poniedziałek, 26 października 2009

UNSOUND, dzień czwarty (ostatni) - Sunn O))) & Eagle Twin

Pisałem już o tym, że organizatorzy UNSOUND wyjątkowo dobrze dobierają miejsca tegorocznych koncertów? Pisałem. I napiszę raz jeszcze, bo zaadaptowana na okoliczność główna sala nowohuckiego teatru Łaźnia Nowa to miejsce idealne na tak szatańskie dźwięki, jakich było nam dane posłuchać. Chociaż 'posłuchać' to nie najlepsze słowo.

Przed wejściem jak zwykle pełno ludzi, którym do ostatniej chwili nie będzie się spieszyło z wchodzeniem. Porządny metal gardzi tymi, którzy lubią zająć dobre miejsce i cisną się do drzwi jak jakieś bydło. Dobrze jest postać, rzucić jakimś czerstwym żartem, zadać sobie głośno ignoranckie pytanie ''ciekawe kto tu w ogóle kojarzy co to za muza''. No tak. W tak zunifikowanym i jakże licznym przecież gronie jak polski fanklub obskurnego sludge'u nie ma miejsca na osoby przypadkowe. Zostawmy więc to elitarne grono i wejdźmy do środka.



Długa, wysoka sala wypełniona dymem. Kilka niebieskich punktowców nad sceną, a na niej ściana wzmacniaczy i perkusja. Na kilka minut przed dwudziestą na scenę wchodzi dwóch brodaczy z Eagle Twin i zaczynają. Sala powoli wypełnia się ludźmi a zespół serwuje solidny kawał stoner metalu, piece już rozgrzane, plexi-gitara rezonuje aż miło, bębniarz solidnie ją wspiera, waląc w talerze ciężkie jak dzwony kościelne, do tego porykiwania i – niespodzianka – zupełnie zrozumiałe wokale i – w związku z tym - teksty. Jest głośno i bardzo ciężko, ale to dopiero przedsmak. Eagle Twin zabrzmieli jak Earth z inklinacjami w stronę High on Fire (solówki!) i po czterdziestu bardzo intensywnych minutach zeszli ze sceny.



Szybka zmiana techniczna, strojenie, gasną światła. Na środku sceny maszyna do dymu pracuje pełną parą przez dobre dziesięć minut, akompaniują jej zaśpiewy gardłowe puszczone z płyty. Jedyne źródło światła to w tej chwili dziesiątki kontrolek żarzących się na kilkunastu głowach podpiętych do kolumn. Wreszcie zielone światło powoli rozprasza mgłę gęsto spowijającą zarówno scenę jak i całą salę i pojawiają się trzy zakapturzone postacie w czarnych, mnisich szatach. Chwytają za instrumenty, podnoszą ręce dzierżące kostki w majestatycznym geście. Przyciśnięte do gryfu struny brzęczą złowrogo, każde przesunięcie palca wydobywa z dziesiątek głośników trzask graniczący z wystrzałem. Tego, co działo się później nie można już traktować w kategoriach czysto muzycznych. Szarpnięte struny wywołują trzęsienie ziemi. Siła dźwięku dosłownie wstrząsa każdym włóknem każdej części ciała. Targana dreszczami skóra niemal odkleja się od mięśni. Oczy nie są w stanie złapać ostrości, ciężko jest złapać oddech. Prawdziwe, namacalne fale dźwiękowe uderzają w publiczność z zabójczą częstotliwością. Ponoć silnie wzmocnione dźwięki o odpowiednio niskiej częstotliwości mogą wywoływać u ludzi pierwotne uczucia takie jak strach, często ma się wrażenie obcowania z siłami nadprzyrodzonymi. Brzmi to może jak wstęp do odcinka Pogromców Mitów, ale koncert Sunn O))) udowodnił wszystkim tam zgromadzonym, że tak jest w istocie. Po dziesięciu minutach miarowego kopania publiczności po uszach i brzuchach na scenę wpełzł znany głównie z Mayhem Attila Csihar. Dzięki jego gościnnemu występowi udało się odtworzyć większość utworów z Monoliths & Dimensions (Aghartha, Big Church, Hunting & Gathering) oraz Orakulum z poprzedzającej tę płytę EPki. I tyle, tylko cztery utwory, ale to wystarczyło, aby wypełnić dziewięćdziesiąt minut. Choć rytualne gesty są stałym elementem występów Sunn O))) to teatralność ich krakowskiego koncertu przerosła moje oczekiwania. Niekwestionowanym mistrzem ceremonii był Attila, który zaprezentował zdumiewające umiejętności wokalne, ale i nie najgorsze aktorskie. Usłyszeliśmy wszystko, od płaczu dziecka, przez blackowe skrzeki i jęki po operowy śpiew, grobową narrację i niespotykanie profesjonalny śpiew gardłowy. Wyłaniał się z mgły, znikał w niej na dłuższą chwilę, gestykulował niczym jakiś pogański szaman. Gdy mniej więcej po godzinie zszedł ze sceny po to tylko, by po chwili powrócić na nią w kolejnym przebraniu, z wielu miażdżonych przez hałas gardeł z pewnością wyrwało się swojskie, ale najszczersze 'o ku...'. Na ciele krępujący ruchy wór pokutny przepleciony suchymi gałęziami, na głowie gniazdo, wokół przedramienia jego przedłużenie, a na jednej z gałęzi wypchany kruk. W innych okolicznościach wyglądałoby to groteskowo, ale wtedy wzbudzało trwogę. Facet przebrany za gadające, ryczące i wijące się drzewo, przed którym truchleje kilkuset dorosłych facetów? Tylko na koncertach Sunn O))).



Ich płyty można traktować w kategorii ciekawostki, z pewnością nie są one dla wszystkich i często są lekceważone jako nieskoordynowany zlepek szumów i hałasów. Ta 'muzyka' tak naprawdę znaczenia nabiera na koncertach i tam należy jej doświadczać w pierwszym rzędzie. Dosłownie. I choć nie jest to ani mądre, ani bezpieczne, to polecam absolutnie każdemu. Każdy wie, że muzykę da się grać głośno, większość UNSOUNDowych występów należała właśnie do tej kategorii, ale Sunn O))) to już nie jest hałas, który przytłumi Ci słuch na kilka dni. Ci kolesie są w stanie zrobić Ci krzywdę, ale ten dreszcz obcowania z czymś autentycznie niebezpiecznym sprawia, że nie chcesz o tym pamiętać. Niech dowodem na czystą, fizyczną, brutalną siłę tego występu będzie ta historia. Za chwilę zaczynają, stoję nieopodal sceny, zatyczki już w uszach, ale słyszę fragment rozmowy zza pleców: - ty bez zatyczek? - pyta kolega koleżankę. - zatyczki są dla tchórzy. - odpowiada ona z szelmowskim uśmiechem. Wytrzymała tak pół godziny, potem już tylko zwijała się w co raz mniejszy kłębuszek z dłońmi szczelnie przyciśniętymi do małżowin. W koło zaroiło się od podobnych twardzieli, którzy jeszcze godzinę temu drwili ze stoperów, które ponoć – i tu kolejny cytat – 'spłaszczają dźwięk i nie czuć muzyki, a tu przecież takie mięcho leci'. Koncert Sunn O))) każdego nauczy pokory. Nie wiem jak inni odbiorcy, ale ja te koncertowe wibracje odczuwałem jeszcze na długo po nim, mięśnie jakby dostroiły się do tych piekielnych częstotliwości. Prawdziwy masaż dźwiękiem, nie tam jakieś śmieszne tybetańskie misy. Na koniec przyznam, że miejscami naprawdę się bałem, ale z największą przyjemnością powtórzę kiedyś to całe misterium.

1 komentarz:

Heliosophist pisze...

Dobra recenzja. Z dużą przyjemnością czytałem i przypominałem jak to było nie z tej ziemi na tej ziemi!