środa, 1 października 2008

Glasvegas - Glasvegas (7.2)



Nie będę ukrywał, że odczuwam sentyment do brytyjskiej sceny shoegaze odkąd po raz pierwszy usłyszałem niemiłosiernie przesterwane dźwięki My Bloody Valentine. Nie jest również tajemnicą, że brzmienia amerykańskiego folku czy też proto-rock'n'rolla są mi równie bliskie. W przypadku debiutu Glasvegas mamy do czynienia z bardzo udaną mieszanką obu tych stylów. Z jednej strony fuzz, delay, distortion i reszta kolekcji bossa (gitarowcy wiedzą, którego) AD 1991, mgła, smutek i cierpienie. Z drugiej Buddy Holly a może nawet Pete Seeger, brzęczącze gitary i uniwersalne teksty o życiu ze wszystkimi jego mniej lub bardziej przyziemnymi okolicznościami. Takie emo-rockabilly, że tak pozwolę sobie na frywolne ometkowanie. Buja jak stado bizonów na barce sunącej Mississippi, zniewala jak grobowa atmosfera Disintegration. James Allen wygląda niczym Joe Strummer za najlepszych czasów a śpiewa w tak charakterystyczny sposób, że wszelkie niedociągnięcia stają się niezauważalne. Pięknie podciąga frazy aż do jakiegoś skowytu, cudownie wpasowującego się w senną (ale nie usypiającą!) atmosferę piosenek. To jest dream-pop dla klasy robotniczej. Lata 50te w aranżacji Tima Burtona miałyby taki właśnie soundtrack. Jedyny mankament jakis znajduję to fakt, że to samo robili Jesus & Mary Chain jakieś 20 lat temu, odgrywali materiał godny The Beach Boys w swoim gotycko-atmosferycznym stylu. Dlatego właśnie ocena taka a nie inna, za wysoka jak na dość przeciętnie oryginalne brzmienie, ale z racji wspomnianego już sentymentu i niewątpliwej siły i jakości zawartych na płycie piosenek musi być właśnie taka. Genialne singlowe 'Geraldine' i 'Daddy's Gone' nie odstają od dość równego poziomu całości. Pięknie się tego słucha w podróży, jaka by ona nie była. Czy to za kierownicą czy zapadając w sen, czy może podczas post-narkotycznego chilloutu, rozmyte efektami riffy i chóralne wokale wygrywające wspólnie słodko-gorzkie melodie stanowią naprawdę solidną ścieżkę dźwiękową tego rodzaju wydarzeń. Jedna z najlepszych płyt jaką słyszałem w tym roku.

1 komentarz:

SUFRA pisze...

przeczytalam na jednym wdechu, musze to uslyszec, koniecznie, chociaz shoegaze i podobne frustracje muzyczne zazwyczaj mnie odpychaja, ale byc moze to tylko moje chore uprzedzenia. I setny raz zadaje sobei pytanie: dlaczego pan nie pisze do machiny ? Jakim cudem Cie jeszcze nie zgarneli, powinni sie bic o Pana z innymi...