piątek, 12 grudnia 2008

Fleet Foxes - Fleet Foxes (8.5)




Ech, chyba się starzeję... właściwie na pewno. Ależ ja lubię takie harmonie, te pogłosy... ta płyta jest dla miłośnika starych, dobrych harmonizowanych wokali niczym spełnienie snów o nagraniu prawie idealnym. Ale dość luźnych uwag, przejdźmy do meritum. Muzyka to nieskrępowany, miejscami bardzo prosty a czasem finezyjnie rozbudowany folk ocierający się w aranżacjach o akcenty muzyki, hmmm, dworskiej(!), choć w gruncie rzeczy jest to bardzo amerykańska płyta. Gitary akustyczne i śladowo elektryczne, troszkę klawiszy, oczywiście flet i subtelne bębny napędzające całość. Brzmienie jest nie tyle stylizowane na lata 60te co jest zwyczajnie żywcem z nich wyjęte. Masa pogłosów, przepięknie nagrane instrumenty wibrujące wszechogarniającym ciepłem. Jest analogowo i przytulnie. Ach, no i te wokale... Jeżeli lubisz panów Simona i Garfunkela albo to jak pięknie wszyscy Beach Boysi śpiewali razem - to jest płyta dla Ciebie. Długie frazy rezonujące gdzieś z tyłu głośników, chóralne zaśpiewy nagrane chyba w pomieszczeniu sakralnej proweniencji, choć przy dzisiejszej technice wszystko jest możliwe. Do tego przepiękne melodie, utrzymane w tej samej retro stylistyce co cała reszta. Wiem, że ta płyta jest poniekąd obciachowa. Ale dla kogoś, kto wychował się na wczesnych płytach Queen a zwłaszcza Jethro Tull płyta Fleet Foxes będzie jak wehikuł czasu przenoszący w czasy przed syntezatorami, procesorami dźwięku czy innymi wynalazkami z piekła rodem. Z drugiej strony podobnych rzeczy można posłuchać i u Devendry, i u The Shins, których status formacji kultowej jest zdaje się nienaruszalny. W podobnej stylistyce, tyle że z wybitnie brytyjskim zacięciem (wiecie, BBC radio one, top of the pops, 007 i jaguar e-type) obracają się również koledzy z The Last Shadow Puppets. Tutaj mamy klimaty raczej, khm, swojskie. Wichrowe wzgórza, błotniste wrzosowiska, wiktoriańska architektura i ogień trzaskający w kominku kiedy za oknem pada już 6 dzień z rzędu. Uff, trochę się zapędziłem być może, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że oto obcuję z dźwiękami ponadczasowymi. Pora pozbyć się wstydu, rzucić na chwilę wielkomiejskie historie o przelotnych, hałaśliwych i pustych związkach, zaćpanym i zadymionym clubbingu, wąskich spodniach i obcasach połamanych po pijaku na brukowanej drodze w centrum umęczonego deszczem metropolis. Pora wrzucić na siebie coś zwiewnego i pobiegać boso po porannej, zroszonej trawie, tarzać się w sianie i zachwycić się rozrywającą uszy ciszą towarzysząca nocy gdzieś setki mil od świateł wielkiego miasta. Płyta Fleet Foxes jest jak przepustka do takiego właśnie, lepszego świata. Serio Wam mówię.

1 komentarz:

Jaella pisze...

takie w sam raz na miły zimowy wieczór przed kominkiem :)

szukając na you tube próbki znalazłam coś takiego:
http://www.youtube.com/watch?v=DLw5b70OJH8&eurl=&feature=player_embedded

ze świątecznem przesłaniem ;)
J.