środa, 6 stycznia 2010

2009 - Podsumowanie?

Podsumowania, listy, statystyki... Z końcem roku oczywiście przyszedł czas na kolejne zawody. Który album najlepszy? Która piosenka? Dlaczego? Rok w rok fani muzyki (a już zwłaszcza fani muzyki niezależnej) udowadniają, że swą kompulsją co najmniej dorównują fanom sportu przerzucającym się statystykami zbiórek, asyst czy bramek zdobytych na wyjeździe. Sam też ulegam pokusie i bawię się czasem w katalogowanie, tworzenie list, etc... Jednocześnie mam świadomość jak bezwartościowe są to czynności. Ten atawistyczny mechanizm to moim zdaniem kiepska próba zapanowania nad nieskończenie chaotyczną rzeczywistością. Ułożenie wszystkiego w równe rzędy, wyliczenie, podliczenie, wszystko się zgadza, kolejny rok został zbilansowany, można przejść do następnego. Równie ludzkie i zrozumiałe co absurdalne. Do tego fałszywe. No bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że pierwsza dziesiątka podsumowań Pitchforka, Drowned in Sound, Stereogum, etc. rok w rok ma się NIJAK do pierwszej dziesiątki last.fm? Nie wierzę, że ludzie piejący nad tegorocznymi pupilkami wszystkich podsumowań: Animal Collective, Dirty Projectors, Grizzly Bear, Girls, The xx faktycznie słuchali tych płyt najczęściej w minionym roku. Top 5 last.fm za 2009 rok to Franz Ferdinand, The Prodigy, Lilly Allen, The Killers i Lady GaGa. Dwa najpopularniejsze single należały do tej ostatniej i Black Eyed Peas. Popularne gusta zjadają całe Top 50 Twoje i Twojego Ulubionego Blogera na śniadanie. Wyhajpowana w kosmos 'popularność' większości z tych artystów nie przekłada się (i nigdy nie będzie się przekładać) na wyniki sprzedaży czy nawet liczbę odsłuchań na last.fm.
Społeczność skupiona wokół blogosfery traktującej o tzw. 'rocku niezależnym', choć wydaje się dość rozbudowana, relatywnie jest mikroskopijna i w skali całego przemysłu nieznacząca. Osobnym ale niejako związanym z tym faktem zjawiskiem są listy tworzone przez czytelników. Najczęściej w 90% pokrywają się z gustami autorów. W końcu będąc częścią dość zwartej, ale małej kliki możesz liczyć jedynie na swoją i innych wobec niej lojalność. Nikt nie chce zostać na lodzie, daleko za panującymi trendami i kierunkami w muzyce. Tzw. 'indie rock' nosi znamiona sztuki awangardowej, przez co naturalnie marginalizowanej i nie popularnej. Każdy się podczepia, bo a nuż za zakrętem czeka 'następna wielka rzecz', o której będą chcieli przeczytać wszyscy, choć posłucha tylko garstka. Kolejnym bardzo ludzkim mechanizmem jest chęć przynależności do grupy, w tym przypadku grupy szczególnie blisko obserwowanej przez media zajmujące się muzyką w szerszym znaczeniu, rzucającej się w oczy, przyciągającej swego rodzaju elitarnością – z sercem na nowojorskim Brooklynie i mackami rozpostartymi na całym niemalże globie. Hipsterzy mają swoje uniformy (wayfarer, skinny jeans, leggins), totemy, rytualne miejsca spotkań (sxsw, off festival, primavera), kapłanów/starszyznę (porcys, screenagers, pitchfork). Indywidualizm, pozorny dystans do samych siebie, wyczucie ironii czy wręcz bezpardonowego sarkazmu są cechą wspólną wszystkich szanujących się hipsterów, nie są to zatem cechy unikalne – nie każdy może być wyjątkowy, ale każdy na swój sposób próbuje. W istocie wszystkie wspólne cechy, zainteresowania, sposoby działania składają się na grupę wyjątkowo zunifikowaną, jednostajnie toczoną przez hipokryzję. Każdy dzisiejszy fan Grizzly Bear wczoraj słuchał The Killers a przedwczoraj Varius Manx. Każdy fan Sunn O))) wczoraj słuchał Korna a przedwczoraj Lady Pank. Ale nikt się nie przyzna, wszyscy od zawsze słuchali Joy Division i Davida Bowie...
Trochę zboczyłem z tematu a przydałaby się jakaś konkluzja. Ślepe podążanie za modą i szukanie popularności za wszelka cenę jest w stanie dopaść i najbardziej cynicznych z konsumentów kultury. Pozerów jest tyle samo co zawsze przy okazji zdobywającego popularność trendu, czyli większość. Dlatego wszystkie mądre głowy mogą sobie nagradzać pozbawionymi znaczenia tytułami kogo chcą – i tak na końcu wygra Lady GaGa.

poniedziałek, 28 grudnia 2009

Monotonix + Mitch & Mitch w/ Igor Krutogolov + Bajzel @ Cogitatur, 18.12.2009

Tak się sympatycznie złożyło, że najlepszy koncert tego roku odbył się w samej jego końcówce. Tak jest, najlepszy koncert tego roku. Pod wieloma względami niedoskonały. Z pewnością nie tak poruszający jak koncert Radiohead czy nawet dziesiątki innych, które w tym roku mieliśmy okazję zobaczyć i usłyszeć. Ale po spotkaniu oko w oko z nieskrępowaną mocą występu Monotonix wszystkie inne doznania, chociażby najpiękniejsze, schodzą na drugi plan. Z kronikarskiego obowiązku należy najpierw wspomnieć o supportach. Najpierw na scenie pojawił się Bajzel, który w ciekawszy niż oczekiwany sposób nawiązał do estetyki, która najbardziej przywodziła na myśl... Nine Inch Nails. Pewnie słabe porównanie, ale to Telecasterowe brzmienie i charakterystyczne perkusyjne sample mogły tak się skojarzyć. Gdzieś czytałem, że w swoich piosenkach imć bajzel stara się o humorystyczne teksty. Szkoda tylko, że nagłośnienie skutecznie odebrało nam szansę przekonać się o tym na własne uszy. Bajzel uprzątnięto i na scenie pokazały się Mitche w towarzystwie zespołu Igora Krutogolova. Koncert tego zestawu z pewnością mógł przypaść do gustu fanom brzmień spod znaku wytwórni Ipecac, a może nawet i Tzadik. Tradycyjny Mitchowy groove był co rusz przełamywany zmetalizowanymi wstawkami, których nie powstydziłby się Fantomas. Rytmy połamane, melodie przemieszane, zestawienia absurdalne. Było bardzo dobrze, ale najlepsze miało dopiero nastąpić.
Przechadzający się po klubie cały wieczór panowie z Monotonix pewnie chcieli przyzwyczaić się do panującego w klubie chłodu (na dworze mieliśmy najzimniejszą noc tego roku a Cogitatur z dobrego ogrzewania nie słynie), ale kurtek pozbyli się dopiero przed samym koncertem. Po najkrótszym soundchecku, jaki w życiu widziałem (5 minut) zniknęli na chwilę, żeby pozbyć się resztek ubrań, po czym przystąpili do dzieła zniszczenia. Przy okazji relacji z OFF Festiwalu wspomniałem już o cudownym brzmieniu gitary Yonatana Gata, ale muszę zrobić to ponownie, bo brzmienie to w sali robi jeszcze większe wrażenie niż na powietrzu. Zdezelowany Fender Mustang podpięty do pieca basowego (sic!) wydaje z siebie najpiękniejsze przesterowane brzmienie, jakie w życiu słyszałem. Kolejne riffy wypełniały skromną salę Cogi potężnym hałasem, który w całym tym szaleństwie mimo wszystko składał się na poszczególne piosenki. Ami Shalev jak sam się przyznał ma już 44 lata, ale energią i karkołomnymi wygłupami przyćmiewa 90% wszystkich frontmanów świata. Publiczność nie dopisała w oczekiwanym stopniu, bo stopni na dworze było za mało, ale to nie przeszkodziło mu rozkręcić taki młyn, jakiego ten śmieszny klub nie widział chyba nigdy. Po jakichś 4 numerach zmierzał właśnie w kierunku baru w celu wdrapania się na niego, ale został zatrzymany przez ochroniarza. Przerwał koncert i przez dobre 10 minut zastanawiał się głośno, czy go kontynuować. Przez moment wyglądało na to, że będzie można sobie za chwile zabrać coś fajnego z klubu na pamiątkę, bo zamieszki są nieuniknione. Kierownik klubu (a nie żaden mynadżer, jak pewnie chciałby być nazywanym) nerwowo obserwował sytuację i z każdą sekunda tracił kolor, zmierzając ku najbledszej bieli. Dwóch smutnych osiłków z napisem FOSA na piersi nie rozumiejąc z pewnością ani słowa z wywodu wokalisty już rozpracowywało schemat rozmieszczenia wyjść ewakuacyjnych. Na szczęście Monotonix już nie z takimi burakami dawali sobie radę. Dokończyli koncert a do wspinaczki zamiast baru wykorzystali ludzi. Odbyły się tradycyjne już dla ich koncertów unoszenie w powietrzu całego zestawu perkusyjnego razem z perkusistą, polewanie siebie i publiczności przechwyconymi w chwili nieuwagi drinkami, skoki, wrzaski, pokazywanie dupy, wszystko to, czego możecie spodziewać się tylko po nich. W połowie rozimprowizowanego As Noise pojawiły się nawet strzępki coverów: The Beatles, Led Zeppelin, Beastie Boys, parodia Gogol Bordello i wreszcie tradycyjna izraelska melodia Li Shati Eynayim. Po koncercie jeszcze długo nie cichły brawa a zespół udowodnił, że słusznie należy mu się łatka najlepszego w kategorii koncertowej. Było zimno, ciemno, ludzie nie dopisali a szefostwo klubu było zupełnie nieprzygotowane na to, co miało się wydarzyć. Mimo to Monotonix stanęli na wysokości zadania i po wszystkim nikt nie mógł czuć niedosytu. Pomimo mojego absolutnego uwielbienia dla tego składu rozumiem, że można się krzywić na nieco staroświeckie riffy i toporne, garażowe brzmienie. Można nie doceniać fałszującego wokalu i prostackich tekstów. Ale obok takiego koncertu nie można przejść obojętnie, nie można nie zakochać się w tych spoconych, zarośniętych, półnagich facetach walących bez opamiętania w swoje instrumenty (tak, wiem co napisałem). Ich muzyka jest brudna, hałaśliwa, infantylna, agresywna i przeładowana testosteronem. Ale czy właśnie nie taka jest definicja rock'n'rolla?

Gogol Bordello @ Rotunda, 09.12.2009

O występach tego składu słyszałem już różne rzeczy o znajomych, którzy mieli okazję ich widzieć, sam już też niemalże doznałem, bo posiadałem bilet na ich wrocławski koncert AD 2007. Niestety, konkurujące wydarzenia nie pozwoliły mi zobaczyć ich wtedy, na szczęście tym razem się udało. Słynna klimatyzowana sala krakowskiej Rotundy wypełniła się po brzegi, przez co robiła wrażenie mniejszej, niż jest w rzeczywistości. Rozgrzana do czerwoności publiczność niecierpliwie oczekiwała na początek koncertu a gdy wreszcie na scenie pojawił się Eugene Hutz – po prostu eksplodowała. Przez następną godzinę z okładem cała sala falowała w górę i w dół, w lewo i prawo, w rytm kolejnych piosenek. Swojsko brzmiąca mieszanka muzyki najbliższego Wschodu (Ukrainy, Bałkanów), tego nieco dalszego (Izrael) oraz wpływów pobocznych (Flamenco, Punk) zgodnie z przypuszczeniami przepięknie sprawdza się na żywo. Setlistę tego wieczoru wypełniły same hity – Start Wearing Purple, Not a Crime, Mala Vida, Wanderlust King, Alcohol – wszystkie wspólnie z publicznością odśpiewane i odtańczone. Wszystkie historie, które słyszałem na temat ich koncertów okazały się prawdziwe – mało powiedzieć, że zespół gra solidnie. Każda nuta trafia w punkt, sekcja powala dokładnością i siłą, kontakt z publicznością lepiej niż wzorowy. Kolejne numery wypływają jeden z drugiego, cały koncert sprawia wrażenie dopracowanego w każdym szczególe, ale nie wykoncypowanego – to po prostu efekt setek godzin spędzonych na scenie. Doświadczenie czyni mistrza a Gogol Bordello grają mistrzowskie koncerty. Czy kogoś jeszcze trzeba do tego przekonywać?

Josephine Foster + Andrew Bird @ Teatr Rozrywki, 19.11.2009

Tutaj na szczęście atmosfera była zupełnie inna. Wyłożone czerwonym aksamitem wnętrza Teatru Rozrywki już samą swoją proweniencją zmuszały do powagi i skupienia. I bardzo dobrze.
Józefina Foster jest postacią z zupełnie innej epoki. Przybyła do nas z Ameryki, której już dawno nie ma – prowincjonalnej w najlepszym tego słowa znaczeniu. Ubrana z zwiewną sukienkę, eteryczna i jakby nieobecna, czarowała subtelnym głosem i elegancją. Towarzyszący jej zespół był z zupełnie innej bajki, zwłaszcza szalejący gitarzysta, którego ogniste, niemalże noise'owe a z pewnością jazzujące partie kontrastowały ze spokojem i pięknem większości kompozycji. Efekt bardzo ciekawy, koncert z gatunku tych najlepszych.
Andrzej Ptak to z kolei postać o kosmicznie wręcz rozbudowanej elokwencji muzycznej i prawie cyrkowych zdolnościach instrumentalnych. Obstawiony baterią efektów jedynie za pomocą skrzypiec i gitary budował całe orkiestry przy okazji każdej kolejnej piosenki. Andrzej posiadł tę cudowną umiejętność tworzenia muzyki, której przeciętny śmiertelnik nie ogarnie nigdy. Ja nie ogarniam. Słyszę dźwięki i słowa, ale nie rozumiem jak to się wszystko składa i łączy. Lubię czuć się nieco zagubiony w tym, co słyszę. Dlatego lubię Joannę Newsom a od tamtego listopadowego wieczoru lubię również i Andrzeja. Chłopak śpiewa cudownie pokrętne teksty, gwiżdże, obsługuje instrumenty i parafernalia z piekielną precyzją i do tego dysponuje godną pozazdroszczenia charyzmatyczną konferansjerką. Cały ten postmodernistyczny show zrobił na mnie ogromne wrażenie i aż szkoda wspominać o pustawych trybunach, bo to wstyd i hańba, żeby tak dobry koncert się nie wyprzedał. Na szczęście to był jego jedyny minus.

My Name is Nobody + Matt Elliott + Iowa Super Soccer @ Hipnoza, 07.11.2009

Ze wszystkich dobrodziejstw tegorocznej edycji Ars Cameralis udało mi się wyłowić jedynie dwa koncerty. Gospodarzem pierwszego z nich był klub Hipnoza. Otwierający wieczór występ Iowa Super Soccer pozytywnie mnie zaskoczył. Ostatni raz widziałem ich w czerwcu tego roku i jak zwykle prawie zasnąłem, bo zazwyczaj granie spod znaku Kozelek/Low tak właśnie na mnie działa. Po drodze zespół zaliczył wycieczkę do Hiszpanii pewnie ostro ich napromieniowało kastylijskim słońcem, bo składający się prawie zupełnie z nowych piosenek koncert w niczym nie przypominał wszystkich poprzednich, które miałem okazję widzieć. Nowe utwory są pełne energii i zamiast przygnębiać – rozweselają. Na scenie uśmiechy. To już nie jest ten sam zespół. I bardzo dobrze.
Zgodnie z nazwą zespół My Name Is Nobody był dla mnie zupełnie anonimowy. A szkoda, bo okazał się zupełnie przyzwoitym kawałkiem muzyki. Podobnie jak podczas niegdysiejszego koncertu zespołu Loyola, również podczas Ars Cameralis, okazało się, że niemożliwe stało się możliwe – Francuzi grają skrajnie amerykańską muzykę nie gorzej niż najprawdziwsi Amerykanie. Skromnie zaaranżowane alternatywne country, którego słuchałem z niekłamaną przyjemnością. Banjo, gitara, klawisze, perkusja. Do tego to, co recenzent lubi najbardziej, czyli harmonie na wokalach. I tak podróżują sobie te francuskie gamonie po USA i nikt się nie oburza, że grają muzykę z dziada pradziada farmerską. Świat się kończy.
Tzw. gwoździem programu był solowy występ Matta Elliotta. Postawny ów jegomość zaprezentował za pomocą gitary i tony efektów loopująco-pogłosowych intrygującą mieszankę brzmień elektro-akustycznych. Ballady porozciągane do rozmiarów dziesięciominutowych falowały i przelewały się przez dobrą godzinę. Wszystkie powstały pod wpływem fascynacji muzyką 'radziecką', która dla przeciętnego angola może faktycznie stanowić egzotykę na tyle sporą, żeby pokusić się o płytę i trasę, ale w kraju deptanym sowieckim buciorem przez setki lat bez mała te brzmienia ciągle jeszcze nie do końca wybrzmiały. Ok, może jestem stary, ale nazwiska Wysocki, Okudżawa czy nawet Awdiejew nie są mi obce, choć z pewnością dla większości dzieciaków to już prehistoria. Tak czy siak w ciekawej aranżacji wszystkie sztucznie budowane chóry i bałałajkowe plumkania mogły się podobać.
Przy okazji tego koncertu warto wspomnieć o Hipnozie, jako kolejnym katowickim lokalu nie nadającym się na koncerty. Już nawet nie mówię o tym, że coś walnęło w nagłośnieniu (obstawiam kabel) pod koniec, w związku z czym cały występ Matta Elliota zabrzmiał jak przez telefon i do tego w mono, a ekipa techniczna po kilku niemrawych próbach naprawienia sytuacji potem już tylko się przyglądała się wszystkiemu z uśmiechem pt: 'a w dupie to mam'. Przykre. Ale jeszcze gorsza była publiczność, która w 80% procentach składała się z baranów zupełnie niezainteresowanych muzyką. Nigdy nie pojmę jak można wydać naprawdę sporo pieniędzy na bilet tylko po to, żeby później cały koncert przegadać ze znajomymi skutecznie psując odbiór muzyki wszystkim dookoła. Jeżeli koncert dodatkowo się wyprzedaje i wszyscy Ci debile zajmują tylko niepotrzebnie miejsce prawdziwym słuchaczom to już jest jakieś totalnie nieporozumienie. Nie chcę wyjść na jakiegoś scenowego frustrata i nazistę, ale za nieustanne gadanie podczas takich koncertów urywałbym język. Dlatego również Hipnozie mówimy stanowcze nie: tłuste jedzenie i piwo nie licują ze sztuką. Kropka.

The Forest And The Trees + Indigo Tree @ Rondo Sztuki, 06.11.2009

Szwedzka młodzież zaprezentowała uroczy, kameralny pop nie grzeszący oryginalnością, ale bardzo przyjemny. Harmonizowane wokale, gitara plus klawisze. Fajnie. Wspomagający ich duet post-Pustkowy zagrał kilka minimalistycznie zaaranżowanych piosenek w dość oczywisty sposób nawiązujących do estetyki lo-fi. Obydwa koncerty bardzo zgrabne i do rzeczy, warto zainteresować się nagraniami i jednych i drugich. Jeżeli chodzi o okoliczności przyrody, to nie było już tak różowo. Frekwencja praktycznie zerowa, pomimo przystępnej ceny biletów (słownie: zero złotych). Pomimo kilku wcześniejszych udanych prób po zmianie właściciela obiektu Rondo Sztuki ostatecznie okazało się miejscem absolutnie nie nadającym się do robienia koncertów. Starania lokalnego impresariatu imponują determinacją, ale wszystko to próżny trud – co raz bardziej przaśna atmosfera Oka Miasta (te sosnowe mebelki, to paskudne żarcie, to nieznośne oświetlenie obiektu, to beznadziejne umiejscowienie sceny) nie pozwala cieszyć się muzyką nawet w dostatecznym stopniu. Takim koncertom mówimy zdecydowanie tak, ale już nigdy tam.

środa, 4 listopada 2009

Pogodno (1:4) Biff

Pierwsza połowa:

Pogodno + L.Stadt + Sorry Boys @ Cogitatur, Katowice



Piątkowy wieczór, piekielnie zadymiona i niedoświetlona sala koncertowa w Cogi. Po standardowej obsuwie na scenie pojawia się warszawski skład Sorry Boys. Ok, Iza Komaszyńska ma świetny głos i świetnie się prezentuje. Szkoda, że piosenki zespołu nie dorastają do niej poziomem. Są zupełnie przeciętne, nawet jak na polską scenę. A może po prostu taki poetycki rock nie pasował mi do zestawu ze względu na gwiazdę? No właśnie...
Po nich zagrał L.Stadt i zagrał bardzo dobrze. Dzięki sprytnemu patentowi z dwiema perkusjami udaje im się odratować brzmienie numerów, które na płycie są dopieszczone na śmierć przez masę efektów. Nowe numery nie odbiegają jakością od starych (czyli są bardzo dobre) i nawet singlowy ''Death of a Surfer Girl'' zabrzmiał zupełnie fajnie, choć jego wersja studyjna - mówiąc delikatnie - nie powala. Na udawanego bisa poleciał najlepiej przyjęty ''Londyn'', który jest koronnym, smutnym przykładem na to, że dzieciaki wcale nie chcą słuchać fajnej muzyki, bo nie można ściągnąć do niej napisów...
Zapowiadane 15 minut przerwy technicznej przedłużyło się do 45 minut, w związku z tym i tak skromna publiczność jeszcze się zmniejszyła. Ale Ci, którzy czekali (i tankowali) od kilku godzin niestety zostali.
Zanim relacja będzie trochę historii. Każdy, kto widział ich na żywo przez ostatnie, powiedzmy, 8 lat wie, że Pogodno to najlepsza w Polsce grupa koncertowa. Jakieś dwa lata temu zaczęli rozłazić się po różnych pobocznych składach, ale bez większego wpływu na rdzennie Pogodne (Pogodnowe?) działania. Poźniej przyszła pora na rok przerwy we wspólnym koncertowaniu, więc Macuk z Budyniem zajęli się solową karierą Nosowskiej, Budyń dodatkową zaopiekował się swoją. Kozłowski został nowym Mitchem a Pfeiff coś tam nieśmiało zaczął dłubać przy Biff razem z Brachaczkiem (wiem, że to dziewczyna, ale lepiej mi brzmi) i Fochmannem. W maju Maciek Macuk przyznał w jednym z wywiadów, że po wakacjach wezmą się za nagranie płyty i wreszcie zacznie się dziać coś więcej niż nagrywanie coverów na składanki. Jak się okazuje – nic z tych rzeczy. Kozłowski i Pfeiff na dobre zaistnieli w Biff, do tego ten pierwszy ciągle Mitchuje. Macuk ciągle siedzi w Warszawie. A Budyń? Pół biedy, że gra ze Sprawcami Rzepaku, bo są to rzeczy świetne. Ni z tego ni z owego uruchomił Pogodno w zupełnie nowym składzie. Z powyższego zestawu został sam Budyń. Zapewne wszystko to rozgrywa się na stopie koleżeńskiej, bo nie chce mi się wierzyć, że po 10 latach wspólnego grania każdy tak po prostu poszedł w swoją stronę, a do tego pozwolił swojej macierzystej formacji podryfować w tak niepokojącym kierunku. Chwilowo fakt pozostaje faktem. A zatem do rzeczy: Na starcie coś tam wspomniał Budyń, że ''pewnie zauważyliście, że coś się na scenie nie zgadza'', ale to było na tyle wyjaśnień. Potem dodał, że nie będzie dziś ''Pani w obuwniczym'', ''Elvisa'', ''Górniczo-hutniczej...''. Zamiast tego poleciały numery grane rzadziej (''Wieża'', ''To nie nasza sprawa'', ''Studio ziew'') i kilka standardów, ale w zupełnie zmienionych aranżacjach (''Podgląduję Cię'', ''Narkotyki'', ''3 Chłopców''). Całość była utrzymana w atmosferze intensywnego jammowania, bardziej niż odgrywaniem tych samych numerów milion pierwszy raz zespół był zainteresowany odkrywaniem ich drugiego i trzeciego dnia. Budyń postanowił poeksperymentować zarówno na żelaznym repertuarze jak i żelaznej publiczności Pogodno. Zamiast rock'n'rolla z przytupem była psychodelia i noise'owo-jazzowe odjazdy. No dobra, jakieś 25% tego koncertu to ciągle było stare Pogodno. Budyń to ciągle najlepszy frontman w Polsce i gładko radził sobie z pijaną i rozwrzeszczaną publicznością, strzelił kilka niezłych żartów, ale przede wszystkim widać było, że w cały występ wkłada masę energii. Trudno zatem posądzać kogokolwiek o skok na kasę, jednakowoż przyszłość tej formacji jest niejasna. Pewnym jest, że takimi koncertami Pogodno popełnia komercyjne samobójstwo, co może im i nam, słuchaczom wyjść na dobre. Pierwsza gwiazda juwenaliowych koncertów schodzi do podziemia i amputuje sobie całą rzeszę fanów, którzy pewnie już zawsze domagaliby się starych numerów, ale za to zapełnialiby każdy koncert. Pamiętam jak w 2007 byłem na koncercie Pogodno w katowickim miasteczku akademickim. Całkiem spory ''Straszny Dwór'' wypełnił się po sufit, ochrona ze względów bezpieczeństwa zamknęła lokal zostawiając pod drzwiami jeszcze setkę chętnych. Wygląda na to, że te czasy bezpowrotnie minęły, i trochę szkoda, bo tamto Pogodno to był prawdziwy, niebywale solidny rock'n'roll z jajami i oglądanie tych jaj na żywo było prawdziwą przyjemnością. Teraz niby też jest, ale zupełnie inną i dla zupełnie innej publiczności, że tak pozwolę sobie zawyrokować. Bardzo jestem ciekaw, co będzie dalej.

Druga połowa:

Biff @ Zaścianek, Kraków



Zupełnym przeciwieństwem koncertu piątkowego był koncert wtorkowy. Okoliczności diametralnie różne - oddalony od centrum malutki klub wypełnił się po brzegi mimo środka tygodnia i fatalnej pogody. Publiczność bardziej licealna niż studencka, zamiast podstarzałych, pijanych facetów było pełno co najwyżej podchmielonych nastolatek. Półgodzinna, nieuchronna obsuwa i już grają. Co tu dużo mówić, Biffy zagrali świetnie i aż szkoda, że dorobili się dopiero jednej płyty, bo granie dwa razy tych samych numerów na bis to trochę obciach, ale bez tego musieliby skończyć po 45 minutach. Nic z tego, publiczność dała im odejść po półtorej godziny. Wszystko w Biff działa jak należy i trudno wskazać, co jest najważniejszą siłą napędową. Fajne, popowo-bigbeatowe melodie? Świetny wokal Ani Brachaczek? Najlepsza sekcja w Polsce? Wszystko chodzi jak w zegarku. Uroczo nieporadna konferansjerka nie może się równać z tą Budyniową, ale Brachaczek braki w charyzmie nadrabia urokiem osobistym i kosmiczną garderobą (panterkowe body rządzi!). Kozłowski z Pfeifem udowadniali w każdym uderzeniu każdego taktu, że w tej estetyce są najlepsi. W końcu dekada spędzona razem na scenie zrobiła swoje. Nawet nie chodzi o to, że to jest jakaś wirtuozeria (przykładowo nowy bębniarz Pogodno, Paweł Osicki, jest technicznie bieglejszy), ale oni grają z takim feelingiem i rockową siłą, że strach. I w zasadzie nie ma o czym więcej pisać - tak dobrymi koncertami i płytą Biff bez wysiłku wskoczył na miejsce zwolnione przez Pogodno i przypuszczalnie jeszcze przez kilka dobrych lat będą wypełniali kluby, a może i listy przebojów swoimi bezpretensjonalnymi, nieznośnie chwytliwymi piosenkami. Póki co ich twórczość cieszy na wielu frontach, bo choć pozbawiona większych ambicji, jest doskonale rozrywkowa. Tylko tyle i aż tyle.
Wygląda na to, że Pogodno przez pączkowanie rozmnożyło się do trzech pełnoprawnych tworów: Biff, Rzepaku i altPogodno. Nie mam pojęcia jak będzie przyszłość każdego z nich, zwłaszcza macierzystej formacji, ale wolę całą tę szajkę we wszystkich konfiguracjach niż wszystkie Comy i Happysady świata.