piątek, 6 sierpnia 2010

OFF_Relacja #1

Obawiałem się, czy tegoroczny OFF zachowa sielankową, odświętną atmosferę poprzednich edycji. Oczywiście jeszcze za wcześnie na werdykt, ale tegoroczny koncert otwarcia, choć pozbawiony sakralnego dekorum, mówiąc krótko, 'dał radę'. Nie było jednak idealnie: zbyt późno ogłoszone przenosiny do większej sali GCK zaowocowały relatywnie niską frekwencją. Olbrzymi plus tej przeprowadzki był taki, że wielka, idealna akustycznie sala sprawdziła się 100 razy lepiej, niż Hipnoza, która jak wiadomo na koncerty się nie nadaje (pisałem już o tym w relacji z Ars Cameralis 2009). A jak same koncerty?

Ecstatic Sunshine

Projekt, którego skład w zależności od potrzeb mieści od 1 do 3 osób, tym razem zaprezentował się w wersji solo. Matt Papich 'grał na gitarze' masakrując jej brzmienie za pomocą baterii efektów. Wygenerował w ten sposób hałaśliwy, transowy, 40-o minutowy utwór, który nieśmiało jedynie zahaczał o zręby formy. Muzyka płynęła niespiesznie, wznosiła się i pikowała, były momenty naprawdę frapujące, całość jednak wypadła równie monotonnie jak towarzysząca jej, zapętlona wizualizacja.



Matmos

Na 'dzień dobry' poluzowali atmosferę kilkoma żartami, na szybko odegrali impresję na temat Chopina (pieniądze z ministerstwa zobowiązują) a potem było już tylko lepiej. Bardzo przyjemnie słucha się muzyki, która może i nie jest odkrywcza, nie buzuje od nowych pomysłów i technik, nie szarpie słuchacza za ucho, ale za to jest konsekwentna, szczera i jest jej dobrze z tym, czym jest. Sample z trupa i dźwięki generowane na żywo, wymieszane i podane w sposób elegancki, nie wiem, czy kalsyczny czy już staroświecki, ale niepozbawiony łobuzerskiej fantazji. Dodatkowo poruszający się w kilku skrajnie różnych odcieniach emocjonlanych, od nieco infantylnej zabawy po autentyczną grozę. Pełen profesjonalizm. Na bis wystąpili wraz z Ecstatic Sunshine (w końcu ich ziomkiem z Baltimore), co zawsze cieszy, bo ma się wrażenie brania udziału w wydarzeniu jednorazowym.



To tyle tytułem wstępu, pora na główne atrakcje.

niedziela, 11 lipca 2010

TOP CZTERY - NERD ROCKERS

Jak świat światem bycie nieprzystosowanym do życia odludkiem sprzyjało robieniu świetnej rockowej muzy. Przykłady? Są ich tysiące. Jedni mają obsesję na punkcie gier fantasy, inni uczą się nocami klingońskiego, jeszcze inni zakopują się w książkach o wampirach czy innym ustrojstwie. Poniewierani przez życie z powodu swoich skrzywień na punkcie tego czy tamtego, prędzej czy później sięgają po gitary i przelewają swoje nastoletnie żale na taśmę. Reszta jest historią. Oto kilku gamoni, którzy w kategorii przekuwania swoich obsesji w sukces sceniczny prześcignęli całe zastępy podobnych im nerdów.

Bill KELLIHER (gitarzysta Mastodon)

Pierwszym filmem, jaki mały Billy zobaczył w kinie były Gwiezdne Wojny i było to doświadczenie tak silne, że już na zawsze pokrzywiło jego niewinny umysł. Kelliher na punkcie GW ma absolutnego zajoba. Do tego stopnia, że własnemu dziecku dał na imię Harrison (od odtwórcy roli Hana Solo, Harrisona Forda), połowę mieszkania zamienił w muzeum zabawek z logo Star Wars, a gdzieś po drodze obtatuował sobie ramiona postaciami łowców nagród z oryginalnej trylogii. Hej, ja też lubię Gwiezdne Wojny, naprawdę, ale są rzeczy, których się zwyczajnie nie robi.



Sebastian BACH (ex-wokalista Skid Row)

Fenomen zespołu KISS właściwie zupełnie ominął Europę. Pewnie dlatego, że w USA dzieciaki oszalały do tego stopnia, że zespół mógł zupełnie ją zignorować, wypuszczając za to na rodzimy rynek miliony najczęściej badziewnych gadżetów i praktycznie wszystkiego, na czym da się zarobić. Wyobraźcie sobie absolutnie dowolną rzecz. A teraz wyobraźcie sobie tę samą rzecz, tylko z logo KISS - ta rzecz z pewnością istnieje i jest do kupienia. O ile wcześniej nie kupił jej Sebastian Bach. Ów koleżka spędził większą część życia zbierając (e.g. kupując za ciężkie pieniądze) wszystko, co namaścił Gene Simmons & Co. Od magnesów na lodówkę po maszynę do pinballa. Jakby tego było mało Bach już dziecięciem będąc inwestował w kolekcję komiksów, która dziś zawiera m.in. pierwszy numer Spider-Mana (wart $ 25.000) i jest przetrzymywana w ognioodpornym sejfie. Sebastian Bach z dumą nadaje powiedzeniu "duży chłopiec" zupełnie nowego znaczenia.



Rivers CUOMO (wokalista, gitarzysta Weezer)

Rivers Cuomo jest rzadkim przykładem nerda wielokierunkowego - Multinerda. Gry RPG, komputery, KISS, piłka nożna, Azjatki - ten koleś ma świra na punkcie wszystkich tych rzeczy. Ale największą obsesją Riversa jest on sam. Z ponad 800 piosenek, które zdążył nagrać w ciągu swojego 40-o letniego życia, ok. 85% porusza kwestię Riversa Cuomo. Ale czy może być ciekawszy temat niż facet, który wychował się w buddyjskiej komunie w Connecticut, któremu 10 lat zajęło ukończenie studiów i który dziewictwo stracił grubo po trzydziestce? No bez żartów. I choć połowa sukcesu Weezera i tak opiera się na tym samym uczuciu, którym zdrowy emocjonalnie humanoid odczuwa na widok zmokniętego szczeniaczka, to Rivers z podniesionym czołem i bez cienia zażenowania opowiada kiedy i gdzie się da o swoich nieudanych podbojach miłosnych i bez mała każdej sekundzie swojej nerdowskiej egzystencji. Obecnie pracuje nad potężnym internetowym pamiętnikiem, który ma co do godziny opisywać jego życie w Kalifornii w latach 1992-1994, kiedy powstawał Weezer. Drżyjcie.



Claudio SANCHEZ (wokalista gitarzysta, Coheed & Cambria)

Słusznej postury Portorykańczyk wyposażony w groteskową burzę czarnych włosów i zupełnie nieprzystający głos małej dziewczynki - Claudio Sanchez na każdym etapie obcowania ze swoją skromną osobą udowadnia, że jest niekwestionowanym królem wszystkich nerdów. Nie ma co się silić na zgryźliwe uwagi, ta historia pisze się sama. Wszystkie teksty C&C z kolejnych płyt opowiadają historię Coheeda i Cambrii, postaci wymyślonych przez Sancheza, żyjących gdzieś w odległej galaktyce zwanej Bag On Line, walczących z kosmicznymi potworami o życie swoich dzieci. Mało? Całą tę historię Sanchez przeniósł do komiksu i książki, ponoć jest pomysł na ekranizację. Idąc za ciosem wymy ślił kolejną komiksową postać, Kill Audio (sic!), który jako żywo przypomina samego autora i przemierza świat zwalczając kiepską muzykę. Pojawiły się też figurki z podobizną bohatera, które Claudio ochoczo upiększa swoim autografem Mało?? Wszystkie elementy obydwu historii oparte są na faktach z życia Claudio. "Amory Wars" (tytuł komiksu), bo mieszkał przy Amory Drive; "Bag On Line", bo tak nazywał się sklep z torbami, obok którego mieszkał w Paryżu; Sami Coheed i Cambria (i ich potomstwo) to dokładne odwzorowanie jego rodziców (i ich potomstwa). I na koniec "Second Stage Turbine Blade" (tytuł debiutanckiej płyty C&C), bo jego ojciec tę właśnie część montował w fabryce klimatyzatorów, w której pracował... Właściwie każdy nowy element wiedzy na temat Claudio Sancheza to jeden wielki WTF. Ale musicie przyznać - u szczytu nastoletniej alienacji stworzyć swój własny, bełkotliwy i do bólu egocentryczny świat SF a następnie przekuć go w miliony sprzedanych płyt i wyprzedane koncerty na całym świecie? Król jest tylko jeden.

niedziela, 30 maja 2010

The Dead Weather - Sea of Cowards





http://www.thedeadweather.com
http://www.myspace.com/thedeadweather

Coachwhips - Double Death





http://www.myspace.com/coachwhipsvsfuckers

Fang Island - Fang Island





http://www.myspace.com/fangisland
http://digital.fangisland.com/

Koniec z tym.

Od kilku miesięcy zastanawiam się, czy to jeszcze w ogóle ma sens? Czy dla kogokolwiek czytanie długaśnych, przemyślanych recenzji stanowi przyjemność estetyczno-poznawczą? Czy nie łatwiej po prostu dorwać tę płytę wiadomo-gdzie i samemu wyrobić sobie zdanie na jej temat? Mam wrażenie, że w recenzje zagłębiają się już tylko inni je piszący, podpatrują warsztat, krytykują, oceniają... Kto z was przy wizycie na pitchforku czyta teksty od deski do deski? Czy nie wystarczy sama ocena + jej weryfikacja przez śladowy kontakt z muzyką? Moim zdaniem prawie zupełnie wystarczy. Niestety. Z tego wszystkiego przygotowałem nawet system, którym będę się posługiwał przy 'ocenie' 'płyt'. Skoro już wszyscy dawno się zgodziliśmy, że sztuka w tym właśnie wydaniu nosi znamiona konkursu na najlepszego wieprza i można ją do pewnego stopnia zmierzyć, zważyć i podliczyć punktację, to jedziemy do oporu – każda płyta będzie oceniania według ścisłych kryteriów. Szczegóły poniżej, pierwsze recenzje już za rogiem, jest kilka zaległości.

środa, 6 stycznia 2010

2009 - Podsumowanie?

Podsumowania, listy, statystyki... Z końcem roku oczywiście przyszedł czas na kolejne zawody. Który album najlepszy? Która piosenka? Dlaczego? Rok w rok fani muzyki (a już zwłaszcza fani muzyki niezależnej) udowadniają, że swą kompulsją co najmniej dorównują fanom sportu przerzucającym się statystykami zbiórek, asyst czy bramek zdobytych na wyjeździe. Sam też ulegam pokusie i bawię się czasem w katalogowanie, tworzenie list, etc... Jednocześnie mam świadomość jak bezwartościowe są to czynności. Ten atawistyczny mechanizm to moim zdaniem kiepska próba zapanowania nad nieskończenie chaotyczną rzeczywistością. Ułożenie wszystkiego w równe rzędy, wyliczenie, podliczenie, wszystko się zgadza, kolejny rok został zbilansowany, można przejść do następnego. Równie ludzkie i zrozumiałe co absurdalne. Do tego fałszywe. No bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że pierwsza dziesiątka podsumowań Pitchforka, Drowned in Sound, Stereogum, etc. rok w rok ma się NIJAK do pierwszej dziesiątki last.fm? Nie wierzę, że ludzie piejący nad tegorocznymi pupilkami wszystkich podsumowań: Animal Collective, Dirty Projectors, Grizzly Bear, Girls, The xx faktycznie słuchali tych płyt najczęściej w minionym roku. Top 5 last.fm za 2009 rok to Franz Ferdinand, The Prodigy, Lilly Allen, The Killers i Lady GaGa. Dwa najpopularniejsze single należały do tej ostatniej i Black Eyed Peas. Popularne gusta zjadają całe Top 50 Twoje i Twojego Ulubionego Blogera na śniadanie. Wyhajpowana w kosmos 'popularność' większości z tych artystów nie przekłada się (i nigdy nie będzie się przekładać) na wyniki sprzedaży czy nawet liczbę odsłuchań na last.fm.
Społeczność skupiona wokół blogosfery traktującej o tzw. 'rocku niezależnym', choć wydaje się dość rozbudowana, relatywnie jest mikroskopijna i w skali całego przemysłu nieznacząca. Osobnym ale niejako związanym z tym faktem zjawiskiem są listy tworzone przez czytelników. Najczęściej w 90% pokrywają się z gustami autorów. W końcu będąc częścią dość zwartej, ale małej kliki możesz liczyć jedynie na swoją i innych wobec niej lojalność. Nikt nie chce zostać na lodzie, daleko za panującymi trendami i kierunkami w muzyce. Tzw. 'indie rock' nosi znamiona sztuki awangardowej, przez co naturalnie marginalizowanej i nie popularnej. Każdy się podczepia, bo a nuż za zakrętem czeka 'następna wielka rzecz', o której będą chcieli przeczytać wszyscy, choć posłucha tylko garstka. Kolejnym bardzo ludzkim mechanizmem jest chęć przynależności do grupy, w tym przypadku grupy szczególnie blisko obserwowanej przez media zajmujące się muzyką w szerszym znaczeniu, rzucającej się w oczy, przyciągającej swego rodzaju elitarnością – z sercem na nowojorskim Brooklynie i mackami rozpostartymi na całym niemalże globie. Hipsterzy mają swoje uniformy (wayfarer, skinny jeans, leggins), totemy, rytualne miejsca spotkań (sxsw, off festival, primavera), kapłanów/starszyznę (porcys, screenagers, pitchfork). Indywidualizm, pozorny dystans do samych siebie, wyczucie ironii czy wręcz bezpardonowego sarkazmu są cechą wspólną wszystkich szanujących się hipsterów, nie są to zatem cechy unikalne – nie każdy może być wyjątkowy, ale każdy na swój sposób próbuje. W istocie wszystkie wspólne cechy, zainteresowania, sposoby działania składają się na grupę wyjątkowo zunifikowaną, jednostajnie toczoną przez hipokryzję. Każdy dzisiejszy fan Grizzly Bear wczoraj słuchał The Killers a przedwczoraj Varius Manx. Każdy fan Sunn O))) wczoraj słuchał Korna a przedwczoraj Lady Pank. Ale nikt się nie przyzna, wszyscy od zawsze słuchali Joy Division i Davida Bowie...
Trochę zboczyłem z tematu a przydałaby się jakaś konkluzja. Ślepe podążanie za modą i szukanie popularności za wszelka cenę jest w stanie dopaść i najbardziej cynicznych z konsumentów kultury. Pozerów jest tyle samo co zawsze przy okazji zdobywającego popularność trendu, czyli większość. Dlatego wszystkie mądre głowy mogą sobie nagradzać pozbawionymi znaczenia tytułami kogo chcą – i tak na końcu wygra Lady GaGa.