Ecstatic Sunshine
Projekt, którego skład w zależności od potrzeb mieści od 1 do 3 osób, tym razem zaprezentował się w wersji solo. Matt Papich 'grał na gitarze' masakrując jej brzmienie za pomocą baterii efektów. Wygenerował w ten sposób hałaśliwy, transowy, 40-o minutowy utwór, który nieśmiało jedynie zahaczał o zręby formy. Muzyka płynęła niespiesznie, wznosiła się i pikowała, były momenty naprawdę frapujące, całość jednak wypadła równie monotonnie jak towarzysząca jej, zapętlona wizualizacja.

Matmos
Na 'dzień dobry' poluzowali atmosferę kilkoma żartami, na szybko odegrali impresję na temat Chopina (pieniądze z ministerstwa zobowiązują) a potem było już tylko lepiej. Bardzo przyjemnie słucha się muzyki, która może i nie jest odkrywcza, nie buzuje od nowych pomysłów i technik, nie szarpie słuchacza za ucho, ale za to jest konsekwentna, szczera i jest jej dobrze z tym, czym jest. Sample z trupa i dźwięki generowane na żywo, wymieszane i podane w sposób elegancki, nie wiem, czy kalsyczny czy już staroświecki, ale niepozbawiony łobuzerskiej fantazji. Dodatkowo poruszający się w kilku skrajnie różnych odcieniach emocjonlanych, od nieco infantylnej zabawy po autentyczną grozę. Pełen profesjonalizm. Na bis wystąpili wraz z Ecstatic Sunshine (w końcu ich ziomkiem z Baltimore), co zawsze cieszy, bo ma się wrażenie brania udziału w wydarzeniu jednorazowym.

To tyle tytułem wstępu, pora na główne atrakcje.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz