poniedziałek, 19 października 2009

Regina Spektor - Far (6.9)



To będzie historia o tym, jak piractwo niszczy muzykę. A właściwie, to będzie o tym, jak piractwo psuje odbiór muzyki. Zanim Regina Spektor wydała swoją najnowszą płytę, do internetu wyciekło demo, które nagrała w 1999 roku, kiedy miała zaledwie 19 lat. I niby nic się nie stało, bo co ma jakaś stara, kiepsko nagrana kaseta(!) do nowej płyty artystki, która sprzedaż swoich najnowszych dokonań może już liczyć w milionach, prawda? Otóż w tym przypadku problem polega na tym, że już pobieżne zapoznanie się z obydwoma materiałami każe stwierdzić, że pomimo 10 lat dzielących obie pozycje i kosmicznej przepaści jeżeli chodzi o produkcję, to porównanie wypada z korzyścią dla nagrań sprzed dekady. I paradoksalnie o produkcję właśnie się rozchodzi. W wywiadach Regina podkreśla, że zawsze chciała nagrać taką płytę jak Far, że brak studyjnego szlifu na poprzednich albumach był tylko i wyłącznie kwestią braku pieniędzy na nagranie, a nie świadomą decyzją. A zatem skromne, ale urzekająco piękne aranżacje pierwszych trzech albumów Reginy odeszły bezpowrotnie. Tymczasem Regina z płyty na płytę obudowuje swoje piosenki (również te najstarsze, ale o tym później) co raz grubszą warstwą nierzadko plastikowej oprawy studyjnej. Do współpracy przy Far zaprosiła aż pięciu producentów, co musiało zakończyć się dość niespójnym brzmieniem. Z jednej strony mamy nagrania ujmująco ciepłe, z powściągliwie nagranym instrumentarium, przywodzące na myśl nagrania Marka Ronsona (Laughing With, One More Time with Feeling). Z drugiej zaś możemy usłyszeć napuszone brzmienia rodem z roku 1986 autorstwa weterana Jeffa Lynne, który niemalże zupełnie zepsuł świetne pod względem kompozycyjnym piosenki Blue Lips oraz Folding Chair. Na żywo obydwa utwory na szczęście jakoś się bronią (zwłaszcza Blue Lips w wersji bez perkusji), ale na płycie ciężko jest znieść te niedorzeczne werble i prostackie gitarowe przygrywki. Miło również słucha się utworów nagranych przy udziale hip-hopowego producenta Mike'a Elizondo. Jego singlowy Eet to jedna z najlepszych piosenek, jakie Regina kiedykolwiek nagrała a zaskakująca aranżacja Machine jest przykładem na to, że czasem jednak opłaca się eksperymentować. Gdy przymkniemy oko na produkcyjne wpadki i pozostaniemy sam na sam z piosenkami okazuje się, że jest zupełnie nieźle. Jak to u Reginy - patos sąsiaduje z bezpretensjonalnym humorem, rzewne ballady przeplatają się z freak-outami, w których Regina uprawia nieudolny beatboxing czy nasladuje odgłosy delfinów. Do tego tradycyjnie już doprawia całość niebanalnymi tekstami, przy których nie można się nie uśmiechać, a i na łzy się czasem człowiekowi zbierze. Klasę artystki niech potwierdzi fakt, że piosenki zupełnie nowe sąsiadują tu z tymi napisanymi 10 lat temu. I choć znane fanom z koncertów (lub niestety tylko z bootlegów) utwory takie jak Wallet, Folding Chair czy Human of the Year nabrały zupełnie innego, moim zdaniem niepotrzebnie efekciarskiego brzmienia dzięki całym tygodniom studyjnej obróbki, to nie sposób odmówić im uroku. Zrozumiała jest też gonitwa za idealnym brzmieniem i charakterystyczne dla perfekcjonistów i pracoholików (Regina dotychczas napisała ponad 100 piosenek) ciągłe poprawianie i dorzucanie nowych elementów. W końcu Regina świadomie eksperymentuje na samej sobie a jej polem doświadczalnym po koncertach niestety stały się również jej płyty. Nie zrozumcie mnie źle - Regina nadal rządzi. Z tym, że kiedyś rządziła bardziej.

Brak komentarzy: