wtorek, 15 lipca 2008

The Raconteurs - Consolers of the Lonely (8.7)




Dajmy sobie spokój z całym tym zamieszaniem wywołanym formą wydania tej płyty. Tak, wiemy, przemysł muzyczny w obecnej postaci jest martwy, mało kto zauważa jednak, że kona już dobre 10 lat. Zostawmy dywagacje na temat internetowej dystrybucji muzyki nerdom innego rodzaju i poświęćmy się w całości muzyce jako takiej. A jest o czym rozmawiać. Już "Broken Boy Soldiers" dała po dupie wszystkim pseudo-rockowym wypierdkom tego świata, ale to, co dzieje się na "Consolers of the Lonely" to już jest prawdziwa rzeź. Umówmy się, że żyjemy w prawidłowo skonstruowanej rzeczywistości i każdy konsument mianujący się fanem rocka pada na kolana na sam dźwięk słów Led Zeppelin, The Beatles czy The Who. W takiej rzeczywistości żyją muzycy The Raconteurs i dumnie składają hołd wyżej wymienionym i bezsprzecznie zasłużonym. Jak każdy dobry rock'n'roll, ten zawarty na omawianej pławi się w rhythm'n'bluesowych tradycjach. Solidny groove rządzi każdym utworem, sekcja trzyma się go na śmierć i życie. Brzmienia znad Mississippi spotykają te znad Tamizy, stara szkoła ociera się o nową i wspólnie tworzą Rocka przez największe możliwe R. Aranżacje kolejnych utworów zniewalają bogactwem instrumentarium i przede wszystkim pomysłów na ich wykorzystanie. Niby jest tutaj masa zagrywek na kllwiszach, skrzypcach, lapsteelach, są pięknie nagrane dęciaki, są chóralne zaśpiewy całego zespołu (i przyjaciół?) a mimo to nie znajduję tutaj zbędnego dźwięku. Jack White z kolegami pokazują, że środkami znanymi już 50, 70 czy 100 lat temu można osiągnąć efekty godne nowego tysiąclecia. Pewnie, że całkiem niedawno podobnego 'odkrycia' hard rocka na nowo dokonała cała fala zespołów z Wolfmother na czele, ale w przeciwieństwie do nich The Raconteurs zawierają na swoih płytach nie tylko swoje fascynacje, ale i całych siebie z pełnym bagażem rock'n'rollowych doświadczeń. To nie są odgrzewane kotlety tylko cudowna fantazja na temat, reinterpretacja nie pozostawiająca wrażenia deja vu. Melodie chwytają za co popadnie i nie chcą puścić, refreny zostają w głowie na o wiele dłużej niż większość nowomodnych, garażowych zespołów miałaby nadzieję. Nie ma co się rozpisywać dłużej, każdy niewolnik porządnego gitarowego riffu będzie wielbił tę płytę już zawsze a każdy młodzian wkraczający dopiero do szkoły rocka powinien obowiązkowo dołączać ją do kolekcji tuż obok wymienionych powyżej tuzów. Nie ma tu słabych momentów i aż szkoda, że jest to jedynie projekt poboczny wszystkich zainteresowanych. Życzmy sobie więcej takich powrotów do przeszłości, o ile będą one tak inspirujące dla przyszłych adeptów Rocka jak ten krążek.

1 komentarz:

SUFRA pisze...

jeszcze lepsza.