. Zgadzam się z tym w 100%. Trasa w okolicach wydania The Fragile, czy chociażby bardzo dobrego Year Zero (2007) byłaby czymś o wiele pełniej doznanym i docenionym przez fanów zespołu. Dziwaczna setlista złożona w większości z bisajdów zapewne wyduszała łzy wzruszenia z najwierniejszych fanów, ale reszta mogła się czuć zakłopotana. Na szczęście pojawił się też zestaw obowiązkowy i choć obejrzane pierdyliard razy na youtube Hurt w wersji na żywo nie mogło zrobić już na nikim gigantycznego wrażenia, tak ostre, juniorskie dokonania NIN zwyczajnie wymiatały. Head Like a Hole niech będzie tego koronnym dowodem. Przez te 3 minuty liczyła się tylko autodestrukcyjna agresja i naiwny, licealny bunt. Dla tej chwili warto było tam być.



2. Dizzee Rascal @ Kraków - Bonkers

Trafił mu się słaby slot (godzina 19ta, prawie sam początek imprezy), publiczności nie było zbyt wiele (w porównaniu z późniejszymi sztukami) do tego jakoś średnio pasował do reszty zestawu. Ale kto widział Rascala wcześniej ten wie, że daje on radę wszędzie i w każdych warunkach. Set powoli się rozkręcał, publiczności przybywało a Dizzee najlepsze zostawił na sam koniec. Nowy singel ledwo co obijał się dopiero po różnych blogach i raczej nie wywoływał ekstazy u recenzentów i fanów. Co za bzdury. Na żywo Bonkers miażdży. Ten uber-basowy breakdown z okolic drugiej minuty dosłownie wbija w ziemię, genialne nagłośnienie zrobiło swoje. Najgrubsza tuba basowa nie odda tych wibracji, to trzeba przeżyć na żywo. Przebój lata 2009.



3. Busy P & Dj Mehdi @ Kraków - Friends

Godzina 4 rano. Ostatnie chwile pierwszej edycji festiwalu Selector. Od jakichś 6 godzin na małej scenie na zmianę za konsoletą stają dumni przedstawiciele francuskiego Ed Banger Recs. Na scenie głownej w tym czasie przewineli się m.in Orbital i koszmarnie słaby Digitalism. Publiczność kłębiąca się w małym namiocie nic sobie z tego nie robiła. I słusznie. Szczególnie to, co zaprezentował Busy P zdumiewało - bezpretensjonalność, nonszalancja, szyk, energia i humor. Totalne przeciwieństwo topornego, niemieckiego (w najgorszym tego słowa znaczeniu) setu Digitalism. Ed banger Show trwał zapewne o kilka godzin dłużej niż planowali organizatorzy, a gdy ku rozpaczy nieprzerwanie rozbawionej publiczności kończył się bladym świtem, na bis (sic!) poleciał ten oto utwór i nie wyobrażam sobie lepszego zakończenia tego fenomenalnego setu. Na zewnątrz wschód słońca, chłodny, mglisty poranek a w namiocie tymczasem..



4. Faith No More @ Gdynia - Land of Sunshine

Niektórzy (w tym ja) czekali na ten występ bardzo, bardzo długo. Nie było mi dane być w Spodku w 1997 roku, dlatego Gdynia była w tym roku jednym z priorytetowych celów muzycznych eskapad. Internetowe doniesienia okazały się prawdą - FNM zagrali tak, jakby te 11 lat przerwy nie miało miejsca. To, co na scenie prezentuje Mike Patton to temat na osobny artykuł. To temat na sporych rozmiarów książkę. Dotychczas legendarny status zespołu dla większości z nas funkcjonował tylko dzięki nagraniom i opowiadaniom starszych kolegów. Koncert w Gdyni potwierdził go w 100%. Prześwietną set listę otwierała zgrywa w postaci Reunited a potem było już tylko lepiej. Wśród aż ośmiu numerów z Angel Dust jako pierwszy usłyszeliśmy Land of Sunshine. Wykonawstwo jak z płyty, każda nuta, każdy jęk i pisk, ta niemal operowa fraza wyśpiewana gdzieś z głębi przepony, nimożliwe połączenie stylu najwyższego z niskim, było porażająco dobrze i tak już zostało do końca koncertu.



5. M83 @ Gdynia - Skin of the Night

Nie lubię jeździć na Open'era. Nie dość, że mam 600km do pokonania, to jeszcze na miejscu rzadko bywa sielankowo. Syf na polu namiotowym, syfne sanitariaty ewidentnie urządzone za szokująco małe pieniądze, upokarzające kontrole na każdym kroku, zapchane ciągi komunikacyjne, ogólna drożyzna i słabizna organizacyjna. Do tego nieprzebrane ilości ludzi i bezsensowne ułożenie scen, które wymaga 30 minut na dotarcie spod jednej pod drugą. No i wiszący nad tym wszystkim duch najbardziej irytującej postaci w tym biznesie - Mikołaja Z. szefa Alter Art, który w najróżniejszych mediach uprawia autopromocję, bezwzględnie i często bezpodstawnie wychwala swoje festiwale jako wzorcowe a na sugestie niezliczonej liczby niedociągnięć reaguje bezczelnymi stwierdzeniami prosto ze spin-doctorskiego słownika. Wyślizguje się od odpowiedzi niczym premier po aferach, niczym najpodlejszy geszefciarz, zdaje się całym sobą reprezentować tę najgorszą, stricte biznesową stronę kultury. Pomimo rozmiarów i line-upu dużo jeszcze pracy czeka Alter Art zanim Open'er stanie się festiwalem z prawdziwego zdarzenia i może sobie pleść Mikołaj różne farmazony - chwilowo spomiędzy połyskliwych fatałaszków wystaje tej im imprezowej dziewczynie słoma i pachnie też nie najlepiej. Wszystko to sprawia, że Open'era ciężko jest wytrzymać. Na szczęście te kilka momentów absolutnego muzycznego szczęścia rekompensuje wszystkie niedogodności. Człowiek zapomina, że właśnie spędził 40 minut w kolejce po kubek najdroższej wody na świecie, że od przemierzonych kilometrów bolą go nogi i plecy, że jakoś resztkami sił będzie musiał za chwile wgramolić się do tonącego w błocie namiotu i to wszystko powtórzyć przez kilka kolejnych dni. Na scenie pojawia się ona i pomimo późnej pory, pomimo głodu i chłodu, pomimo wszystkich przeciwności losu wyciska z Ciebie najpiękniejsze uczucia, które nosisz w sobie przez następny rok. A potem wracasz do tego syfu, chociaż zarzekałeś się, że już więcej nie dasz rady. Ten głos, te dźwięki, ta oprawa, cała ta magiczna historia - ocierasz łzę i już wiesz, że musiałeś tam być.



6. Meshuggah @ Kraków - Lethargica

Knockout jak na pierwszą edycję wypadł zupełnie dobrze. Zespoły dopisały, publiczność jakby mniej, ale jestem pewien, że kolejne edycje z pewnością przyniosą nam jeszcze sporo frajdy. W tym roku szczególnie przypadł mi do gustu zestaw dnia drugiego, gdzie o palmę najlepszego metalowego koncertu roku walczyły zespoły The Dillinger Escape Plan, Meshuggah i Testament. Wyrównany pojedynek wygrali w moim osobistym rankingu trolopodobni Szwedzi. Zagrali rok temu w Warszawie, ale nie zagrali mojej ulubionej 'piosenki' z ostatniej płyty. Potrafią grać karkołomnie szybko, ale to te mozolne, połamane i gęste fragmenty podniecają mnie najbardziej. Dlatego potężny, pozbawiony konkurencji breakdown w czwartej minucie czwartego numeru powala mnie na łopatki za każdym razem. Moje domowe i samochodowe głośniki zmagają się z nim od czasu do czasu i jest to ich walka o życie. Spotkałem się ze stwierdzeniami, że Meshuggah to już nie muzyka. A jakże. Dla wielu niezrozumiała, z pewnością nieprzystępna. Dla mnie urzekająca. A w tym właśnie momencie robi największe wrażenie.



7. Karl Blau @ Mysłowice - Bad Company

Za to kocham Off Festival. Z braku innych ciekawych wydarzeń trafiasz do kameralnej sali, tzw. 'sceny eksperymentalnej' a tam jakiś pocieszny koleżka w żółtych szortach gra na gitarze i śpiewa. I to jak! Gitara na lekkim przesterze brzęczy niskim strojem, podobnie jak głos Karla. Obsługiwany nogą looper buduje harmonie i dość pokaźnie instrumentarium a zwyczajnie piękne piosenki lewniwie sączą się z głośników. Jest przesympatycznie, niemal rodzinnie. Do bisu Karl potrzebuje współpracy publiczności. Zagra cover Your Heart Breaks (gdzie gra na bębnach), ale potrzebuje ludzi, którzy będą śpiewać partię smyków i partię fletów. A pod koniec może ktoś się pokusi o solo na saksofonie? Pod sceną jest może 20 osób i wszyscy śpiewają, łącznie z obecnym na sali składem Pains of Being Pure at Heart. Jest tak pięknie, że odbiera głos.



8. Monotonix @ Mysłowice - @#%!&?

I pomyśleć, że dzień wcześniej i kilkanaście kilometrów dalej grały te sztywniaki z U2 a gawiedź tłumnie nawiedziła ten smutny spektakl... W przeciwieństwie do nich Monotonix grają koncerty totalne przy absolutnym minimum środków. Przekonał się o tym każdy, kto chociaż na chwilę wstąpił na piaski sceny Miasta Muzyki tej sierpniowej nocy. Monotonix nie uznają instytucji sceny. Ochronę mają sobie za nic, a właściwie używają ich jako żywe odskocznie do stage-divingu. Zabrzmi to jak wypociny jakiegoś dziada laśnego, ale w życiu czegoś takiego nie widziałem. Bywało się na punkowych koncertach, gdzie najróżniejsze szaleństwa odbywały się na scenie i pod nią. Ale to, co robią Ci kolesie to jest nowa jakość. To nie jest kontrolowany chaos, to jest chaos w najczystszej postaci. A mimo to jakimś cudem udało im się zagrać kilka naprawdę solidnych i poskładanych do kupy kawałków. Pamiętacie jeszcze to uczucie, kiedy muzyka przejmuje nad Wami kontrolę i nie popuszcza? Kiedy rzucacie się w wir zabawy nie bacząc na obrażenia swoje i okolicznej ludności. To wszystko wróciło w tym właśnie momencie - Levi w ciszy wspina się na konstrukcję sceny, buduje napięcie, po czym spada z 3 metrów wprost między ludzi i w tym momencie zespół rusza z kopyta, napięcie pęka i przeradza się w niekontrolowane szaleństwo. Show Monotonix - obojętnie w jak dużym stopniu zaplanowany - przywraca wiarę w muzykę i daje całe tony radości. Monotonix rządzą!



9. Radiohead @ Poznań - Nude

Czy są tacy, których tam nie było? Szczerze wątpię. Nie mogę wyobrazić sobie jak ktoś mieniący się słuchaczem muzyki odpuszcza akurat ten koncert. Można było z różnych przyczyn nie pojechać na każdy inny w tym sezonie, ale Radiohead? Umówmy się, są koncerty dobre. Są bardzo dobre. Są też doskonałe. A jeszcze oczko wyżej stoją koncerty Radiohead. Ostatnio przeczytałem, że zanim zagrali pierwszy koncert przez 4 lata grali tylko próby, regularnie, 2 w tygodniu. Jak żyje nie słyszałem o czymś podobnym, a cała ta historia wiele wyjaśnia. Łatwo jest szafować określeniami 'doskonały', 'wiekopomny', 'wstrząsający', ale trudno nie użyć ich przy okazji omawiania tego zespołu i tego koncertu. Przez ostatnie kilka lat łapię się na tym, że muzyka już mi nie robi tak dobrze jak kiedyś. Wmawiam sobie, że to normalny proces, z czasem człowiek osłuchuje się ze wszystkim, co raz trudniej jest mnie czymś zaskoczyć czy wzruszyć. Do tego dochodzi słabnący słuch, z pewnością nie wyłapuję już wszystkich częstotliwości i niuansów. Dlatego każdą kolejną piękną koncertową chwilę cenię sobie tym bardziej. Życie składa się z takich właśnie chwil, które lubię kolekcjonować i chołubić, bo należą do zdecydowanej mniejszości. I choć z czasem może być z tym coraz trudniej to takie koncerty jak ten w poznańskiej Cytadeli będą nam ich przysparzać jeszcze przez długie miesiące i lata. No dobra, niby to tylko rock'n'roll, ale kocham takie momenty a tę piosenkę szczególnie. Kiedy muzyka na chwilę niknie i zostajemy tylko sam na sam z krystlicznie czystym, wwiercającym się w serce głosem tego nadętego gamonia przy mikrofonie. Uwielbiam.



10. Dan Le Sac vs. Scroobious Pip @ Katowice - A Letter from God

Martwiłem się o ten koncert. Martwiłem się, że oprócz Thou Shalt Always Kill nie usłyszę nic ciekawego. Myliłem się jak nigdy. Wspomniany youtubowy hicior nie był nawet wisienką na torcie, przeleciał i nawet nie zauważyłem, że był. Nie docieniłem potęgi umysłu Scroobiusa i kolejne teksty udowadniały jego nieziemską erudycję, to nie jest zwyczajny raper, to jest uliczny poeta. Dan dwoił się i troił przy swoich kontrolerach i sypał pierwszorzędnymi beatami, których podstawową cechą zdawało się być ...poczucie humoru. Zwyczajnie wesoło przygrywał chłopina. Nie dało się nie tańczyć. Ale podczas A Letter from God przy drugim zdaniu zorientowałem się, że to odtąd muszę skupić się na każdym słowie. Nie chciałem uronić ani jednego, więc przystanąłem i wpatrywałem się w Scroobiusa jak głupi, słuchałem i z czasem moja szczęka poddawała się sile grawitacji by w końcu z łomotem uderzyć o piasek pod nogami. W jedynym wygrzebanym nagraniu prawie nie słychać tekstu (warto poszukać na własną rękę), ale widać ile serca Scroobius wkłada w wykonanie. Wstrząsające.



11. Ebony Bones @ Katowice - Story of St.ockwell

Lubię takie niespodzianki. Spodziewałem się niezbyt udanego klonu Santigold, tymczasem dostałem jej ulepszoną wersję. Występ Santi na Open'erze jakoś podejrzanie pachniał playbackiem a i energii jakoś brakowało. Ebony Bones rozpaliła publiczność od pierwszej minuty swoim pstrokatym, kosmicznym połączeniem electro z afro beatem. Plemienne dudnienie wprowadzało w trans a mistrzyni ceremonii robiła z zahipnotyzowanym tłumem co chciała. W punkcie kulminacyjnym wszyscy (no, znalazło się kilku leniwców) na polecenie tańczyli to w przód, to w tył, to do lewej, to do pozostałej. Zupełne szaleństwo. Zresztą ciężko było ustać w miejscu przy tym eklektycznym koktajlu. World Music przyszłości?



12. Aphex Twin @ Kraków - Vordhosbn+

Po latach nieobecności Aphex Twin uraczyl nas nie jednym a dwoma koncertami. Pierwszy odpuściłem, ponieważ doszły mnie słuchy, że nastąpił podział piątek-ambient, sobota-hardcore. I dokładnie tak było. A zatem w sobotę zajechałem na Hutę aby zmierzyć się z kombinatem i wypełniającymi go dźwiękami. Każdy, kto kiedykolwiek odwiedził Hutę im. Lenina wie, że jest to idealne miejsce na taki 'koncert'. Hala ocynowni robi naprawdę spore wrażenie. W powietrzu ciepły, lepki zapach pracujących tu na co dzień maszyn. Konstrukcje stalowe oplatają wolną przestrzeń siecią antresoli, drabin, schodów, kabli i rur. Pod sufitem i w 16 innych miejscach umiejscowione potężne kolumny - towarzyszący Aphexowi Tim Hecker dbał o przestrzenny charakter dźwiękowej masakry, która się tam odbyła. Początkowo leniwy, rozluźniony set nawiązywał do piątkowych ambientów, ale z każdą chwilą robiło się co raz głośniej, szybciej i mocniej. W którymś momencie zgasły ekrany z wizualizacjami i halę wypełniły dziesiątki a może i setki wiązek laserowych, które rozpoczęły swój szaleńczy taniec. Rozpoczął się istny lot w kosmos. Potężne basy dosłownie wstrząsały całą konstrukcją, miałem wrażenie, że wczechobecny metal rezonował i współtworzył w ten sposób widowisko. Wszystko to razem robiło piorunujące wrażenie. Ale to było tylko preludium. Prawdziwy hardcore rozegrał się w ostatnich 20 minutach, kiedy wizualizacje zamieniły się w potworne obrazy, które znaleźć można tylko w najgłębszych czeluściach internetu - bestialstwo, tortury, fekalia. Coś potwornego. Ale czy po Aphexie można było spodziewać się czegoś innego? Dźwiękowo-wizualne dzieło zniszczenia dopełniło się, gdy stojąca obok mnie dziewczyna straciła przytomność. Trudno o lepszą recenzję tego występu. Richard D. James to ekstremista. Kontakt z jego sztuką może być groźny dla zdrowia. W ciągu 2 godzin przeszedł od pozaziemskiego, transowego uniesienia po łamiącą ducha, brutalnie atakującą zmysły torturę. Po czym zniknął. Nie jest to doświadczenie ładne i przyjemne, wymaga wytrwałości i może być niebezpieczne (dosłownie), ale warto się z nim zmierzyć, sprawdzić siebie i być może wyjść cało, aby opowiedzieć innym jak było.

Brak komentarzy: