wtorek, 11 sierpnia 2009

OFF Festival 2009


OFF to mój ulubiony polski festiwal. Z wielu powodów. Przykładowo nie muszę taplać się w biwakowym syfie, bo do domu mam 30 minut samochodem. Fajnie. Sceny i plan koncertów są tak poukładane, że nie trzeba przemierzać kilometrów, żeby szybko przenieść się sprzed jednej pod drugą, a kolidujące ze sobą interesujące występy należą do rzadkości. I wreszcie sama muzyka, która rokrocznie wywołuje znacznie więcej emocji niż każda inna festiwalowa selekcja w tym kraju. Mało jest przypadkowych osób i nachalnego lansu, są piękne okoliczności przyrody nawet ochrona jakaś taka bardziej wyluzowana. Jest pięknie i bardzo lubię tu wracać. A jak było w tym roku?

Tegoroczny OFF był jak zwykle zaskakujący, zwłaszcza w porównaniu z poprzednią edycją. Tym razem nie tylko pod względem muzycznym. Miłym zaskoczeniem było wegetariańskie jedzenie w dostatecznej ilości, którego zeszłoroczny brak był szczególnie dotkliwy. Niby drobnostka a wielu z pewnością ucieszyła. Zaskakująca była dość niska frekwencja (7 tys., w stosunku do zeszłorocznych 11 tys.), która szczególnie dała się odczuć pierwszego dnia. Niby nie ma na co narzekać, bo po tegorocznym Open'erze tłumów mam dość na następne 5 lat, ale czy nie będzie to zły sygnał dla lokalnych władz i sponsorów? Bardzo miłym zaskoczeniem był rozmach tegorocznej edycji, ilość dodatkowych koncertów i przede wszystkim zagranicznych wykonawców naprawdę robiły wrażenie. Pamiętam jak cztery lata temu Piotr Stelmach trzęsącym się z podniecenia głosem zapowiadał występ IAMX czy Banco de Gaia, zupełnie, jakby to było wiekopomne wydarzenie. Przy dzisiejszym rozmachu mysłowickiej imprezy wydaje się to nie do pomyślenia. W 2004r mogliśmy zobaczyć 5 (słownie: pięć) zespołów z zagranicy, w tym zaś naliczyłem 33. Fluktuacja frekwencji wskazywać może na fakt, że impreza osiągnęła docelowe rozmiary, duże nazwiska już są, a zapewne będzie ich tylko więcej. Doczekaliśmy się imprezy na miarę Pitchfork Music Festival czy takiej naszej mniejszej Primavery. Należy się tylko cieszyć i modlić się o jeszcze wiele kolejnych edycji.

Skoro już o wykonawcach mowa, to nasunęło mi się kilka ogólnych wniosków ich dotyczących, zarówno pozytywnych jak i tych trochę mniej:
Po pierwsze: kryzys wokalistyki. Można odnieść wrażenie, że umiejętność śpiewania przestała mieć dla współczesnego indiepopu jakiekolwiek znaczenie. Brak umiejętności zawsze można przykryć pogłosem czy nadmierną ekspresją? Nic z tych rzeczy. Chlubne przykłady Final Fantasy czy Karla Blau powinny dać niektórym do myślenia.
Po drugie: covery. Tegoroczna ciekawostka, było ich całkiem sporo, praktycznie co drugi koncert zawierał jakieś zapożyczone nagranie. Mogliśmy usłyszeć piosenki z repertuaru Neila Younga, Joy Division, Your Heart Breaks, Suicide, Joanny Newsom, Ramones, Blondie, Boba Dylana i jeszcze kilku innych. Sporo prawda?
Po trzecie: hardware wypiera software. W zeszłym roku ilość samych macbooków (nie licząc innych laptopów) na różnych offowych scenach skłoniła mnie do ich podliczenia - stanęło na siedemnastu. Prawie każdy coś tam dłubał i wykręcał brzmienia z drogiego oprogramowania. W tym roku widziałem tylko dwa laptopy. Cała reszta została zastąpiona wszelkiego rodzaju samplerami, looperami, kontrolerami midi, efektami gitarowymi wykorzystywanymi do wszystkiego, tylko nie gitar, etc. Niejednokrotnie też wykonawcy wymyślnie chowali swoje zabawki przed publicznością, zapewne z jakiegoś ważnego powodu. W każdym razie, jeżeli masz w piwnicy stary, analogowy sprzęt (nie keyboard) to odkurz dziada i na allegro z nim - w nadchodzącym sezonie będą schodzić jak ciepłe bułeczki.

Tyle ogółem, teraz może kilka konkretów. Zgodnie z tegorocznym festiwalowym przewodnikiem w kolejności alfabetycznej.

Andy - Dużo złych rzeczy słyszałem na temat umiejętności tego ex-krakowskiego zespołu, wszystko to na szczęście plotki. Dość liczna jak na wczesną porę publiczność usłyszała solidny, rozpędzony, brytyjski rock, bez prostackiego kopiowania i z niegłupimi tekstami. Na papierze nie wygląda to dobrze (tyle lat na scenie bez wydanej płyty?), ale tli się tutaj ciągle szansa na solidny debiut.

Ballady i Romanse - Kiedyś myślałem, że Basia Wrońska nie jest najlepszą wokalistką, ale w porównaniu z jej siostrą okazuje się być wręcz fenomenalną. Krótki kościelny set odbył się pod wezwaniem zbyt głośno grającej sekcji i banalnego popu okraszonego zapożyczonymi tekstami. Nie było źle, ale Pustki lepsze.

Ben Butler & Mousepad - Fajne electro inspirowane twórczością genialnych kompozytorów ze stajni Nintendo. Wykonawstwo niedbałe, ale energia, humor i dobry kontakt z publicznością rekompensowały go nawiązką.

BiFF - Związany z Pogodno Hrabia Fochmann znowu uderza. Bezpretensjonalny rock'n'roll z dobrymi tekstami i świetnym wokalem (i prezencją) Ani Brachaczek. Bardzo mocny debiut, choć części składowe przecież już przechodzone. Nie szkodzi. Na duży plus poczucie humoru, którego próżno szukać u innych naszych zespołów.

The Black Tapes - Na scenie Trójki wypadli lepiej niż miesiąc temu w Gdyni. Znani z kilku warszawskich składów hardcore'owcy grają szwedzkiego punk'n'rolla pełnego zapadających w pamięć melodii. W ciasnym klubie, gdzie każdy zna ich teksty taki koncert to musi być petarda.

Brenda Lee DVD i Siupa - Ambientowa elektronika płynąca ze sceny eksperymentalnej już po chwili nudziła. Po dwóch usypiała. Nie doczekałem finału.

Casiotone for the Painfully Alone - Boleśnie samotny Owen Ashworth za pomocą armady beatboxów i samplerów wiernie odtworzył kilka ze swoich flagowych nagrań. Pełny smutku głos szedł ręka w rękę z syntetycznymi podkładami tworząc dość zajmujące widowisko. Niby sam, a dał radę.

Crystal Antlers - Gdyby ktoś podał Mars Volta leki na ADHD i kazał popić roztworem whiskey z lsd - pewnie tak by zabrzmieli. Pogięty noise-prog-rock z tendencjami do psychodelicznych wycieczek w głębokie lata 60te. Pełne pasji rozdarte wokale i niebanalne melodie. Nagrania nieco drażniły niską jakością produkcji - na żywo oczywiście nic z tych rzeczy. Było pięknie.

Crystal Stilts - Bardzo ładne piosenki przesiąknięte staroświeckim rocn'n'rollem. Wiecie, chcę potrzymać Cię za rękę, etc. Różowa wata cukrowa i stary Cadillac DeVille. Pomimo kilku dość śmiesznych wpadek mogło być zupełnie dobrze, gdyby nie jednostajnie fałszujący wokal. Tona pogłosu nic tu nie pomogła, gość marnował potencjał dosłownie każdej piosenki wyjąc przy niej bez sensu. Może się nie znam, ale nawet w niezalu trzeba coś potrafić, zanim się wyjdzie na scenę...

El Perro Del Mar - Kolejny kościelny koncert, tym razem dość udany. Skromny, elegancki pop, bez przesadnych ambicji, ale też bez wstydu. Słuchało się tego zupełnie przyjemnie, zwłaszcza w przepięknie oświetlonym na okoliczność kościele, ale po regulaminowej godzinie nie miałem już ochoty na więcej. Piękny głos wokalistki wpadał jednym uchem a czmychał drugim.

Errors - Świetny (i świetnie przyjęty) koncert łączący monumentalne formy postrocka z niesfornie połamanymi gitarami. W telegraficznym skrócie: Foals + Everything is Made in China. Widać, że młodzi jeszcze muzycy pierwsze sceniczne kroki mają dawno za sobą i doskonale wiedzą, co robić na scenie. Było bardzo intensywnie.

The Field - Nieco monotematyczna elektronika ze sporymi ambicjami, ale bez niepotrzebnych akrobacji. Żywy skład z wolna pięknie budował napięcie a solidne brzmienia robiły wrażenie niezwykle dopracowanych. Tu nie ma miejsca na glitchowe hałasy, jest nieludzka wręcz precyzja i syntetyczny chłód.

Final Fantasy - Młodziutki Kanadyjczyk pokazał, że jednak warto czasem przysiąść do ćwiczeń. Z powalającą dokładnością ale i gracją nie tylko obsługiwał skrzypce, ale i kontrolował looper, dzięki któremu w pojedynkę budował co rusz całą orkiestrę. Piękny głos, piękne piosenki, przepiękny cover Joanny Newsom i stoicki spokój, gdy techniczni kilka sekund po zejściu ze sceny, tuż przed przewidywalnym bisem, już zdążyli wyłączyć całą elektronikę. Bez niej też dał radę. Niezwykły to koncert, bo i wykonawca niezwykły. Pierwsza piątka.

Frightened Rabbit - Krążąca po scenie butelka J.Walkera(?) nie pozostawiała wątpliwości, z kim mamy do czynienia. Szkocki kwartet zaprezentował alt.rocka, jakiego grają chyba tylko na Wyspach. Łączyli jakość kompozycji Doves czy Beta Band z energią i trochę ostrzejszym brzmieniem spod znaku Feeder, może Biffy Clyro. Płyta znudziła mi się po 3 przesłuchaniach, ale trwający nieco ponad pół godziny koncert nie pozwolił się nudzić.

Fucked Up - Mocny jak prawy prosty hardcore punk z Kanady. Opasły wokalista Pink Eye był wszędzie, tylko nie na scenie, w trakcie numerów robił sobie zdjęcia z fanami i rozdawał autografy gdzieś w okolicach dźwiękowców, nie zapominając jednocześnie o skandowaniu tekstów. Pomiędzy piosenkami tryskał rubasznym humorem i flirtował z publicznością na każdy możliwy sposób. Ze sceny dudnił rasowy wygar utrzymany w jedynie słusznych, szybkich tempach. Cover 'Blitzkrieg Bop' dopełnił dzieła zniszczenia. To trzeba było zobaczyć.

Gaba Kulka - Ależ to jest utalentowana dziewczyna. Pięknie śpiewa, komponuje naprawdę intrygujące, wielowarstwowe piosenki, których różne Jopki mogą jej tylko zazdrościć. Jej inspirowany Bowiem i Kate Bush wysmakowany progpop po raz kolejny zrobił na mnie naprawdę dobre wrażenie. Tak trzymać.

George Dorn Screams - Taki polski postrock. Polski w znaczeniu pejoratywnym. Niby poprawnie zagrany i niektóre melodie zupełnie fajne, ale słaby wokal ze słabym akcentem robi zespołowi niedźwiedzią przysługę. Przydałoby się też trochę charyzmy, bo wiało ze sceny nudą aż strach. Odezwą się głosy, że to taka estetyka. Może. Ale smutne twarze i ręce w kieszeniach w pełnym słońu na scenie plenerowej zwyczajnie śmieszyły.

Handsome Furs - Naładowany wulgarnym erotyzmem kokainowy show prosto z Kanady. Prostackie beaty gdzieś z obrzeży zainteresowań Aleca Empire, do tego gitara i wrzaski. Duet rzucał żartami na lewo i prawo, miotali się jak w amoku, ale koniec końców ich muzyka nie zachwyciła. Sam zespół bawił się za to znakomicie. Hmm...

HEALTH - Ależ to był dziwny koncert. Z jednej strony elektroniczny noise ocierający się miejscami o grindcore. Z drugiej powłóczyste wokale na skraju szeptu. Z trzeciej (a jakże) niemiłosiernie połamane numery zlewające się w jeden. Z pozostałej zaś pełne ekspresji wykonanie swą brutalnością wprawiające w osłupienie. Ściana dźwięku. Dla wytrwałych, z pewnością, ale satysfakcja gwarantowana.

Jeremy Jay - Początkowy niesmak stopniowo weryfikowałem i po dłuższym namyśle dochodzę do wniosku, że nie było tak źle. Jasne, gość fałszował, melodie banalne, zespół zupełnie niezgrany, miejscami sprawiający wrażenie oswajających się dopiero z nowo poznanymi instrumentami. Ale melodie znośne i cover Suicide dość pomysłowy. Tylko gdzie obiecywany 'geniusz popu'?

Karl Blau - Samotny pan z gitarą i looperem (taka tegoroczna moda). Nic nie wskazywało na to, że będzie aż tak dobrze, a było jeszcze lepiej. Normalnie się wzruszyłem przy tych w gruncie rzeczy bardzo prostych, ale niezwykle pięknie zaśpiewanych i zagranych melodiach. Kolejne loopy składały się na naprawdę finezyjne kompozycje a głos Karla uwodził i omamiał. Obecne na koncercie dzieciaki z Pains of Being Pure at Heart stały z rozdziawionymi buziami. I słusznie.

Kumka Olik - Musiałem się przekonać na własne uczy, czy faktycznie jest tak fatalnie jak się zwykło w pewnych kręgach o Kumkach mówić. No dobra, gitary z kilkanaście tysięcy złotych u kilku smarkaczy mogą drażnić indie-dzieciaki zbierające latami na porządnego fendera. Ale sam występ był zupełnie przyzwoity, z pewnością lepszy niż chodzący w tej samej kategorii wagowej Renton czy (uwaga) Rotofobia. Nie ma wstydu, zobaczymy, co będzie dalej.

Mahjongg - Drapieżny, transowy elektroniczny rock z plemiennymi bębnami i mnóstwem nowych pomysłów na minutę. Problemy techniczne utrudniały odbiór przez krótką część koncertu, potem było już z górki. Publiczność szalała chociaż zespół dość ostrożnie podchodził do tej entuzjastycznej reakcji. Zagrali i uciekli. My nie ruskie, nie kradniem.

Marissa Nadler - Spędziłem nie jeden wieczór w towarzystwie jej przedostaniej płyty, dlatego chętnie sprawdziłem, co słychać. Niestety, być może ze zmęczenia, być może z nadmiaru ciekawszych wrażeń, ale po trzech kawałkach zwyczajnie sobie poszedłem. Nie było tej atmosfery lo-fi znanej z nagrań, został tylko nazbyt klarowne jak na mój gust alt.country'owe plumkanie, przy którym można się nudzić, a przyjemność żadna. Szkoda.

Micachu and the Shapes - Na pozór było bardzo źle. Dzieciaki starały się wykrzesać te kilka neurotycznych, hałaśliwych, ale ciągle popowych piosenek w sposób balansujący między rozczulającą nieporadnością a zwyczajnym partactwem. W tej grze najlepiej wypadała Mica, która ze swoim udokumentowanym wykształceniem muzycznym robiła wszystko, żeby z niego nie korzystać. Ale nie ze mną te numery. Trzeba mieć świetny słuch, żeby w punkt przestroić taką gównianą gitarkę w kilka sekund. Cała ta niby-kakofonia była dokładnie zaplanowana, wszystkie brzydkie dźwięki ściemnione. Ale koncert fajny.

Miłość - Nie załapałem się na początkową euforię związaną ze startem sceny yassowej, późniejsze jej wytwory trafiały do mojej świadomości z różnym skutkiem, dlatego występ legendy obserwowałem z oddali. Nie usłyszałem niczego szokującego, ale widocznie się nie znam.

Monotonix - Bezapelacyjnie najlepszy koncert OFF 2009 i jeden z najlepszych, jakie, jak to się ładnie mówi, w życiu widziałem. Szaleńcy z Tel Avivu zrobili show nie do opowiedzenia, polecam fragmenty na youtube. Mało kto będzie wspominał samą muzykę, a ta akurat była świetna. Garage rock z tendencjami do surowego bluesa i punkowym wygarem. Pięknie brzmiąca gitara, która niskim brzmieniem przejmowała też rolę nieobecnego basu. Trzeba być naprawdę wybitnie zgranym składem, żeby w tym chaosie zagrać cokolwiek, a tu leciały zupełnie kompetentnie poskładane numery, było równo a punktowe akcenty szokowały precyzją. Nie ma słów dostatecznie wielkich i wulgarnych, żeby to opisać w całości.

Muariolanza - Ależ to jest słabe. Niby awangardowy jazz, a jedzie konwencją jak sto diabłów. Do tego komiczny niby-rap niejakiego MB z GW i jego, mówiać delikatnie, natrętna autopromocja. Widziałem dwa razy, trzeci raz nie zamierzam.

The National - Zaskakująco mocno wypadli, zważywszy na przewodnikową metkę 'baroque pop'. Ja szarpnę się na termin 'grunge dla dorosłych'. Zawodowo zagrane męskie piosenki przepełnione bólem i przemyśleniami obcymi młodzieży. Do tego podlany winem, nieco fałszujący wokalista, niezwykle przeżywający każde swoje słowo, po czubek głowy zanurzonych w muzyce a w punkcie kulminacyjnym zwyczajnie spadający ze sceny. Mogło wyjść groteskowo a wyszło bardzo dobrze.

The Pains of Being Pure at Heart - Zupełnie nie rozumiem zachwytów. To wszystko już było. Joy Division, My Bloody Valentine, Velvet Underground - znamy to na wyrywki. Wykonawstwo kulało, wokalista fałszował a po godzinnym występie nie została mi w głowie ani jedna melodia czy słowo. Niby punkt wyjścia właściwy i ambicje na miejscu, ale efekt końcowy wtórny i miałki.

Spiritualized - Przyszli, zobaczyli, zniszczyli. Ale z takimi piosenkami nie spodziewałbym się niczego innego. Za ścianą przesterowanych gitar wiły się bluesrockowe wokale wspierane skromnym chórem gospel a wszystko razem spinała bezkompromisowa sekcja. Monumentalne, psychodeliczne utwory podbite klasyką rocka i podane z feelingiem godnym prawdziwego Południowca, choć to przecież Wyspiarze. Wstrząsające.

The Thermals - Wzorcowy college rock, który z płyty na płytę robi się coraz bardziej przystępny, ale wciąż jest bardziej indie niż pop. Bardziej Superchunk niż Weezer, ale z elementami stylu i jednych i drugich. Na koncercie kolejne numery startują niczym z karabinu maszynowego, zespół zaraża energią i bawi się równie dobrze jak publiczność pod sceną. Lubię ten amerykański high-schoolowy feeling takiej muzyki, którego próżno szukać w naszym niezalu. Więcej uśmiechu, dziewczęta i chłopcy.

Von Zeit - O jak mnie drażni takie granie. Polska smutna alternatywa w najwyższej formie - miks Janerki, Apteki i Maleńczuka. Nasuwa się pytanie: po co? Dla kogo? Dla fanów Wajdy i Świetlickiego, no tak.

The Week That Was - Na ten koncert czekałem ze szczególną atencją i nie zawiodłem się. Debiutancka płyta odegrana od deski do deski plus dwa numery Field Music dla zorientowanych. Bardzo byłem ciekaw, jak ta zanużona po uszy w latach siedemdziesiątych muzyka przypadnie do gustu zgromadzonej młodzieży. Raczej nie przypadła. A szkoda, bo ten oparty w gruncie rzeczy na grze perkusji, iście staroświecki, progresywny pop spod znaku Genesis a może i Jethro Tull jest przesmakowity. Nie dajcie się zmylić moim kiepskim porównaniom - to nie jest muzyka dla trójkowych wąsaczy!

Wildbirds & Peacedrums - Gdzieś w okolicach zarezerwowanych przez White Stripes mieści się muzyka prezentowana przez ten szwedzki duet. Potężna i gęsto grająca perkusja, niezwykle uduchowione, pełne pasji bluesowe zaśpiewy i godna pozazdroszczenia zdolność budowania napięcia - to ich znaki rozpoznawcze. Przez prawie godzinę liczył się tylko nie dający wytchnienia rytm. Rzadkiej urody pani i równie przystojny pan porwali publiczność trójkowego namiotu, który cały aż dudnił od aplauzu. Nie widziałem przez te kilka dni lepiej przyjętego koncertu.

Wire - Podszyty nową falą soczysty punk z korzeniami z samym jego sercu. Leciwa już ekipa nie oszczędzała się nawet na chwilę, raz po raz wbijając w ziemię zgromadzonych mocnymi riffami (piękne brzmienie gitar!) i dudnieniem sekcji. I choć po weteranach można spodziewać się lepszego zgrania, to po punkach już nie, a tu mieliśmy do czynienia ze szlachetną mieszanką jednych i drugich, dlatego lepiej być nie mogło i zwyczajnie nie musiało.

Wooden Shjips - Nikt mi nie powie, że bez dostępu do narkotyków tak ekipa z San Francisco stworzyłaby równie psychodeliczne twory. Transowe, oparte często na dwóch dźwiękach riffy, trwające po blisko dziesięć minut, zionęły duchem lat sześćdziesiątych. Na żywo ten fuzzowy spektakl robił spore wrażenie, nawet bez wspomagania.

Woody Alien - Dobry, mocny, krótki set, w pełni ukazujący możliwości duetu. Połamane rytmy i przepięknie przesterowany bass, dostatecznie agresywne wokale i cała masa fajnych pomysłów na to, jak te elementy ze sobą połączyć. Niesłychanie płodny skład (właśnie ukazała się trzecia płyta) robi kawał dobrej, neopunkowej roboty, bez obciachu, oczywistych plagiatów i z dużą dawką pozytywnej energii.

poniedziałek, 27 kwietnia 2009

Baroness + Ufomammut + Lento - Wrocław, 17.04.2009 (9.0)


Pierwszy dzień wrocławskiego festiwalu Asymmetry byl niestety jedynym, który udało mi się zaliczyć. Ale ze wszystkich asymetrycznych propozycji to właśnie ta inauguracyjna wydała mi się najbardziej interesującą. Silna ekipa z Firleja regularnie urządza uczty dla fanów nowego, intrygującego metalu a tym razem postarała się o cały festiwal, który ma być odpowiedzią na kultowy w tych kręgach holenderski Roadburn Festival odbywający się w ty samym czasie w Tilburgu. Zacna to inicjatywa i pionierska na naszym obsranym rynku, więc srogie pochwały należą się organizatorom.
Wspomniany już dzień pierwszy festiwalu rozpoczął nieznany zapewne nikomu zespół Lento, który zgrabnie łączy ukradzione Pelicanowi czy Isis patenty w nieco uproszczoną ale za to energetyczną całość. Przyjemność z odbioru w dużej mierze transowego show utrudniało nagłośnienie miażdżące basami nie dającymi wyższym rejestrom szans na przebicie się do słuchaczy. Mimo to było zupełnie poprawnie. Warto dodać, że cała impreza rozgrywała się praktycznie co do minuty zgodnie z rozkładem, co stałych bywalców Firleja nie powinno dziwić, ale pozostałych, przyzwyczajonych do średniej krajowej słuchaczy mogło zaskoczyć.
Drugim zespołem tego wieczoru był również włoski Ufomammut. Jeżeli muzyka Lento mogła kojarzyć się z krajobrazem ponowoczesnym, jakimś bunkrem atomowym targanym wstrząsami zza metrowej grubości ścian to muzyka Ufomammuta to była już wilgotna i mroczna jaskinia, gdzie nie dotarły jeszcze przejawy ucywilizowania. Barbarzyńca na wokalu darł się do maksymalnie zdelayowanego mikrofonu, co dawało ciekawy i oryginalny jak na tę scenę efekt. Poszczególne kompozycje nie odróżniały się jednak od siebie wystarczająco wyraźnie. Praktycznie każdy utwór miał tę samą konstrukcję i kończył się doomową nawałnicą utrzymaną w średnich tempach. Miejscami wiało nudą wręcz przeraźliwie, trzeba być naprawdę zagorzałym sludge'owcem, żeby docenić takie jednostajne mielenie. Ale publiczność była zachwycona.
Zwieńczeniem tego dnia był występ pochodzącego ze stanu Georgia zespołu Baroness. Występ nieskazitelny, bezbłędny i szokująco dobry. To była matka wszystkich metalowych koncertów, wszystkie gesty i słowa i dźwięki i jęki i absolutnie wszystko było jak z podręcznika dla adeptów szkoły rocka. Ażurowe solówki i harmonijne duety gitarowe porażały mocą i dokładnością. Niepozbawione nieortodoksyjnych podziałów rytmicznych piosenki już na nagraniach sprawiają kolosalne wrażenie a na żywo zyskują jeszcze tą kosmiczną moc, która sprawia, że publiczność już zawsze będzie wracać, kiedy tylko poajwią się w mieście. Cała czwórka muzyków Baroness to pierwsza liga wykonawstwa i aż trudno uwierzyć, że to ciągle tak młodzi ludzie, skoro już potrafią tak dużo. Repertuar objął większość kompozycji z ich debiutanckiego Czerwonego Albumu (m.in. Grad, Isak, The Birthing czy Rays of Pinion) oraz szereg piosenek z poprzedających go EPek z potężnym Tower Falls na czele. Na deser urzeczony przyjęciem polskiej publiczności zespół wykonał premierowy numer z nadchodzącej płyty i jeżeli ma on być wyznacznikiem tego, co nas czeka, to już teraz wiadomo, że będzie lepiej niż dobrze. Baroness już niedługo będą zespołem rozmiarów Mastodona czy Lamb of God i kiedyś ten koncert obrośnie legendą. Ich okraszone południowym groovem riffy i złożone z nich wielopoziomowe kompozycje sprawiają wrażenie wręcz laboratoryjnie dopracowanych. A jeżeli wszystkie ich koncerty tak wyglądają to już niedługo granie w małych klubach będzie tylko wspomnieniem. Stadiony świata tylko czekają na takich herosów gitar jakimi niewątpliwie są panowie z Baroness.

czwartek, 25 grudnia 2008

I Hate Music 2008

Oto moje własne, subiektywne podsumowanie starego roku. Wiem, że teraz takie listy robi każdy byle recenzent z byle gustem i dostępem do internetu, takie czasy. Dzisiaj dzieciaki dzielą się na te, którym się wydaje, że będą Bloc Party i na te, którym się wydaje, że będą NME. Tych drugich jest oczywiście więcej, bo umiejętność gry na instrumencie i talent do wydobywania z niego dźwięków poruszających słuchacza, są o wiele trudniejsze do skompilowania w jednym dzieciaku, niż jakaś tam wiedza na temat danego gatunku i kilku wykonawców, potezna ilość młodzieńczej frustracji i umiejętność pisania bełkotliwych tekstów ocierających się o grafomanię i nie stroniących od chamstwa. Stąd milion blogów podobnych do mojego, docierających i, co ważniejsze, interesujących absolutnie nikogo. Ale coś trzeba w życiu robić, no nie?

Jak zwykle nie wyłapałem nawet 10% wartościowych płyt krążących w tej chwili po wszystkich podobnych rankingach, ale co z tego. Nie wiem co dobre, ale wiem, co mi się podoba. I tyle.

Płyty niestety tutaj:

1. Snowman - Lazy
2. Woody Alien - Pee and Poo in my Favorite Loo!!
3. Fisz Emade - Heavi Metal
4. Czesław Śpiewa - Debiut
5. L.Stadt - s/t

Płyty na szczęście gdzie indziej:

1. Meshuggah - obZen
2. The Raconteurs - Consolers of the Lonely
3. Exit Ten - Remember The Day
4. Fleet Foxes - s/t
5. Weezer - Red Album
6. Kings of Leon - Only by the Night
7. Glasvegas - s/t
8. Feeder - Silent Cry
9. Clark - Turning Dragon
10. Be Your Own Pet - Get Awkward

Koncerty

1. Meshuggah / Dillinger Escape Plan @ Progresja
2. Caribou @ Off
3. Mugison @ ENH
4. The Cure @ Spodek
5. Czesław @ Alchemia
6. Mitch & Mitch / Pink Freud / Baaba / Kwadratowi @ Alchemia
7. DAT Politics @ Off
8. Clinic @ Off

piątek, 12 grudnia 2008

Fleet Foxes - Fleet Foxes (8.5)




Ech, chyba się starzeję... właściwie na pewno. Ależ ja lubię takie harmonie, te pogłosy... ta płyta jest dla miłośnika starych, dobrych harmonizowanych wokali niczym spełnienie snów o nagraniu prawie idealnym. Ale dość luźnych uwag, przejdźmy do meritum. Muzyka to nieskrępowany, miejscami bardzo prosty a czasem finezyjnie rozbudowany folk ocierający się w aranżacjach o akcenty muzyki, hmmm, dworskiej(!), choć w gruncie rzeczy jest to bardzo amerykańska płyta. Gitary akustyczne i śladowo elektryczne, troszkę klawiszy, oczywiście flet i subtelne bębny napędzające całość. Brzmienie jest nie tyle stylizowane na lata 60te co jest zwyczajnie żywcem z nich wyjęte. Masa pogłosów, przepięknie nagrane instrumenty wibrujące wszechogarniającym ciepłem. Jest analogowo i przytulnie. Ach, no i te wokale... Jeżeli lubisz panów Simona i Garfunkela albo to jak pięknie wszyscy Beach Boysi śpiewali razem - to jest płyta dla Ciebie. Długie frazy rezonujące gdzieś z tyłu głośników, chóralne zaśpiewy nagrane chyba w pomieszczeniu sakralnej proweniencji, choć przy dzisiejszej technice wszystko jest możliwe. Do tego przepiękne melodie, utrzymane w tej samej retro stylistyce co cała reszta. Wiem, że ta płyta jest poniekąd obciachowa. Ale dla kogoś, kto wychował się na wczesnych płytach Queen a zwłaszcza Jethro Tull płyta Fleet Foxes będzie jak wehikuł czasu przenoszący w czasy przed syntezatorami, procesorami dźwięku czy innymi wynalazkami z piekła rodem. Z drugiej strony podobnych rzeczy można posłuchać i u Devendry, i u The Shins, których status formacji kultowej jest zdaje się nienaruszalny. W podobnej stylistyce, tyle że z wybitnie brytyjskim zacięciem (wiecie, BBC radio one, top of the pops, 007 i jaguar e-type) obracają się również koledzy z The Last Shadow Puppets. Tutaj mamy klimaty raczej, khm, swojskie. Wichrowe wzgórza, błotniste wrzosowiska, wiktoriańska architektura i ogień trzaskający w kominku kiedy za oknem pada już 6 dzień z rzędu. Uff, trochę się zapędziłem być może, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że oto obcuję z dźwiękami ponadczasowymi. Pora pozbyć się wstydu, rzucić na chwilę wielkomiejskie historie o przelotnych, hałaśliwych i pustych związkach, zaćpanym i zadymionym clubbingu, wąskich spodniach i obcasach połamanych po pijaku na brukowanej drodze w centrum umęczonego deszczem metropolis. Pora wrzucić na siebie coś zwiewnego i pobiegać boso po porannej, zroszonej trawie, tarzać się w sianie i zachwycić się rozrywającą uszy ciszą towarzysząca nocy gdzieś setki mil od świateł wielkiego miasta. Płyta Fleet Foxes jest jak przepustka do takiego właśnie, lepszego świata. Serio Wam mówię.

Made Out Of Babies - The Ruiner (7.7)




Nieprzeciętny to zespół, to fakt. Mało kto potrafi grać tak niesłychanie neurotyczną, wręcz klaustrofobiczną muzykę, której tak przyjemnie by się słuchało. Bardzo lubię puszczać znajomym sam początek poprzedniej płyty Made Out Of Babies (najlepsza nazwa zespołu ever?), czyli pierwsze sekundy Silverback. Julie Christmas wydziera się, nazwijmy to umownie, przeraźliwie, a po chwili ten zgiełk potęgują koledzy z zespołu kanonadą bębnów i niemiłosiernie przesterowanych gitar. Brzmi to jak soundtrack do ewakuacji z płonącego stadionu, gdzie ludzie tratują się nawzajem, jest ciemno, wszędzie dym, chaos i ogólna panika. Na nowej płycie kwartet z Brooklynu powiela schematy wypracowane na poprzednich dwóch płytach dokładając jednocześnie pierwiastek moim zdaniem oddzielający zespoły dobre od wybitnych - dojrzałość. Ciągle jest strasznie w znaczeniu wręcz filmowym, jest duszno i ponuro, nie jest to obraz, w którym chcielibyście wziąć udział. Tym razem szaleństwo ustępuje jednak coraz więcej miejsca premedytacji, nasze nerwy targane są z większą precyzją, choć jednocześnie pojawiają się poniekąd zaskakujące momenty specyficznego ukojenia. Coś w rodzaju tortu urodzinowego przyniesionego do celi śmierci. Niby jest słodko i wszyscy nerwowo się uśmiechają, ale wiadomo, co będzie za chwilę. Potężny głos Julie Christmas jest nieodzownym znakiem rozpoznawczym zespołu i tym razem również robi piorunujące wrażenie. Krzyk przechodzi we wrzask, który za chwilę niknie i przechodzi w tłumiony, złowieszczy szept. Brzmi to trochę jak miks Oxbow w swoim najbardziej paranoidalnym wydaniu (również w warstwie tekstowej) i Kylesa w ich mniej punkowych a bardziej transowych momentach. Szorstka, pełna zgrzytów pogłosów produkcja a'la Steve Albini jest tutaj wręcz idealna i pięknie współgra z miejscami bardzo gładkim głosem Julie, którego nie da się porównać z niczym. Ta płyta jest jak najstraszniejsza ze strasznych bajek na dobranoc. Jest jak senny koszmar, z którego nie potrafisz się obudzić. Jest cudownie powykręcana na tysiąc bardzo złych sposobów. Jest transowa, jest ciężkostrawna, jest hipnotyzująca i piekielnie odurzająca. Jest piękna.

Exit Ten - Remember The Day (7.0)



Bardzo lubię, kiedy brytyjski zespół bierze się granie bardzo amerykańskich dźwięków, bo najczęściej wychodzi im to lepiej niż kolegom zza oceanu. Exit Ten są takim właśnie zespołem - na pierwszy rzut oka (ostatecznie może być ucha) to metalcore jakich ostatnimi laty nawypuszczało się w ilościach przyprawiających o mdłości. Właściwie od czasów debiutu Killswitch Engage (2000) wszyscy epigoni tego gatunku tylko kopiują wypracowane przez ten zespół patenty. Mało który projekt niesie ze sobą powiew odświeżającej innowacji czy chociażby tego charakterystycznego wigoru i emocji. Sama agresja i sztuczki techniczne zrobiły się nudne około roku 2002. A tymczasem panowie z Exit Ten znaleźli jakimś cudem patent na ten ograny gatunek naprawdę ciężkiej muzyki. W warstwie muzycznej mamy oczywiście i fragmenty ukradzione In Flames, i te dawno nagrane przez wspomnianych KsE czy trochę mniej zmetalizowanych 36 Crazyfists. Są tu jednak również wybitnie progresywne zakręty przywodzące na myśl wyspiarzy z Oceansize czy Sikth. Czyli jest i agresywnie i niezwykle wręcz melodyjnie (ale nie obciachowo!), ale jest też inteligentnie i intrygująco. Fantastyczny wokal przywodzący na myśl Cave In czy Open Hand dopełnia całość a być może jest też jej głównym atutem. Znajduję na tej płycie wszystko to, co bawiło mnie w oryginalnej nowej fali amerykańskiego metalu a wszystko to zmiksowane jest z tym, do czego musiałem ostatnimi laty dorosnąć, czyli jest ciężko i szybko i agresywnie, ale rozwiązania rytmiczne i kompozycyjne ze swoim post-industrialnym patosem przyprawiają czasem o zawrót głowy. Metalcore nie musi być infantylny i przerysowany, nie musi mieć przesłodzonych refrenów poganianych przesadnie brutalnymi breakdownami. Wybitnie brytyjska to płyta, choć tylko w podejściu do grania, cała reszta nosi znak jakości 'USA #1' i przynosi nadzieję, że można jeszcze wycisnąć z tego wyświechtanego przecież miksu jeszcze trochę życia. Wystarczy trochę pomyśleć.

środa, 1 października 2008

Glasvegas - Glasvegas (7.2)



Nie będę ukrywał, że odczuwam sentyment do brytyjskiej sceny shoegaze odkąd po raz pierwszy usłyszałem niemiłosiernie przesterwane dźwięki My Bloody Valentine. Nie jest również tajemnicą, że brzmienia amerykańskiego folku czy też proto-rock'n'rolla są mi równie bliskie. W przypadku debiutu Glasvegas mamy do czynienia z bardzo udaną mieszanką obu tych stylów. Z jednej strony fuzz, delay, distortion i reszta kolekcji bossa (gitarowcy wiedzą, którego) AD 1991, mgła, smutek i cierpienie. Z drugiej Buddy Holly a może nawet Pete Seeger, brzęczącze gitary i uniwersalne teksty o życiu ze wszystkimi jego mniej lub bardziej przyziemnymi okolicznościami. Takie emo-rockabilly, że tak pozwolę sobie na frywolne ometkowanie. Buja jak stado bizonów na barce sunącej Mississippi, zniewala jak grobowa atmosfera Disintegration. James Allen wygląda niczym Joe Strummer za najlepszych czasów a śpiewa w tak charakterystyczny sposób, że wszelkie niedociągnięcia stają się niezauważalne. Pięknie podciąga frazy aż do jakiegoś skowytu, cudownie wpasowującego się w senną (ale nie usypiającą!) atmosferę piosenek. To jest dream-pop dla klasy robotniczej. Lata 50te w aranżacji Tima Burtona miałyby taki właśnie soundtrack. Jedyny mankament jakis znajduję to fakt, że to samo robili Jesus & Mary Chain jakieś 20 lat temu, odgrywali materiał godny The Beach Boys w swoim gotycko-atmosferycznym stylu. Dlatego właśnie ocena taka a nie inna, za wysoka jak na dość przeciętnie oryginalne brzmienie, ale z racji wspomnianego już sentymentu i niewątpliwej siły i jakości zawartych na płycie piosenek musi być właśnie taka. Genialne singlowe 'Geraldine' i 'Daddy's Gone' nie odstają od dość równego poziomu całości. Pięknie się tego słucha w podróży, jaka by ona nie była. Czy to za kierownicą czy zapadając w sen, czy może podczas post-narkotycznego chilloutu, rozmyte efektami riffy i chóralne wokale wygrywające wspólnie słodko-gorzkie melodie stanowią naprawdę solidną ścieżkę dźwiękową tego rodzaju wydarzeń. Jedna z najlepszych płyt jaką słyszałem w tym roku.