
Fennesz we fragmencie wzmógł jedynie apetyt na pełnowymiarowy koncert w przyzwoitych warunkach. W tym samym czasie Art Brut postarali się o pierwszy na festiwalu akcent rozrywkowy. Podali świetnie skrojone, motoryczne, rock'n'rollowe piosenki okraszone 'wokalem', który w warstwach muzycznej i słownej godzien jest Mike'a Skinnera. Trójkowy namiot wypełnił się po brzegi specjalnie dla powracających do Katowic Efterklang, którzy na swój, pełen uroku sposób interpretują skandynawski, świetnie zaaranżowany folk-pop. Świetnie zaprezentowali się Włosi z Zu, choć brzmienie przywodzące Naked City z jednej i Meshuggah z drugiej strony mogło odstraszać co wrażliwszych. Ponoć Artur Rojek już próbował sprowadzić The Fall w poprzednich latach, ale stanowczo mu to odradzano. Jak się okazuje – bardzo słusznie. Rotacyjny skład złożony głównie z anonimowych muzyków ciągnął ten występ do przodu, ale wszystko psuł półprzytomny Mark E. Smith. Efektem była raczej ciekawostka z post-punkowego muzeum niż solidny występ.

Nowojorczykom z A Place To Bury Strangers nie można odmówić intensywności, ale plotki głoszące, że ich koncerty rzekomo urywają dupę, okazały się mocno przesadzone. Mój festiwalowy dzień zakończył się tam, gdzie się rozpoczął, na Scenie Eksperymentalnej, gdzie formacja Trans AM dała koncert niemalże perfekcyjny. Nieprawdopodobna energia, świetnie dobrany materiał oraz – last, but not least – powalająca, campowa prezencja, to był zdecydowanie numer jeden piątku na OFFie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz