poniedziałek, 28 grudnia 2009

Monotonix + Mitch & Mitch w/ Igor Krutogolov + Bajzel @ Cogitatur, 18.12.2009

Tak się sympatycznie złożyło, że najlepszy koncert tego roku odbył się w samej jego końcówce. Tak jest, najlepszy koncert tego roku. Pod wieloma względami niedoskonały. Z pewnością nie tak poruszający jak koncert Radiohead czy nawet dziesiątki innych, które w tym roku mieliśmy okazję zobaczyć i usłyszeć. Ale po spotkaniu oko w oko z nieskrępowaną mocą występu Monotonix wszystkie inne doznania, chociażby najpiękniejsze, schodzą na drugi plan. Z kronikarskiego obowiązku należy najpierw wspomnieć o supportach. Najpierw na scenie pojawił się Bajzel, który w ciekawszy niż oczekiwany sposób nawiązał do estetyki, która najbardziej przywodziła na myśl... Nine Inch Nails. Pewnie słabe porównanie, ale to Telecasterowe brzmienie i charakterystyczne perkusyjne sample mogły tak się skojarzyć. Gdzieś czytałem, że w swoich piosenkach imć bajzel stara się o humorystyczne teksty. Szkoda tylko, że nagłośnienie skutecznie odebrało nam szansę przekonać się o tym na własne uszy. Bajzel uprzątnięto i na scenie pokazały się Mitche w towarzystwie zespołu Igora Krutogolova. Koncert tego zestawu z pewnością mógł przypaść do gustu fanom brzmień spod znaku wytwórni Ipecac, a może nawet i Tzadik. Tradycyjny Mitchowy groove był co rusz przełamywany zmetalizowanymi wstawkami, których nie powstydziłby się Fantomas. Rytmy połamane, melodie przemieszane, zestawienia absurdalne. Było bardzo dobrze, ale najlepsze miało dopiero nastąpić.
Przechadzający się po klubie cały wieczór panowie z Monotonix pewnie chcieli przyzwyczaić się do panującego w klubie chłodu (na dworze mieliśmy najzimniejszą noc tego roku a Cogitatur z dobrego ogrzewania nie słynie), ale kurtek pozbyli się dopiero przed samym koncertem. Po najkrótszym soundchecku, jaki w życiu widziałem (5 minut) zniknęli na chwilę, żeby pozbyć się resztek ubrań, po czym przystąpili do dzieła zniszczenia. Przy okazji relacji z OFF Festiwalu wspomniałem już o cudownym brzmieniu gitary Yonatana Gata, ale muszę zrobić to ponownie, bo brzmienie to w sali robi jeszcze większe wrażenie niż na powietrzu. Zdezelowany Fender Mustang podpięty do pieca basowego (sic!) wydaje z siebie najpiękniejsze przesterowane brzmienie, jakie w życiu słyszałem. Kolejne riffy wypełniały skromną salę Cogi potężnym hałasem, który w całym tym szaleństwie mimo wszystko składał się na poszczególne piosenki. Ami Shalev jak sam się przyznał ma już 44 lata, ale energią i karkołomnymi wygłupami przyćmiewa 90% wszystkich frontmanów świata. Publiczność nie dopisała w oczekiwanym stopniu, bo stopni na dworze było za mało, ale to nie przeszkodziło mu rozkręcić taki młyn, jakiego ten śmieszny klub nie widział chyba nigdy. Po jakichś 4 numerach zmierzał właśnie w kierunku baru w celu wdrapania się na niego, ale został zatrzymany przez ochroniarza. Przerwał koncert i przez dobre 10 minut zastanawiał się głośno, czy go kontynuować. Przez moment wyglądało na to, że będzie można sobie za chwile zabrać coś fajnego z klubu na pamiątkę, bo zamieszki są nieuniknione. Kierownik klubu (a nie żaden mynadżer, jak pewnie chciałby być nazywanym) nerwowo obserwował sytuację i z każdą sekunda tracił kolor, zmierzając ku najbledszej bieli. Dwóch smutnych osiłków z napisem FOSA na piersi nie rozumiejąc z pewnością ani słowa z wywodu wokalisty już rozpracowywało schemat rozmieszczenia wyjść ewakuacyjnych. Na szczęście Monotonix już nie z takimi burakami dawali sobie radę. Dokończyli koncert a do wspinaczki zamiast baru wykorzystali ludzi. Odbyły się tradycyjne już dla ich koncertów unoszenie w powietrzu całego zestawu perkusyjnego razem z perkusistą, polewanie siebie i publiczności przechwyconymi w chwili nieuwagi drinkami, skoki, wrzaski, pokazywanie dupy, wszystko to, czego możecie spodziewać się tylko po nich. W połowie rozimprowizowanego As Noise pojawiły się nawet strzępki coverów: The Beatles, Led Zeppelin, Beastie Boys, parodia Gogol Bordello i wreszcie tradycyjna izraelska melodia Li Shati Eynayim. Po koncercie jeszcze długo nie cichły brawa a zespół udowodnił, że słusznie należy mu się łatka najlepszego w kategorii koncertowej. Było zimno, ciemno, ludzie nie dopisali a szefostwo klubu było zupełnie nieprzygotowane na to, co miało się wydarzyć. Mimo to Monotonix stanęli na wysokości zadania i po wszystkim nikt nie mógł czuć niedosytu. Pomimo mojego absolutnego uwielbienia dla tego składu rozumiem, że można się krzywić na nieco staroświeckie riffy i toporne, garażowe brzmienie. Można nie doceniać fałszującego wokalu i prostackich tekstów. Ale obok takiego koncertu nie można przejść obojętnie, nie można nie zakochać się w tych spoconych, zarośniętych, półnagich facetach walących bez opamiętania w swoje instrumenty (tak, wiem co napisałem). Ich muzyka jest brudna, hałaśliwa, infantylna, agresywna i przeładowana testosteronem. Ale czy właśnie nie taka jest definicja rock'n'rolla?

Gogol Bordello @ Rotunda, 09.12.2009

O występach tego składu słyszałem już różne rzeczy o znajomych, którzy mieli okazję ich widzieć, sam już też niemalże doznałem, bo posiadałem bilet na ich wrocławski koncert AD 2007. Niestety, konkurujące wydarzenia nie pozwoliły mi zobaczyć ich wtedy, na szczęście tym razem się udało. Słynna klimatyzowana sala krakowskiej Rotundy wypełniła się po brzegi, przez co robiła wrażenie mniejszej, niż jest w rzeczywistości. Rozgrzana do czerwoności publiczność niecierpliwie oczekiwała na początek koncertu a gdy wreszcie na scenie pojawił się Eugene Hutz – po prostu eksplodowała. Przez następną godzinę z okładem cała sala falowała w górę i w dół, w lewo i prawo, w rytm kolejnych piosenek. Swojsko brzmiąca mieszanka muzyki najbliższego Wschodu (Ukrainy, Bałkanów), tego nieco dalszego (Izrael) oraz wpływów pobocznych (Flamenco, Punk) zgodnie z przypuszczeniami przepięknie sprawdza się na żywo. Setlistę tego wieczoru wypełniły same hity – Start Wearing Purple, Not a Crime, Mala Vida, Wanderlust King, Alcohol – wszystkie wspólnie z publicznością odśpiewane i odtańczone. Wszystkie historie, które słyszałem na temat ich koncertów okazały się prawdziwe – mało powiedzieć, że zespół gra solidnie. Każda nuta trafia w punkt, sekcja powala dokładnością i siłą, kontakt z publicznością lepiej niż wzorowy. Kolejne numery wypływają jeden z drugiego, cały koncert sprawia wrażenie dopracowanego w każdym szczególe, ale nie wykoncypowanego – to po prostu efekt setek godzin spędzonych na scenie. Doświadczenie czyni mistrza a Gogol Bordello grają mistrzowskie koncerty. Czy kogoś jeszcze trzeba do tego przekonywać?

Josephine Foster + Andrew Bird @ Teatr Rozrywki, 19.11.2009

Tutaj na szczęście atmosfera była zupełnie inna. Wyłożone czerwonym aksamitem wnętrza Teatru Rozrywki już samą swoją proweniencją zmuszały do powagi i skupienia. I bardzo dobrze.
Józefina Foster jest postacią z zupełnie innej epoki. Przybyła do nas z Ameryki, której już dawno nie ma – prowincjonalnej w najlepszym tego słowa znaczeniu. Ubrana z zwiewną sukienkę, eteryczna i jakby nieobecna, czarowała subtelnym głosem i elegancją. Towarzyszący jej zespół był z zupełnie innej bajki, zwłaszcza szalejący gitarzysta, którego ogniste, niemalże noise'owe a z pewnością jazzujące partie kontrastowały ze spokojem i pięknem większości kompozycji. Efekt bardzo ciekawy, koncert z gatunku tych najlepszych.
Andrzej Ptak to z kolei postać o kosmicznie wręcz rozbudowanej elokwencji muzycznej i prawie cyrkowych zdolnościach instrumentalnych. Obstawiony baterią efektów jedynie za pomocą skrzypiec i gitary budował całe orkiestry przy okazji każdej kolejnej piosenki. Andrzej posiadł tę cudowną umiejętność tworzenia muzyki, której przeciętny śmiertelnik nie ogarnie nigdy. Ja nie ogarniam. Słyszę dźwięki i słowa, ale nie rozumiem jak to się wszystko składa i łączy. Lubię czuć się nieco zagubiony w tym, co słyszę. Dlatego lubię Joannę Newsom a od tamtego listopadowego wieczoru lubię również i Andrzeja. Chłopak śpiewa cudownie pokrętne teksty, gwiżdże, obsługuje instrumenty i parafernalia z piekielną precyzją i do tego dysponuje godną pozazdroszczenia charyzmatyczną konferansjerką. Cały ten postmodernistyczny show zrobił na mnie ogromne wrażenie i aż szkoda wspominać o pustawych trybunach, bo to wstyd i hańba, żeby tak dobry koncert się nie wyprzedał. Na szczęście to był jego jedyny minus.

My Name is Nobody + Matt Elliott + Iowa Super Soccer @ Hipnoza, 07.11.2009

Ze wszystkich dobrodziejstw tegorocznej edycji Ars Cameralis udało mi się wyłowić jedynie dwa koncerty. Gospodarzem pierwszego z nich był klub Hipnoza. Otwierający wieczór występ Iowa Super Soccer pozytywnie mnie zaskoczył. Ostatni raz widziałem ich w czerwcu tego roku i jak zwykle prawie zasnąłem, bo zazwyczaj granie spod znaku Kozelek/Low tak właśnie na mnie działa. Po drodze zespół zaliczył wycieczkę do Hiszpanii pewnie ostro ich napromieniowało kastylijskim słońcem, bo składający się prawie zupełnie z nowych piosenek koncert w niczym nie przypominał wszystkich poprzednich, które miałem okazję widzieć. Nowe utwory są pełne energii i zamiast przygnębiać – rozweselają. Na scenie uśmiechy. To już nie jest ten sam zespół. I bardzo dobrze.
Zgodnie z nazwą zespół My Name Is Nobody był dla mnie zupełnie anonimowy. A szkoda, bo okazał się zupełnie przyzwoitym kawałkiem muzyki. Podobnie jak podczas niegdysiejszego koncertu zespołu Loyola, również podczas Ars Cameralis, okazało się, że niemożliwe stało się możliwe – Francuzi grają skrajnie amerykańską muzykę nie gorzej niż najprawdziwsi Amerykanie. Skromnie zaaranżowane alternatywne country, którego słuchałem z niekłamaną przyjemnością. Banjo, gitara, klawisze, perkusja. Do tego to, co recenzent lubi najbardziej, czyli harmonie na wokalach. I tak podróżują sobie te francuskie gamonie po USA i nikt się nie oburza, że grają muzykę z dziada pradziada farmerską. Świat się kończy.
Tzw. gwoździem programu był solowy występ Matta Elliotta. Postawny ów jegomość zaprezentował za pomocą gitary i tony efektów loopująco-pogłosowych intrygującą mieszankę brzmień elektro-akustycznych. Ballady porozciągane do rozmiarów dziesięciominutowych falowały i przelewały się przez dobrą godzinę. Wszystkie powstały pod wpływem fascynacji muzyką 'radziecką', która dla przeciętnego angola może faktycznie stanowić egzotykę na tyle sporą, żeby pokusić się o płytę i trasę, ale w kraju deptanym sowieckim buciorem przez setki lat bez mała te brzmienia ciągle jeszcze nie do końca wybrzmiały. Ok, może jestem stary, ale nazwiska Wysocki, Okudżawa czy nawet Awdiejew nie są mi obce, choć z pewnością dla większości dzieciaków to już prehistoria. Tak czy siak w ciekawej aranżacji wszystkie sztucznie budowane chóry i bałałajkowe plumkania mogły się podobać.
Przy okazji tego koncertu warto wspomnieć o Hipnozie, jako kolejnym katowickim lokalu nie nadającym się na koncerty. Już nawet nie mówię o tym, że coś walnęło w nagłośnieniu (obstawiam kabel) pod koniec, w związku z czym cały występ Matta Elliota zabrzmiał jak przez telefon i do tego w mono, a ekipa techniczna po kilku niemrawych próbach naprawienia sytuacji potem już tylko się przyglądała się wszystkiemu z uśmiechem pt: 'a w dupie to mam'. Przykre. Ale jeszcze gorsza była publiczność, która w 80% procentach składała się z baranów zupełnie niezainteresowanych muzyką. Nigdy nie pojmę jak można wydać naprawdę sporo pieniędzy na bilet tylko po to, żeby później cały koncert przegadać ze znajomymi skutecznie psując odbiór muzyki wszystkim dookoła. Jeżeli koncert dodatkowo się wyprzedaje i wszyscy Ci debile zajmują tylko niepotrzebnie miejsce prawdziwym słuchaczom to już jest jakieś totalnie nieporozumienie. Nie chcę wyjść na jakiegoś scenowego frustrata i nazistę, ale za nieustanne gadanie podczas takich koncertów urywałbym język. Dlatego również Hipnozie mówimy stanowcze nie: tłuste jedzenie i piwo nie licują ze sztuką. Kropka.

The Forest And The Trees + Indigo Tree @ Rondo Sztuki, 06.11.2009

Szwedzka młodzież zaprezentowała uroczy, kameralny pop nie grzeszący oryginalnością, ale bardzo przyjemny. Harmonizowane wokale, gitara plus klawisze. Fajnie. Wspomagający ich duet post-Pustkowy zagrał kilka minimalistycznie zaaranżowanych piosenek w dość oczywisty sposób nawiązujących do estetyki lo-fi. Obydwa koncerty bardzo zgrabne i do rzeczy, warto zainteresować się nagraniami i jednych i drugich. Jeżeli chodzi o okoliczności przyrody, to nie było już tak różowo. Frekwencja praktycznie zerowa, pomimo przystępnej ceny biletów (słownie: zero złotych). Pomimo kilku wcześniejszych udanych prób po zmianie właściciela obiektu Rondo Sztuki ostatecznie okazało się miejscem absolutnie nie nadającym się do robienia koncertów. Starania lokalnego impresariatu imponują determinacją, ale wszystko to próżny trud – co raz bardziej przaśna atmosfera Oka Miasta (te sosnowe mebelki, to paskudne żarcie, to nieznośne oświetlenie obiektu, to beznadziejne umiejscowienie sceny) nie pozwala cieszyć się muzyką nawet w dostatecznym stopniu. Takim koncertom mówimy zdecydowanie tak, ale już nigdy tam.

środa, 4 listopada 2009

Pogodno (1:4) Biff

Pierwsza połowa:

Pogodno + L.Stadt + Sorry Boys @ Cogitatur, Katowice



Piątkowy wieczór, piekielnie zadymiona i niedoświetlona sala koncertowa w Cogi. Po standardowej obsuwie na scenie pojawia się warszawski skład Sorry Boys. Ok, Iza Komaszyńska ma świetny głos i świetnie się prezentuje. Szkoda, że piosenki zespołu nie dorastają do niej poziomem. Są zupełnie przeciętne, nawet jak na polską scenę. A może po prostu taki poetycki rock nie pasował mi do zestawu ze względu na gwiazdę? No właśnie...
Po nich zagrał L.Stadt i zagrał bardzo dobrze. Dzięki sprytnemu patentowi z dwiema perkusjami udaje im się odratować brzmienie numerów, które na płycie są dopieszczone na śmierć przez masę efektów. Nowe numery nie odbiegają jakością od starych (czyli są bardzo dobre) i nawet singlowy ''Death of a Surfer Girl'' zabrzmiał zupełnie fajnie, choć jego wersja studyjna - mówiąc delikatnie - nie powala. Na udawanego bisa poleciał najlepiej przyjęty ''Londyn'', który jest koronnym, smutnym przykładem na to, że dzieciaki wcale nie chcą słuchać fajnej muzyki, bo nie można ściągnąć do niej napisów...
Zapowiadane 15 minut przerwy technicznej przedłużyło się do 45 minut, w związku z tym i tak skromna publiczność jeszcze się zmniejszyła. Ale Ci, którzy czekali (i tankowali) od kilku godzin niestety zostali.
Zanim relacja będzie trochę historii. Każdy, kto widział ich na żywo przez ostatnie, powiedzmy, 8 lat wie, że Pogodno to najlepsza w Polsce grupa koncertowa. Jakieś dwa lata temu zaczęli rozłazić się po różnych pobocznych składach, ale bez większego wpływu na rdzennie Pogodne (Pogodnowe?) działania. Poźniej przyszła pora na rok przerwy we wspólnym koncertowaniu, więc Macuk z Budyniem zajęli się solową karierą Nosowskiej, Budyń dodatkową zaopiekował się swoją. Kozłowski został nowym Mitchem a Pfeiff coś tam nieśmiało zaczął dłubać przy Biff razem z Brachaczkiem (wiem, że to dziewczyna, ale lepiej mi brzmi) i Fochmannem. W maju Maciek Macuk przyznał w jednym z wywiadów, że po wakacjach wezmą się za nagranie płyty i wreszcie zacznie się dziać coś więcej niż nagrywanie coverów na składanki. Jak się okazuje – nic z tych rzeczy. Kozłowski i Pfeiff na dobre zaistnieli w Biff, do tego ten pierwszy ciągle Mitchuje. Macuk ciągle siedzi w Warszawie. A Budyń? Pół biedy, że gra ze Sprawcami Rzepaku, bo są to rzeczy świetne. Ni z tego ni z owego uruchomił Pogodno w zupełnie nowym składzie. Z powyższego zestawu został sam Budyń. Zapewne wszystko to rozgrywa się na stopie koleżeńskiej, bo nie chce mi się wierzyć, że po 10 latach wspólnego grania każdy tak po prostu poszedł w swoją stronę, a do tego pozwolił swojej macierzystej formacji podryfować w tak niepokojącym kierunku. Chwilowo fakt pozostaje faktem. A zatem do rzeczy: Na starcie coś tam wspomniał Budyń, że ''pewnie zauważyliście, że coś się na scenie nie zgadza'', ale to było na tyle wyjaśnień. Potem dodał, że nie będzie dziś ''Pani w obuwniczym'', ''Elvisa'', ''Górniczo-hutniczej...''. Zamiast tego poleciały numery grane rzadziej (''Wieża'', ''To nie nasza sprawa'', ''Studio ziew'') i kilka standardów, ale w zupełnie zmienionych aranżacjach (''Podgląduję Cię'', ''Narkotyki'', ''3 Chłopców''). Całość była utrzymana w atmosferze intensywnego jammowania, bardziej niż odgrywaniem tych samych numerów milion pierwszy raz zespół był zainteresowany odkrywaniem ich drugiego i trzeciego dnia. Budyń postanowił poeksperymentować zarówno na żelaznym repertuarze jak i żelaznej publiczności Pogodno. Zamiast rock'n'rolla z przytupem była psychodelia i noise'owo-jazzowe odjazdy. No dobra, jakieś 25% tego koncertu to ciągle było stare Pogodno. Budyń to ciągle najlepszy frontman w Polsce i gładko radził sobie z pijaną i rozwrzeszczaną publicznością, strzelił kilka niezłych żartów, ale przede wszystkim widać było, że w cały występ wkłada masę energii. Trudno zatem posądzać kogokolwiek o skok na kasę, jednakowoż przyszłość tej formacji jest niejasna. Pewnym jest, że takimi koncertami Pogodno popełnia komercyjne samobójstwo, co może im i nam, słuchaczom wyjść na dobre. Pierwsza gwiazda juwenaliowych koncertów schodzi do podziemia i amputuje sobie całą rzeszę fanów, którzy pewnie już zawsze domagaliby się starych numerów, ale za to zapełnialiby każdy koncert. Pamiętam jak w 2007 byłem na koncercie Pogodno w katowickim miasteczku akademickim. Całkiem spory ''Straszny Dwór'' wypełnił się po sufit, ochrona ze względów bezpieczeństwa zamknęła lokal zostawiając pod drzwiami jeszcze setkę chętnych. Wygląda na to, że te czasy bezpowrotnie minęły, i trochę szkoda, bo tamto Pogodno to był prawdziwy, niebywale solidny rock'n'roll z jajami i oglądanie tych jaj na żywo było prawdziwą przyjemnością. Teraz niby też jest, ale zupełnie inną i dla zupełnie innej publiczności, że tak pozwolę sobie zawyrokować. Bardzo jestem ciekaw, co będzie dalej.

Druga połowa:

Biff @ Zaścianek, Kraków



Zupełnym przeciwieństwem koncertu piątkowego był koncert wtorkowy. Okoliczności diametralnie różne - oddalony od centrum malutki klub wypełnił się po brzegi mimo środka tygodnia i fatalnej pogody. Publiczność bardziej licealna niż studencka, zamiast podstarzałych, pijanych facetów było pełno co najwyżej podchmielonych nastolatek. Półgodzinna, nieuchronna obsuwa i już grają. Co tu dużo mówić, Biffy zagrali świetnie i aż szkoda, że dorobili się dopiero jednej płyty, bo granie dwa razy tych samych numerów na bis to trochę obciach, ale bez tego musieliby skończyć po 45 minutach. Nic z tego, publiczność dała im odejść po półtorej godziny. Wszystko w Biff działa jak należy i trudno wskazać, co jest najważniejszą siłą napędową. Fajne, popowo-bigbeatowe melodie? Świetny wokal Ani Brachaczek? Najlepsza sekcja w Polsce? Wszystko chodzi jak w zegarku. Uroczo nieporadna konferansjerka nie może się równać z tą Budyniową, ale Brachaczek braki w charyzmie nadrabia urokiem osobistym i kosmiczną garderobą (panterkowe body rządzi!). Kozłowski z Pfeifem udowadniali w każdym uderzeniu każdego taktu, że w tej estetyce są najlepsi. W końcu dekada spędzona razem na scenie zrobiła swoje. Nawet nie chodzi o to, że to jest jakaś wirtuozeria (przykładowo nowy bębniarz Pogodno, Paweł Osicki, jest technicznie bieglejszy), ale oni grają z takim feelingiem i rockową siłą, że strach. I w zasadzie nie ma o czym więcej pisać - tak dobrymi koncertami i płytą Biff bez wysiłku wskoczył na miejsce zwolnione przez Pogodno i przypuszczalnie jeszcze przez kilka dobrych lat będą wypełniali kluby, a może i listy przebojów swoimi bezpretensjonalnymi, nieznośnie chwytliwymi piosenkami. Póki co ich twórczość cieszy na wielu frontach, bo choć pozbawiona większych ambicji, jest doskonale rozrywkowa. Tylko tyle i aż tyle.
Wygląda na to, że Pogodno przez pączkowanie rozmnożyło się do trzech pełnoprawnych tworów: Biff, Rzepaku i altPogodno. Nie mam pojęcia jak będzie przyszłość każdego z nich, zwłaszcza macierzystej formacji, ale wolę całą tę szajkę we wszystkich konfiguracjach niż wszystkie Comy i Happysady świata.

poniedziałek, 26 października 2009

UNSOUND, dzień czwarty (ostatni) - Sunn O))) & Eagle Twin

Pisałem już o tym, że organizatorzy UNSOUND wyjątkowo dobrze dobierają miejsca tegorocznych koncertów? Pisałem. I napiszę raz jeszcze, bo zaadaptowana na okoliczność główna sala nowohuckiego teatru Łaźnia Nowa to miejsce idealne na tak szatańskie dźwięki, jakich było nam dane posłuchać. Chociaż 'posłuchać' to nie najlepsze słowo.

Przed wejściem jak zwykle pełno ludzi, którym do ostatniej chwili nie będzie się spieszyło z wchodzeniem. Porządny metal gardzi tymi, którzy lubią zająć dobre miejsce i cisną się do drzwi jak jakieś bydło. Dobrze jest postać, rzucić jakimś czerstwym żartem, zadać sobie głośno ignoranckie pytanie ''ciekawe kto tu w ogóle kojarzy co to za muza''. No tak. W tak zunifikowanym i jakże licznym przecież gronie jak polski fanklub obskurnego sludge'u nie ma miejsca na osoby przypadkowe. Zostawmy więc to elitarne grono i wejdźmy do środka.



Długa, wysoka sala wypełniona dymem. Kilka niebieskich punktowców nad sceną, a na niej ściana wzmacniaczy i perkusja. Na kilka minut przed dwudziestą na scenę wchodzi dwóch brodaczy z Eagle Twin i zaczynają. Sala powoli wypełnia się ludźmi a zespół serwuje solidny kawał stoner metalu, piece już rozgrzane, plexi-gitara rezonuje aż miło, bębniarz solidnie ją wspiera, waląc w talerze ciężkie jak dzwony kościelne, do tego porykiwania i – niespodzianka – zupełnie zrozumiałe wokale i – w związku z tym - teksty. Jest głośno i bardzo ciężko, ale to dopiero przedsmak. Eagle Twin zabrzmieli jak Earth z inklinacjami w stronę High on Fire (solówki!) i po czterdziestu bardzo intensywnych minutach zeszli ze sceny.



Szybka zmiana techniczna, strojenie, gasną światła. Na środku sceny maszyna do dymu pracuje pełną parą przez dobre dziesięć minut, akompaniują jej zaśpiewy gardłowe puszczone z płyty. Jedyne źródło światła to w tej chwili dziesiątki kontrolek żarzących się na kilkunastu głowach podpiętych do kolumn. Wreszcie zielone światło powoli rozprasza mgłę gęsto spowijającą zarówno scenę jak i całą salę i pojawiają się trzy zakapturzone postacie w czarnych, mnisich szatach. Chwytają za instrumenty, podnoszą ręce dzierżące kostki w majestatycznym geście. Przyciśnięte do gryfu struny brzęczą złowrogo, każde przesunięcie palca wydobywa z dziesiątek głośników trzask graniczący z wystrzałem. Tego, co działo się później nie można już traktować w kategoriach czysto muzycznych. Szarpnięte struny wywołują trzęsienie ziemi. Siła dźwięku dosłownie wstrząsa każdym włóknem każdej części ciała. Targana dreszczami skóra niemal odkleja się od mięśni. Oczy nie są w stanie złapać ostrości, ciężko jest złapać oddech. Prawdziwe, namacalne fale dźwiękowe uderzają w publiczność z zabójczą częstotliwością. Ponoć silnie wzmocnione dźwięki o odpowiednio niskiej częstotliwości mogą wywoływać u ludzi pierwotne uczucia takie jak strach, często ma się wrażenie obcowania z siłami nadprzyrodzonymi. Brzmi to może jak wstęp do odcinka Pogromców Mitów, ale koncert Sunn O))) udowodnił wszystkim tam zgromadzonym, że tak jest w istocie. Po dziesięciu minutach miarowego kopania publiczności po uszach i brzuchach na scenę wpełzł znany głównie z Mayhem Attila Csihar. Dzięki jego gościnnemu występowi udało się odtworzyć większość utworów z Monoliths & Dimensions (Aghartha, Big Church, Hunting & Gathering) oraz Orakulum z poprzedzającej tę płytę EPki. I tyle, tylko cztery utwory, ale to wystarczyło, aby wypełnić dziewięćdziesiąt minut. Choć rytualne gesty są stałym elementem występów Sunn O))) to teatralność ich krakowskiego koncertu przerosła moje oczekiwania. Niekwestionowanym mistrzem ceremonii był Attila, który zaprezentował zdumiewające umiejętności wokalne, ale i nie najgorsze aktorskie. Usłyszeliśmy wszystko, od płaczu dziecka, przez blackowe skrzeki i jęki po operowy śpiew, grobową narrację i niespotykanie profesjonalny śpiew gardłowy. Wyłaniał się z mgły, znikał w niej na dłuższą chwilę, gestykulował niczym jakiś pogański szaman. Gdy mniej więcej po godzinie zszedł ze sceny po to tylko, by po chwili powrócić na nią w kolejnym przebraniu, z wielu miażdżonych przez hałas gardeł z pewnością wyrwało się swojskie, ale najszczersze 'o ku...'. Na ciele krępujący ruchy wór pokutny przepleciony suchymi gałęziami, na głowie gniazdo, wokół przedramienia jego przedłużenie, a na jednej z gałęzi wypchany kruk. W innych okolicznościach wyglądałoby to groteskowo, ale wtedy wzbudzało trwogę. Facet przebrany za gadające, ryczące i wijące się drzewo, przed którym truchleje kilkuset dorosłych facetów? Tylko na koncertach Sunn O))).



Ich płyty można traktować w kategorii ciekawostki, z pewnością nie są one dla wszystkich i często są lekceważone jako nieskoordynowany zlepek szumów i hałasów. Ta 'muzyka' tak naprawdę znaczenia nabiera na koncertach i tam należy jej doświadczać w pierwszym rzędzie. Dosłownie. I choć nie jest to ani mądre, ani bezpieczne, to polecam absolutnie każdemu. Każdy wie, że muzykę da się grać głośno, większość UNSOUNDowych występów należała właśnie do tej kategorii, ale Sunn O))) to już nie jest hałas, który przytłumi Ci słuch na kilka dni. Ci kolesie są w stanie zrobić Ci krzywdę, ale ten dreszcz obcowania z czymś autentycznie niebezpiecznym sprawia, że nie chcesz o tym pamiętać. Niech dowodem na czystą, fizyczną, brutalną siłę tego występu będzie ta historia. Za chwilę zaczynają, stoję nieopodal sceny, zatyczki już w uszach, ale słyszę fragment rozmowy zza pleców: - ty bez zatyczek? - pyta kolega koleżankę. - zatyczki są dla tchórzy. - odpowiada ona z szelmowskim uśmiechem. Wytrzymała tak pół godziny, potem już tylko zwijała się w co raz mniejszy kłębuszek z dłońmi szczelnie przyciśniętymi do małżowin. W koło zaroiło się od podobnych twardzieli, którzy jeszcze godzinę temu drwili ze stoperów, które ponoć – i tu kolejny cytat – 'spłaszczają dźwięk i nie czuć muzyki, a tu przecież takie mięcho leci'. Koncert Sunn O))) każdego nauczy pokory. Nie wiem jak inni odbiorcy, ale ja te koncertowe wibracje odczuwałem jeszcze na długo po nim, mięśnie jakby dostroiły się do tych piekielnych częstotliwości. Prawdziwy masaż dźwiękiem, nie tam jakieś śmieszne tybetańskie misy. Na koniec przyznam, że miejscami naprawdę się bałem, ale z największą przyjemnością powtórzę kiedyś to całe misterium.