<?xml version='1.0' encoding='UTF-8'?><?xml-stylesheet href="http://www.blogger.com/styles/atom.css" type="text/css"?><feed xmlns='http://www.w3.org/2005/Atom' xmlns:openSearch='http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/' xmlns:georss='http://www.georss.org/georss' xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' xmlns:thr='http://purl.org/syndication/thread/1.0'><id>tag:blogger.com,1999:blog-6033607082810413024</id><updated>2011-12-07T05:15:56.820-08:00</updated><title type='text'>letters from the deep end</title><subtitle type='html'>music reviews and random ramblings.
recenzje muzyczne i różne bzdury.</subtitle><link rel='http://schemas.google.com/g/2005#feed' type='application/atom+xml' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/feeds/posts/default'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default?max-results=100'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/'/><link rel='hub' href='http://pubsubhubbub.appspot.com/'/><author><name>Wojtek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04694854930864129944</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><generator version='7.00' uri='http://www.blogger.com'>Blogger</generator><openSearch:totalResults>52</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>100</openSearch:itemsPerPage><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6033607082810413024.post-7642069324576710735</id><published>2011-02-02T14:41:00.000-08:00</published><updated>2011-02-02T15:14:03.784-08:00</updated><title type='text'>Joanna Newsom - Művészetek Palotája, Budapest. 29.01.2011</title><content type='html'>&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Opinions are like assholes – everybody has one&lt;/span&gt;, jak mawiał Brudny Harry. Podobnie jest z opiniami dotyczącymi koncertów – na 100 słuchaczy przypada 100 różnych recenzji. Oczywista prawda jest taka, że każdy z nas przynosi ze sobą na koncert osobny bagaż doświadczeń i uczuć, a to, czy koncert nam się spodoba zależy od miliona różnych czynników: naszego gustu, pogody, aktualnego stanu zaspokojenia podstawowych potrzeb, nastawienia i oczekiwań, etc. Dlatego każdy koncert zapamiętujemy i oceniamy inaczej, każdy pewnie zmieściłby się w swojej osobnej kategorii. Są takie, obok których przechodzimy obojętnie, są też te, które nie dają spać po nocach jeszcze wiele dni później. Zdarzają się lepsze i gorsze, czasem idole potwornie rozczarowują a wykopani spod ziemi debiutanci rozkładają nas na łopatki. Z czasem nawet te najlepiej wspominane gubią się w zalewie setek kolejnych, atmosfera nabożnego wyczekiwania ustępuje miejsca poczuciu swoistego deja vu – wszystko już było, nic nie może nas zaskoczyć. Nawet teoretycznie świetne koncerty nie są w stanie wywołać w nas uczuć, które towarzyszyły nam jeszcze kilka lat wcześniej, kiedy z drżeniem kończyn i przyśpieszonym pulsem czekało się w ciemnościach aż na scenę wyjdą ONI. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czasem jednak w tym morzu rutyny i przewidywalnych zagrań zdarza się – raz na dekadę, raz na setki innych koncertów – występ absolutnie doskonały. Kiedy wszystkie ważne i błahe czynniki układają się w idealną mozaikę, której zwieńczeniem jest muzyka. Wtedy znowu czujemy się jak na pierwszym koncercie, jak zahipnotyzowani wchłaniamy każdą sekundę, każdą nutę, każde słowo i gest. Tak było 29.01.2011, gdy w budapesztańskiej sali &lt;a href="http://www.last.fm/venue/8791553+Művészetek+Palotája/images/24272937"&gt;Művészetek Palotája&lt;/a&gt; wystąpiła Joanna Newsom. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeszcze nigdy nie miałem tak wielkich oczekiwań w stosunku do artysty i jeszcze nigdy nie zostały one spełnione z tak dużą nawiązką. Dosłownie wszystko zagrało wzorowo – od idealnej &lt;a href="http://www.setlist.fm/setlist/joanna-newsom/2011/palace-of-arts-budapest-hungary-3d2c9cf.html"&gt;setlisty&lt;/a&gt; przez wykonanie, akustykę, konferansjerkę i scenografię, aż po atmosferę całego wieczoru i okalających go kilku dni spędzonych w węgierskiej stolicy. &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=IFloRqiFUdc"&gt;Stare kompozycje&lt;/a&gt; w nowych aranżacjach zabrzmiały nadzwyczaj dojrzale. Joanna to już nie &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=i1oVRV6GsmY"&gt;piskliwe dziecko&lt;/a&gt;, które pamiętamy z wczesnych nagrań, w których znajdujemy jedynie przebłyski geniuszu. To w pełni ukształtowana artystka, kontrolująca każdy aspekt swojej muzyki, ale niepozbawiona tej nieposkromionej pasji, za którą jedni ją uwielbiają a inni raczej nie. Zdaje się, że w tej chwili Newsom znajduje się u szczytu swoich możliwości i &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=qyHkHCQpG2s"&gt;ten występ&lt;/a&gt; był tego jasnym dowodem. Jeśli nadal będzie się rozwijała, nagrywała jeszcze lepsze płyty i grała jeszcze lepsze koncerty, to nie mam pewności czy mój mały umysł nie eksploduje przy ponownym spotkaniu z jej muzyką na żywo. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Już sam koncert był spełnieniem marzeń każdego fana Joanny a dzieła zniszczenia dopełniło swoiste after party, które odbyło się dzień później w małej, jazzowej &lt;a href="http://jedermannkavezo.blogspot.com/"&gt;knajpce&lt;/a&gt; niedaleko mostu Elżbiety. Tam występowali już tylko wspomagający Newsom muzycy – &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=5hWy8K83dIc&amp;feature=related"&gt;Neal Morgan&lt;/a&gt; i &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=PBaK0bhYNw0"&gt;Andy Strain&lt;/a&gt; – a sama Joanna klaskała, piszczała i żłopała piwo z kufla, który ledwo była w stanie podnieść. Magia tych bez mała 72 godzin spędzonych z Joanną Newsom jest w gruncie rzeczy nie do opisania i nie do powtórzenia. Życzę sobie i wszystkim Wam, żeby w Polsce w końcu też odbywały się takie koncerty w takich salach koncertowych, z takim dojazdem i taką atmosferą. Dziś czuję się trochę jak nastolatek, który w głębokim PRLu przywozi z Anglii jedyną w mieście płytę z prawdziwym rock'n'rollem. Dotknąłem absolutu i oto niosę dobrą nowinę – zanoście modły o ten koncert a zobaczycie i usłyszycie. Amen.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6033607082810413024-7642069324576710735?l=zamoichczasow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/feeds/7642069324576710735/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6033607082810413024&amp;postID=7642069324576710735' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/7642069324576710735'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/7642069324576710735'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/2011/02/joanna-newsom-muveszetek-palotaja.html' title='Joanna Newsom - Művészetek Palotája, Budapest. 29.01.2011'/><author><name>Wojtek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04694854930864129944</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6033607082810413024.post-4456692357636663208</id><published>2010-10-20T09:50:00.000-07:00</published><updated>2010-10-20T09:57:57.267-07:00</updated><title type='text'>UNSOUND dzień drugi</title><content type='html'>19:30 INTERSECTIONS&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;(Silje Nes, Laetitia Sadier, Mice Parade)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Drugi UNSOUNDowy wieczór wypełniła muzyka, która nijak miała się do myśli przewodniej festiwalu, ale nie mogło być inaczej, skoro nikt tego od zaproszonych zespołów nie wymagał. Ot, łączona trasa kilku znajomych, której kolejnym przystankiem był Kraków, a że przy okazji wypełnią jeden dzień festiwalowej ramówki? A co to za festiwal? Odbywa się co roku?*&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TL8e7P4DaNI/AAAAAAAAASQ/d59KQpJcr2A/s1600/Zdj%C4%99cie104.jpg"&gt;&lt;img style="cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 104px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TL8e7P4DaNI/AAAAAAAAASQ/d59KQpJcr2A/s400/Zdj%C4%99cie104.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5530172870657009874" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zacznijmy od tego, że koncert rozpoczął się z prawie 40-o minutowym poślizgiem, ponieważ zespoły bardzo późno przyjechały do Krakowa i sound check trwał praktycznie do ostatniej chwili. Takie ich zbójeckie prawo, niestety. Silje Nes, wątłej postury Norweżka, która otworzyła wieczór, występowała długo i zawzięcie. Towarzyszący jej duet perkusisty z basistą/skrzypkiem dwoił się i troił, instrumentów na scenie przewinęło się kilkanaście. Wspomagani przez loopstation muzycy tworzyli na scenie mocno rozbudowane konstrukcje, które choć same w sobie bardzo urokliwe, miały jednak jedną zasadniczą wadę – towarzyszył im głos Silje Nes. Nie ma nic złego w głosie pozbawionym charyzmy, często balansującym na granicy słyszalności, nie o to tu chodzi. Dużo gorzej jednak, gdy głos ten należy do gatunku tych, o których zapomina się 3 sekundy po usłyszeniu piosenki, które ledwo niosą melodię, a co dopiero tekst i ewentualnie jakieś emocje. Jestem pewien, że Silje Nes zyskała sobie kilku fanów tym występem, ja zapamiętam z niego tylko kilka zaskakujących zagrywek perkusyjnych i.. to w zasadzie tyle.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TL8eZjjh7bI/AAAAAAAAASI/wqGLSYY2xwI/s1600/Zdj%C4%99cie102.jpg"&gt;&lt;img style="cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 129px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TL8eZjjh7bI/AAAAAAAAASI/wqGLSYY2xwI/s400/Zdj%C4%99cie102.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5530172291824086450" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Latitia Sadier, znana z występów w Stereolab, zamknęła swój solowy występ w 20 minutach, co okazało się długością idealną. Nie to, żeby męczyła jakoś strasznie, rzekłbym, że wręcz przeciwnie. Po prostu jej muzyka w tej dawce i w tym miejscu (wciśnięta między dwa mocno rozbudowane składy) sprawdziła się idealnie. Piękny głos, piękne melodie, do tego, uśmiech na scenie i na widowni. Legendarny status Leaetitii został gdzieś za kulisami, trudno było nie ulec zauroczeniu.&lt;br /&gt;Koncert Mice Parade zapowiadał się jako eksplozja dźwięków granych w wirtuozerski sposób. Znani między innymi z HiM czy June of 44 muzycy samą swoją dyskografią wywołują dreszcze u fanów post- czy math-rocka. I rzeczywiście, koncert zagrany został na dwa zestawy perkusyjne, 3 gitary, 2 głosy i klawisze (obsługiwane przez Gunnara z mum, który jak tak dalej pójdzie będzie występował w Krakowie dziesięć razy w roku) i miejscami porażał bezwzględną egzekucją niezwykle skomplikowanych rytmów i struktur. Gatunkowo mieliśmy do czynienia z eklektyczną mieszanką, której podstawą był motoryczny rock, ale wycieczki w kierunkach muzyki progresywnej, latynoskiej czy nawet dubowej były nader częste. Cały ten natłok dźwięków i skojarzeń sprawiał jednak wrażenie nieco chaotycznego i raczej dekoncentrował niż przyciągał. Muzykom Mice Parade trudno odmówić umiejętności a sam koncert dostarczył solidnej dawki emocji z gatunku tych najprzyjemniejszych, jednak o stanach euforycznych nie mogło być mowy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TL8fc3Dx2iI/AAAAAAAAASY/MnhXM1v8-b0/s1600/Zdj%C4%99cie106.jpg"&gt;&lt;img style="cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 130px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TL8fc3Dx2iI/AAAAAAAAASY/MnhXM1v8-b0/s400/Zdj%C4%99cie106.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5530173448110856738" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*Zapytał Adam Pierce nieco skonsternowaną publiczność podczas koncertu Mice Parade.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6033607082810413024-4456692357636663208?l=zamoichczasow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/feeds/4456692357636663208/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6033607082810413024&amp;postID=4456692357636663208' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/4456692357636663208'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/4456692357636663208'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/2010/10/unsound-dzien-drugi.html' title='UNSOUND dzień drugi'/><author><name>Wojtek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04694854930864129944</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TL8e7P4DaNI/AAAAAAAAASQ/d59KQpJcr2A/s72-c/Zdj%C4%99cie104.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6033607082810413024.post-2450388456091529660</id><published>2010-10-19T09:49:00.000-07:00</published><updated>2010-10-19T10:01:09.818-07:00</updated><title type='text'>UNSOUND dzień pierwszy</title><content type='html'>Jak dowiodły dwie ostatnie edycje, krakowski festiwal UNSOUND to już jest zabawa dla dużych chłopców. I choć od samego początku brzmienia mu towarzyszące należały raczej do tych mroczniejszych, to dopiero teraz organizatorzy zdecydowali się na obranie jasno zdefiniowanego, choć przewidywalnego leitmotivu. Horror – the pleasure of fear and unease stało się mottem tegorocznej edycji. Czy to dobrze? Z jednej strony taka właśnie tematyka narzucała się sama, trudno znaleźć lepsze miejsce dla mrocznych, dźwiękowych podróży, niż spowity październikową mgłą Kraków. Z drugiej zaś tak dokładnie dopowiedziana przewodnia estetyka musi wywołać, przynajmniej u części słuchaczy, równie jasno sprecyzowane wymagania, które może być trudno zaspokoić. W końcu trudno o większą sztukę, niż zrobienie dobrego horroru.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;19:00 – THE DARK SIDE&lt;br /&gt;(Bjarnason/Fjellstrom/Elegi/Sinfonietta Cracovia)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TL3MSd92fhI/AAAAAAAAARg/jTLKKQIKoL8/s1600/Zdj%C4%99cie091.jpg"&gt;&lt;img style="cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 138px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TL3MSd92fhI/AAAAAAAAARg/jTLKKQIKoL8/s400/Zdj%C4%99cie091.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5529800535134600722" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Koncert otwierający festiwal zapowiadał się genialnie – połączenie groteskowych animacji, mrocznej elektroniki i pełnej mocy 46-o osobowej orkiestry. To musiało robić wrażenie. I faktycznie, filmy z serii Kafkagaarden Lichtspiel Show (z gościnnymi występami animacji z Fat Pie) pięknie wprowadzały w klimat wieczoru i całego festiwalu. Gorzej było z przygotowanej specjalnie na tę okoliczność luźnej impresji na temat historii Kuby Rozpruwacza. Na ekranie nie działo się nic, podobnie było w warstwie muzycznej. Nie wierzę, że byli tacy, którzy w tym czasie nie ziewali. Przepastne, oniryczne kompozycje Bjarnasona zamiast niepokoju budziły jedynie zmęczenie. Ratunkiem okazała się kompozycja Pendereckiego (z wykorzystaniem cyfrowej taśmy). Kilka minut tej brutalnej muzyki rozpisanej m.in. na maltretowanie instrumentów skutecznie wybudziło publiczność z letargu. Suita z Psychozy Hitchcocka (autorstwa bernarda Herrmanna) jawiła się na tle dotychczasowych dźwięków niczym anielski śpiew. Rytm! Melodia! W ciągu godziny zdążyliśmy za nimi zatęsknić. Wieńcząca wieczór kompozycja Bjarnasona z towarzyszeniem Elegi nawiązała do poruszanego już tego wieczora motywu snu – na sali słodko spał niejeden słuchacz. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TL3Mg3mqCmI/AAAAAAAAARo/zycGJrQDuzg/s1600/Zdj%C4%99cie092.jpg"&gt;&lt;img style="cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 131px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TL3Mg3mqCmI/AAAAAAAAARo/zycGJrQDuzg/s400/Zdj%C4%99cie092.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5529800782534806114" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;20:30 – BLOOD SUCKERS&lt;br /&gt;(Roll The Dice/Baaba+)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mangha wewnątrz spowita mgłą jeszcze gęstszą, niż tan na zewnątrz. Publiczność wygodnie usadowiona a na scenie Szwedzi z Roll The Dice, w przebraniu godnym teledysków Rammstein. Umorusane węglem twarze, kubraczki jak za nieboszczki Austrii. A muzyka? Wyobraźcie sobie The Knife z piekła rodem, te same syntetyczne brzmienia, tylko zanurzone w mrocznym transie. Podobny efekt na koncertach osiąga Jon Hopkins, ale do jego osiągnięcia wykorzystuje połyskujące trzaski opatulone w ambientowe plusze. Roll The Dice to czysty analog, organy Rhodes'a i cała bateria efektów. To był ten mrok, którego oczekiwałem. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TL3M295cK-I/AAAAAAAAARw/oZLA1cCtGfo/s1600/Zdj%C4%99cie095.jpg"&gt;&lt;img style="cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 124px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TL3M295cK-I/AAAAAAAAARw/oZLA1cCtGfo/s400/Zdj%C4%99cie095.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5529801162181323746" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zwieńczeniem dnia pierwszego był koncert Baaby z gościnnym towarzyszeniem koleżanki Natalii Przybysz i pianistki pozostającej dla mnie anonimową. Odziani w kostiumy rodem z kiepskiego horroru zaprezentowali własną interpretację muzyki Krzysztofa Komedy do Nieustraszonych Pogromców Wampirów Polańskiego. Jak na Baabę przystało do tematu podeszli z należnym mu dystansem. Przetworzone pienia i jęki, punkowe dudnienie i jazzowe improwizacje – to wszystko złożyło się na ten występ. Tyleż sprawnie wpisujący się w festiwalowe ramy, co w przeważającej części nieporywający. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TL3OtyBUzLI/AAAAAAAAASA/oV-mnAYu8ik/s1600/Zdj%C4%99cie098.jpg"&gt;&lt;img style="cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 130px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TL3OtyBUzLI/AAAAAAAAASA/oV-mnAYu8ik/s400/Zdj%C4%99cie098.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5529803203397602482" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To nierówne otwarcie, choć miejscami wybitne, w ogólnym rozrachunku należy uznać za dość przeciętne. Cieszy jego rozmach i całkiem sprawne zmierzenie się z estetyką horroru. Martwi nieco chaotyczne dobranie poszczególnych elementów. Może to właśnie o to uczucie niepokoju chodziło? Zobaczymy, co będzie dalej.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6033607082810413024-2450388456091529660?l=zamoichczasow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/feeds/2450388456091529660/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6033607082810413024&amp;postID=2450388456091529660' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/2450388456091529660'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/2450388456091529660'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/2010/10/unsound-dzien-pierwszy.html' title='UNSOUND dzień pierwszy'/><author><name>Wojtek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04694854930864129944</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TL3MSd92fhI/AAAAAAAAARg/jTLKKQIKoL8/s72-c/Zdj%C4%99cie091.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6033607082810413024.post-7380744122365248053</id><published>2010-09-01T17:50:00.000-07:00</published><updated>2010-09-02T04:23:43.993-07:00</updated><title type='text'>Festiwal Nowa Muzyka 2010 - Nothing's Shocking</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TH72OlUdC0I/AAAAAAAAAQU/U7t2mgnZoCU/s1600/Zdj%C4%99cie029%231.jpg"&gt;&lt;img style="cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 125px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TH72OlUdC0I/AAAAAAAAAQU/U7t2mgnZoCU/s400/Zdj%C4%99cie029%231.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5512113724344568642" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tegoroczna Nowa Muzyka potwierdziła toczący krajowe festiwale syndrom przeinwestowania. Wypasione line-upy, naszpikowane ulubieńcami, nie były w stanie zaskoczyć stałych bywalców czy wręcz kogokolwiek. Jeszcze rok temu piękno wszystkich tych imprez polegało na tym, że wracało się z każdej z całą masą nowej, ekscytującej muzyki do przesłuchania. Odkrywało się dla siebie nowe trendy i zjawiska. W tym roku susza. Niby wszystko fajnie, większe budżety przełożyły się na większe nazwy, ale wszystko już słyszeliśmy, wszystko już było. Może to sezon mamy wyjątkowo lichy? Bo jeżeli chillwave jest szczytem innowacji natenczas, to faktycznie jest źle. Na ironię zakrawa fakt, że jeden z najlepiej przyjętych setów FNM2010 należał do DMX Krew, a był wypełniony brzmieniami nie młodszymi niż rok 1992. Powiem krótko: czy wszystkich już do reszty pojebało z tą nostalgią? Nawet The Bug, którego zeszłoroczny set był dowodem na to, że można jeszcze coś wycisnąć z tych samych, dubstepowych narzędzi, w tym roku już dwukrotnie dał się poznać z dość zachowawczej strony. Kręcący się wokół klimatów trip-hopowych, ale doprawiony zdrową dawką hałasu występ King Midas Sound był dość średni, a mimo to należy traktować go jako jeden z najlepszych w tym roku. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Omijać szerokim łukiem człowieka z The Bug (potwierdza to od 2 lat na Nowej muzyce).&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/blockquote&gt;&lt;br /&gt;No dobrze, wiemy już, że było tak sobie, ale po kolei. Spóźniony prawie godzinę koncert Three Trapped Tigers był świetny, i jako jeden z niewielu zostawił po sobie trwające dłużej niż dobę wrażenie. Zmiany tempa, szalejąca perkusja, noise'owa gitara, dużo kombinowania. Warto o nich pamiętać. Następnie wspomniany już Król Midas, który mile zaskoczył ostrejszymi wersjami nagrań studyjnych, co ewidentnie nie podobało się większości napotkanych miłośników tychże. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;king midas spoko, tylko basy wszystko psuły.&lt;/span&gt;&lt;/blockquote&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TH73Lv5gjYI/AAAAAAAAAQk/GxQx-ZShGx4/s1600/Zdj%C4%99cie031%231.jpg"&gt;&lt;img style="cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 130px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TH73Lv5gjYI/AAAAAAAAAQk/GxQx-ZShGx4/s400/Zdj%C4%99cie031%231.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5512114775156362626" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z występu Jaga Jazzist zapamiętam fantastyczną brodę bębniarza (urodzony frontman) i kilka mocniejszych, fusionowych fragmentów. Reszta gdzieś się rozpłynęła, m.in. dzięki przydługim solówkom. Pantha Du Prince - zgodnie z oczekiwaniami - postawił na budowanie atmosfery i łagodny trans, czym z powodzeniem rozbujał zmarzniętą i przemoczoną publiczność. Życzyłbym sobie więcej takich występów. Koncertu Bonobo oczekiwałem szczególnie, ewidentnie tylko po to, żeby się rozczarować. Muzyka, która niesie ze sobą tyle naturalnego ciepła na płycie, na żywo pozostawiła mnie obojętnym. No, może poza atakiem śmiechu na widok solówki perkusisty na bis, jak na jakimś, z przeproszeniem, Genesis.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;na jagga jazzist gary pierdziały,trąba fałszowała - pozdrawiam aqstyka środkowym palcem.bonobo super ale czemu wy ludzie nie qmacie że na koncertach przed samą sceną się bawi a nie stoi jak pipa:/&lt;/span&gt;&lt;/blockquote&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Występ Autechre tylko potwierdził, że jestem stary i zgrzybiały. Te same dźwięki, które wywoływały u mnie ciarki te 10 lat temu, kiedy pierwszy raz do nich docierałem, na żywo nie dały się w pełni docenić, zwłaszcza w tych warunkach. Taki dźwiękowy atak pięknie sprawdził się w wymagającej skupienia przestrzeni szybu Wilson, ale wśród zieleni (również tej wyjątkowo powszechnie przypalanej wokół), na wietrze, nie było szans na chwilę skupienia. A szkoda, bo mimo wszystko te kilka chwil, w których udało mi się nakierować myśli jedynie na odbiór muzyki, muszę uznać za wyjątkowo przyjemne.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;żeby na takim festiwalu spierdoliły się światła na scenie to jest normalnie wstyd.&lt;/span&gt;&lt;/blockquote&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TH73x9Gx4bI/AAAAAAAAAQs/GaGbUleHPnU/s1600/Zdj%C4%99cie042%231.jpg"&gt;&lt;img style="cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 135px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TH73x9Gx4bI/AAAAAAAAAQs/GaGbUleHPnU/s400/Zdj%C4%99cie042%231.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5512115431536714162" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sobotę otworzył Kamp!, który widziany i słyszany już kilkakrotnie za każdym razem sprawia co raz lepsze wrażenie, ale unosząca się nad ich występami atmosfera playbacku psuje dobre wrażenie. W drodze na Bibio chwila rozrywki w autobusie, gdzie akurat dawała czadu najśmieszniejsza grupa w Polsce, czyli Muariolanza. O dziwo w ciągu pierwszych 3 minut ani razu nie zareklamowano ze sceny nowej/najnowszej płyty. Wyraźnie spada im autopromocyjna forma. A tymczasem Bibio zadawał kłam wszystkiemu, co napisano o nim w festiwalowej broszurze (podobnie jak połowa wykonawców, brawa dla researcherów!), czyli zamiast neo-folkowego transu był soczysty, acz zwichrowany hip-hop. Bujało przepięknie, choć o oryginalności mowy nie ma.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;bardzo chcialem byc na koncercie ale trafilismy do chorzowskiej szuflady i jakos tak nie podrodze bylo &lt;/span&gt;&lt;/blockquote&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dub Mafia straszyła ze sceny głównej uk garage'owymi brzmieniami prosto z roku 1996. Wiecie, jungle'owa perkusja, żywy bas, soulowy wokal, skrecze. Rupieć zjadliwy tylko dla fanów. Nosaj Thing oczyścił atmosferę zwartym setem eleganckich beatów, które miejscami sprawiały wrażenie naprawdę postępowych. W międzyczasie Loops Haunt zagrał nieco pod publiczkę, szczególnie musiały się podobać ukłony w stronę wspominanego z rozrzewnieniem Clarka. Występ Prefuse 73 okazał się być równie wymagający jak jego nagrania. Jak już pisałem atmosfera w tym roku szczególnie takim występom nie sprzyjała (przydałby się namiot...), toteż całość trochę mnie zawiodła. Były momenty, oj były, ale za każdym razem trzeba było na nie niemiłosiernie długo czekać. To nie jest muzyka łatwych wygranych. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Koncert P73 z Aukso chujowy (jak i sobotni zresztą, ale tysiąc razy bardziej zblazowany), &lt;/span&gt;&lt;/blockquote&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TH72k865IJI/AAAAAAAAAQc/mmSR3u2ci4k/s1600/Zdj%C4%99cie048%231.jpg"&gt;&lt;img style="cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 125px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TH72k865IJI/AAAAAAAAAQc/mmSR3u2ci4k/s400/Zdj%C4%99cie048%231.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5512114108636930194" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W przeciwieństwie do wspomnianego już na początku DMX Krew, który dał błyskawicznie przyswajalny show. Trochę acid house'u, trochę rave'u spod szyldu wczesnego The Prodigy, trochę breaków, czysta rozrywka w nieskazitelnie 'przestarzałej' formie. Tanecznym krokiem biegniemy na Moderat, a tam było już tak niemiecko, że aż zapachniało bradwurstem. Na czym jak na czym, ale na nudnym techno Niemcy znają się jak mało kto. No dobra, wizuale zasługiwały na najwyższe pochwały, ale czy naprawdę potrzeba było aż czterech niemiaszków (w tym jednego wyglądającego jak turecki policjant na urlopie) do odegrania wszystkiego nuta w nutę jak na płycie? Wystarczyłby Apparat i laptop. Widziałem ich już drugi raz i pozostaję niewzruszony. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;Moderat rzecz jasna wiksa&lt;/span&gt;&lt;/blockquote&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na poprawienie humoru idealny był pocieszny Gonjasufi, który na szczęście nie nudził jak na płycie, a jego zwroty do publiczności o śpiewanie wraz z nim rozbawiły mnie do rozpuku. Towarzyszący mu Gaslamp Killer dopisuje się do nurtu retro-szperaczy, jest niczym Quentin Tarantino muzyki elektronicznej, wygrzebuje prawdziwe perły muzyki, niejednokrotnie sprzed 40 lat z okładem, które gdyby nie jego miksy pewnie popadłyby w zapomnienie. Chropowate, oparte o sample beaty, do których lepiej lub gorzej dopasowywał się Gonjasufi były miłym wstępem do solowego setu Killera, w którym nie było już miejsca na sentymenty. Były za to liczne występy gościnne w playliście i najmocniejsze basy całego festiwalu i jednocześnie najlepsza zabawa. I choć temperatura spadła poniżej 10 stopni a zimny wiatr jeszcze dokładał swoje, pod sceną było gęsto aż do końca.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;i na koniec domniemana wisienka- gaslamp. i zimny kubel wody na koniec- mialy byc digi, mialo byc czarno, bylo nijak.&lt;/span&gt;&lt;/blockquote&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TH74ELICr3I/AAAAAAAAAQ0/vw0HMQg5bdM/s1600/Zdj%C4%99cie057%231.jpg"&gt;&lt;img style="cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 135px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TH74ELICr3I/AAAAAAAAAQ0/vw0HMQg5bdM/s400/Zdj%C4%99cie057%231.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5512115744537751410" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Odskocznią od trzepiących wnętrznościami basów była niedziela na Giszowcu, czyli występ Prefuse 73 z tyską orkiestrą Aukso. Jeszcze w piątek sam pan dyrygent na łamach prasy stwierdził, że sam nie wie, jak będzie, bo na próby za mało czasu, ale to jak się okazuje była zwykła kokieteria. Kompozycje Herrena zabrzmiały bardzo filmowo, skromnie, ale niezwykle trafnie. Elektronika zeszła na drugi plan, przez większość koncertu była wręcz niezauważalna. Podobnie jak zapewne większość publiczności FNM nie jestem jakimś zagorzałym miłośnikiem muzyki poważnej/współczesnej, ale koncert w Szybie Wilson podobał mi się niezmiernie. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;blockquote&gt;&lt;span style="font-style:italic;"&gt;skrzypce jakieś, baduty, a my tak w kurtkach i bez krawatów. Nie to, że jestem przeciwnikiem takich brzmień, wręcz przeciwnie, ale pytanie, które rzuca się chyba na suta wszystkim: co Scott właściwie robił przy tym lapku?&lt;/span&gt;&lt;/blockquote&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TH74cKTI1kI/AAAAAAAAAQ8/zUtgOk7rxVo/s1600/Zdj%C4%99cie058%231.jpg"&gt;&lt;img style="cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 137px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TH74cKTI1kI/AAAAAAAAAQ8/zUtgOk7rxVo/s400/Zdj%C4%99cie058%231.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5512116156632716866" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;(wszystkie cytaty są autentyczne i pochodzą ze słyszenia lub shoutboxu FNM na last.fm. pisownia oryginalna.)&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6033607082810413024-7380744122365248053?l=zamoichczasow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/feeds/7380744122365248053/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6033607082810413024&amp;postID=7380744122365248053' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/7380744122365248053'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/7380744122365248053'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/2010/09/festiwal-nowa-muzyka-2010-nothings.html' title='Festiwal Nowa Muzyka 2010 - Nothing&apos;s Shocking'/><author><name>Wojtek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04694854930864129944</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TH72OlUdC0I/AAAAAAAAAQU/U7t2mgnZoCU/s72-c/Zdj%C4%99cie029%231.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6033607082810413024.post-7310235212109738188</id><published>2010-08-31T15:32:00.000-07:00</published><updated>2010-08-31T15:35:01.759-07:00</updated><title type='text'>Pamięć vs Nostalgia</title><content type='html'>Dziwna sprawa z tą nostalgią. Każdy jej ulega od czasu do czasu, ale czy zastanawialiście się kiedyś gdzie kończy się pamięć o czymś a zaczyna rozpamiętywanie? Każde zjawisko, trend, wydarzenie czy postać w którymś momencie przechodzi ze stanu skupionego do zupełnie rozmytego, masowo zapominamy o wszystkich niepotrzebnych, ale często też niewygodnych szczegółach i koncentrujemy się na tym, co wywołuje w nas ckliwe rozrzewnienie na samą myśl o tymże. Zmarnowane lata i całe dekady z perspektywy czasu nie wydają się już takie złe, wszystko nabiera innego wymiaru i dziwnym trafem rzeczy, do których jeszcze kilka lat temu nikt by się nie przyznał, nagle wracają na salony praktycznie nienaruszone, często wręcz otoczone atmosferą kultu. No dobrze, ale jak to się ma do muzyki popularnej? Już wyjaśniam.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Punktem wyjścia niech będzie chillwave, którego popularność zasadza się praktycznie w całości właśnie na nostalgii. Nie trzeba dużo główkować, żeby usłyszeć w nim pop lat 70tych i 80tych, od struktury utworów po brzmienie, często dodatkowo przejaskrawione, żeby nikt nie miał wątpliwości, że ma do czynienia z retro-stylizacją. Do tego dorzuciłbym jeszcze nostalgię za latami 90tymi, bo dzisiejsi słuchacze chillwave'u wtedy właśnie zaliczyli teoretycznie najbardziej beztroskie dni swojego życia, które z pewnością wypełniały również dźwięki dekad poprzednich. I to właśnie ta dekada zalicza ostatnimi czasy szczególnie widoczny comeback.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No bo tak. Do ogłoszenia powrotu jakiejś dekady potrzebna jest – według mojej teorii – cezura czasowa min. 10 lat. Po tym czasie kolektywna świadomość kasuje całą zbędną wiedzę na temat danego okresu, przede wszystkim zaś związane z nim negatywne emocje. Pamiętacie lata 80te? No pewnie, pierwszy hip-hop, raczkujący indie-rock, korzenie grunge'u, filmy z Rambo i Żółwie Ninja. A Rick Astley, Debbie Gibson, Wham, Spandau Ballet? A epidemia AIDS, agresja na Afganistan, stan wojenny? Nieee, kto by sobie tym zaprzątał głowę, wtedy było fajnie i koniec. Poza tym Spandau Ballet byli zupełnie OK. To samo tyczy się lat 90tych. To były czasy! Nintendo, hity z satelity, BMX, naklejki z NBA. W muzie też same cuda, Nirvana, Radiohead, britpop, Tupac i Biggie, etc. Byli też Shaggy, Backstreet Boys i Limp Bizkit, ale raczkująca właśnie nostalgia za latami 90tymi jeszcze ich nie rozgrzeszyła.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No właśnie, czy znacie taki trend w muzyce, który nie doczekał się reaktywacji po latach? Mega-obciachowe disco, dawniej strawne tylko dla naspidowanych bywalców klubów, dziś podrywa do tańca i zatwardziałych awangardzistów. Stylizowany na lata 80te synth-pop z powodzeniem radzi sobie nie tylko na listach przebojów, ale i w indie-dyskotekach (vide La Roux, Hurts). Tandetny, plastikowy pop lat 90tych dziś zdobywa rzesze fanów, którzy jeszcze 15 lat temu pogardzali (lub pogardzaliby) takimi potworkami jak Ace of Base, a dziś bez cienia zażenowania pląsają przy hitach Lady Gagi. Każdy popularny nurt przeżywa w końcu odwet medialny, czy też po prostu wywołany zmęczeniem słuchaczy spadek popularności. Z podkulonym ogonem chowa się gdzieś w swojej niszy, przeczekuje chude lata, ale prędzej czy później wraca z nową siłą, odchudzony i skrojony do potrzeb nowych słuchaczy. Nie zdziwiłbym się, gdyby tuż za rogiem czaił się wielki comeback flanelowego, klasycznego grunge'u, a zaraz za nim opuszczony krok królów nu-metalu. Dajcie mu odpowiednio dużo czasu, a nawet 'najgorsze gówno' zostanie zrehabilitowane do co najmniej akceptowalnego statusu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na koniec zagadka: jak myślicie, które zjawiska i postacie niedawno zakończonej dekady mają największą szansę na powrót za te 10-15 lat?&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6033607082810413024-7310235212109738188?l=zamoichczasow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/feeds/7310235212109738188/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6033607082810413024&amp;postID=7310235212109738188' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/7310235212109738188'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/7310235212109738188'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/2010/08/pamiec-vs-nostalgia.html' title='Pamięć vs Nostalgia'/><author><name>Wojtek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04694854930864129944</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6033607082810413024.post-100990088217152582</id><published>2010-08-20T05:48:00.001-07:00</published><updated>2010-08-20T05:48:45.770-07:00</updated><title type='text'>Produkcja_Dystrybucja_Rewolucja</title><content type='html'>W ostatnich miesiącach miało miejsce kilka wydarzeń, pozornie niezwiązanych ze sobą, ale jakże symptomatycznych dla aktualnego stanu przemysłu muzycznego. Po pierwsze, w maju odnotowano najniższą sprzedaż płyt kompaktowych od 1991 roku. Po drugie, w tym samym tygodniu numerem jeden w USA była nowa płyta The National. Po trzecie, całkiem niedawno najnowsza płyta Arcade Fire w dniu premiery również trafiła na pierwsze miejsce Billboard 200, głównie dzięki sprzedaży cyfrowej i ...płyt winylowych. Zatrzymajmy się przez chwilę przy pierwszym wydarzeniu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pamiętacie jeszcze jak to było w latach 90ych? Teoretycznie nie zmieniło się tak wiele. Wtedy, tak jak dziś, w piłkę grało się po jedenastu a samochody tankowało się benzyną. Dla wielkich wytwórni to były złote czasy  Pewnie, że płyty kompaktowe były drogie, ba, relatywnie były dużo droższe niż dziś. Na szczęście nie było dla nich sensownej alternatywy. Przegrywanie muzyki na dużo słabszej jakości kasety czy porównywalne jakościowo, ale horrendalnie drogie minidyski mijało się z celem. Był jeszcze „drugi obieg” płyt, wytłoczonych gdzieś w tajdze, z okładką drukowaną via HP, dostępnych po konkurencyjnej cenie, z możliwością negocjacji. Żadne z tych zjawisk nie stanowiło realnego zagrożenia dla sprzedaży oryginalnych kompaktów, które w rekordowym 1999 roku tylko w USA rozeszły się w liczbie 982 milionów sztuk.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W tym samym roku jakiś dzieciak z Bostonu uruchomił lawinę, która zniszczyła dotychczasowy układ już na zawsze. Strona naspter.com wystartowała w czerwcu 2001 roku i udostępniała pierwszy program do swobodnej wymiany plików opatrzonych rozszerzeniem *.mp3. Dotychczas „problem” mp3 był marginalizowany, ponieważ kompresowane pliki były relatywnie niskiej jakości i zajmowały całkiem sporo miejsca na mikroskopijnych dyskach ówczesnych pecetów. Do tego do ich ewentualnej wymiany potrzebna była umiejętność obsługi protokołu IRC, no i przydawało się szybkie, stałe łącze, na które stać było niewielu domowych użytkowników. Sytuacja wyglądała zupełnie inaczej na amerykańskich kampusach, i to tam napster zrobił największą furorę. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zanim grube ryby z wytwórni zorientowały się co się dzieje – było już po wszystkim. Kolejne klony napstera łączyły już nie tysiące, a miliony użytkowników wymieniających się swoimi zasobami, do czego przyłożyła się rosnąca w kolejnych latach popularność taniego i szybkiego dostępu do internetu. Jednocześnie burza rozpętana przez organizacje chroniące właścicieli praw autorskich oraz tabuny spanikowanych artystów (którzy, nota bene, w większości owych praw nie posiadali) ostatecznie doprowadziła do zamknięcia napstera w 2001 roku. Był to pierwszy i zarazem ostatni sukces odnotowany przez wielkie wytwórnie w tej nierównej walce. Model dystrybucji, do którego byli przyzwyczajeni legł w gruzach, ale oni nie mieli zamiaru tego zaakceptować. Wśród zacietrzewionej większości ludzi z branży znaleźli się jednak tacy, którzy już wtedy wiedzieli, że lepiej wyjdą na szybkim dostosowaniu się do nieuchronnych zmian.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na rynku pojawiła się nisza, którą najszybciej dojrzeli ludzie z Apple'a, wprowadzając do sprzedaży rewolucyjnego jak na owe czasy iPoda i przede wszystkim uruchamiając wiosną 2003 roku sklep iTunes. Dziś sprzedażą plików z muzyką zajmuje się kilkadziesiąt podobnych sklepów a wpływy pochodzące ze sprzedaży cyfrowej kilka lat temu przegoniły już sprzedaż płyt CD. Co prawda puryści narzekają na niską jakość plików oferowanych przez większość dystrybutorów (zwykle jest to żałosne 128kbps), ale w ciągu dekady zdążyła wytworzyć się grupa słuchaczy, którzy dosłownie wychowali się na empetrójkach. Ich słuch nie jest już w stanie odróżnić muzyki z CD od tej z iPoda, więc wolą o wiele mniej kłopotliwe w przechowywaniu pliki od fizycznej kopii. Przyłożyły się do tego również stacje radiowe, które praktycznie w 100% przesiadły się na odtwarzanie muzyki w mp3, przyzwyczajając w ten sposób masowego odbiorcę do muzyki w gorszej jakości. I choć nielegalna wymiana plików wciąż kwitnie i nie da się jej żadnym sposobem opanować, to legalna dystrybucja stanowi w tej chwili główne źródło dochodów w przemyśle muzycznym. Do tego ci sami ludzie, którzy we wszelakich mediach pomstują na piractwo i spadającą sprzedaż płyt, jednocześnie inkasują rekordowe zyski z rynku, który dziwnym trafem nie ma zamiaru się kurczyć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No dobrze, ale co z tymi winylami? No właśnie, zjawisko reanimacji płyt winylowych jest dość zagadkowe. Wygląda na to, że na rynku wytworzyło się kilka podgrup. Mamy więc tych, którzy ciągle jeszcze kupują kompakty (w zeszłym roku było to prawie 600 milionów sztuk na całym świecie), mamy tych, którzy zamienili wszelkiej maści płyty na pojemne dyski twarde, i wreszcie tych, którzy fetyszyzują format o znikomej trwałości, ale za to otoczony aurą jakiegoś analogowego obrzędu i dający spore pole do popisu dla projektantów i grafików. Oczywiście wszystkie te grupy przenikają się i nie trudno wyobrazić sobie słuchacza kolekcjonującego wszystkie możliwe formaty, łącznie z kasetami, które, o zgrozo, ostatnio również zaliczają skromny, ale widoczny comeback.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pomimo tej swoistej mody na teoretycznie martwe formaty, dominacja dystrybucji cyfrowej na rozwiniętych ekonomicznie rynkach (Polska to ciągle zaścianek, nie tylko w tej kwestii) stała się faktem, ale przy galopującym rozwoju technologii już wkrótce może nas czekać zmiana lidera. Wszystko wskazuje na to, że kolejnym krokiem będą błyskawicznie rozwijające się serwisy streamingowe. Już dziś najwięksi gracze na tym ciągle skromnym rynku, czyli brytyjski Spotify i amerykański Grooveshark, zarabiają krocie na dostarczaniu muzyki w jakości mp3 bez konieczności pobierania całego pliku. Przypomina to gigantyczną, cyfrową szafę grającą poszerzoną o kilka sprytnych opcji, takich jak tworzenie playlist, etc. Dostęp darmowy obarczony jest koniecznością oglądania lub wysłuchiwania reklam, za pozbawione ich wersje premium trzeba już zapłacić. Ten genialny w swej prostocie pomysł zdobywa coraz większe grono miłośników a prawdziwa eksplozja jego popularności ma dopiero nastąpić. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Otóż nie kto inny, ale koncern Apple, zaraz po tym jak nabył i automatycznie zamknął streamingowy serwis Lala, ogłosił zamiar uruchomienia nowego serwisu opartego o umieszczone na serwerach online dyski dostępne dla użytkowników. Dzięki temu każdy będzie miał dostęp do swoich danych z poziomu iPhone'a czy każdego innego urządzenia korzystającego w WiFi. Innymi słowy twoja cyfrowa kolekcja muzyki – z założenia zakupionej w sklepie iTunes – będzie zawieszona gdzieś w cyberprzestrzeni a Ty będziesz miał do niej dostęp tam, gdzie jest internet, czyli w niedalekiej przyszłości praktycznie wszędzie. Z coraz szybszym i szerszym dostępem do internetu oraz dostępnością urządzeń wyposażonych w WiFi, będzie również rosła ilość i popularność innych serwisów streamingowych. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co ciekawe – i tu należy szukać sedna – w samym centrum tej rewolucji znajdują się zespoły powszechnie uważane za niszowe. To fani muzyki alternatywnej najszybciej przerzucili się na, cóż, alternatywne sposoby dystrybucji muzyki, a z drugiej strony, to oni ciągle jeszcze ewidentnie kupują płyty. Przy okazji wylansowali nowe sposoby słuchania i odkrywania nowej, ekscytującej muzyki. Dziś naprawdę znaczące opinie dotyczące muzyki alternatywnej nie płyną z  pism branżowych czy stacji radiowych – te media są już za wolne. Okresy wzrostu czy spadku popularności danego artysty mierzy się już nie w latach czy miesiącach, ale nierzadko w tygodniach. Przykładów zespołów, które zdobyły niemalże natychmiastową popularność dzięki morzu pochwał płynących z blogosfery można wymienić tysiące. I to w blogosferze właśnie należy szukać wskazówek co do tego, co czeka rynek muzyczny w przewidywalnej przyszłości, czyli pewnie w ciągu najbliższych 2-3 lat. Co będzie później? Czy rynek zmieni się tak bardzo, jak zmienił się przez ostanie 10 lat? Co z wytwórniami, dystrybutorami, sklepami, wreszcie artystami, którzy wraz z postępem technologicznym zarabiają coraz mniej na samej muzyce? Tego zapewne nikt nie jest w stanie przewidzieć.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6033607082810413024-100990088217152582?l=zamoichczasow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/feeds/100990088217152582/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6033607082810413024&amp;postID=100990088217152582' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/100990088217152582'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/100990088217152582'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/2010/08/produkcjadystrybucjarewolucja.html' title='Produkcja_Dystrybucja_Rewolucja'/><author><name>Wojtek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04694854930864129944</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6033607082810413024.post-3516539821849808488</id><published>2010-08-11T04:11:00.000-07:00</published><updated>2010-08-11T04:15:29.805-07:00</updated><title type='text'>OFF_Relacja - Epilog</title><content type='html'>Tegoroczny, jubileuszowy OFF Festival pięknie podsumował swoją dotychczasową działalność i jednocześnie był zupełnie nowym otwarciem. Przy ogromnej ilości zagranicznych zespołów w line-upie aż trudno uwierzyć, że w 2006 roku mogliśmy usłyszeć ich zaledwie kilka. Dziś OFF jest już potężną marką, wartą kilkanaście razy więcej niż chcieliby radni Mysłowic, czego dowodem był wielomiesięczny turniej okolicznych miast wojewódzkich o to, kto przejmie imprezę. Wybór Katowic wydaje się najbardziej naturalnym, a piękne okolice dzielnicy Muchowiec idealnie odtwarzają klimat kąpieliska w Słupnej, z dodatkowym, lotniczym elementem wystroju. Jeśli nadchodzące wybory samorządowe nie poczynią w lokalnym magistracie jakiejś rewolucji, to aż miło pomyśleć jak przy tym finansowaniu i w tym miejscu będzie rósł w siłę ten najlepszy polski festiwal. Jeszcze moment i OFF stanie się imprezą równorzędną z Primaverą czy szwedzkim Way Out West.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To tyle w temacie pochwał i pozytywów. Z drugiej strony przy całym rozmachu tegorocznej edycji nasuwa się jednocześnie niewesoła refleksja, że ilość nie zawsze przechodzi w jakość. Osobiście zabrakło mi tak ekstatycznych uniesień, jakie pamiętam z występów w latach poprzednich. Być może to jedynie wina słabego roku w skali globalnej, a z corocznego wachlarza wakacyjnych atrakcji, które zawitały do Europy, nie dało się wyłowić niczego ciekawszego. Niewiele osób wie, że selekcja festiwalowa w dużym stopniu uzależniona jest od aktualnej oferty współpracujących z imprezą tour managerów i nawet największy budżet nie da rady zapewnić line-upu marzeń. A może po prostu wieloletnie już kształtowanie (również mojego) gustu muzycznego przez kolegę Rojka skończyło się tym, że coraz trudniej jest mu czymś zaskoczyć, że o wywołaniu zachwytu nie wspomnę. W czasach, kiedy każdy szanujący się gimnazjalista dzień zaczyna od niezalowej, blogerskiej prasówki i nawet Pitchforka traktuje się z przymrużeniem oka, OFF Festival stał się imprezą niemalże mainstreamową. Tak czy siak, zupełnie nowe okoliczności, w jakich odnalazła się ta impreza, oraz wymienione wyżej powody sprawiają, że jej dalszy rozwój będziemy obserwować z jeszcze większym zainteresowaniem. Do zobaczenia (dopiero!) za rok.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6033607082810413024-3516539821849808488?l=zamoichczasow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/feeds/3516539821849808488/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6033607082810413024&amp;postID=3516539821849808488' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/3516539821849808488'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/3516539821849808488'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/2010/08/offrelacja-epilog.html' title='OFF_Relacja - Epilog'/><author><name>Wojtek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04694854930864129944</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6033607082810413024.post-7969414919571888908</id><published>2010-08-11T04:05:00.000-07:00</published><updated>2010-08-11T04:10:36.199-07:00</updated><title type='text'>OFF_Relacja #4</title><content type='html'>Dzień trzeci (czwarty) i ostatni. Tym razem się udało, załapaliśmy się na spory fragment koncertu &lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Ed Wood&lt;/span&gt;, którzy, jak się okazuje, na żywo grają świetnie, choć ich nagrania są przecież niesłuchalne. Kolejny mocny cios zaserwowali Brytyjczycy z &lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Pulled Apart By Horses&lt;/span&gt;, którzy pewnie graliby zwykłego hardcore'a, gdyby nie wrodzona skłonność do pisania świetnych, intrygujących, hard rockowych riffów zahaczających o repertuar Black Sabbath. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TGKEhcmJkII/AAAAAAAAAPw/iSr-Udp8qek/s1600/Zdj%C4%99cie053.jpg"&gt;&lt;img style="cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 125px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TGKEhcmJkII/AAAAAAAAAPw/iSr-Udp8qek/s400/Zdj%C4%99cie053.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5504107404746920066" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Następnie &lt;span style="font-weight:bold;"&gt;The Tallest Man On Earth&lt;/span&gt; zagrał na swojej zepsutej gitarze i zepsutym głosie tak, że aż trudno uwierzyć, że to Szwed, a nie Amerykanin gdzieś z południowych Stanów. &lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Bear In Heaven&lt;/span&gt; wypadli bardzo przyzwoicie, pomimo wyraźnie słyszalnych inspiracji, do których z pewnością można zaliczyć The Knife, czy pierwszy album Yeasayer. Norwegowie z &lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Casiokids&lt;/span&gt; ewidentnie stawiają na proste, ale zgrabne melodie zamiast niepotrzebnych sztuczek technicznych, dzięki czemu dali najbardziej strawny i chyba najbardziej roztańczony synthpopowy koncert festiwalu. Bardzo pozytywnie zaskoczyły  &lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Dum Dum Girls&lt;/span&gt;, które znaną z debiutanckiego nagrania lo-fi popową muzykę, na żywo oprawiają w powalającą, goth-westernową stylizację. Do tego piękne, harmonizowane wokale i cover Stonesów na otwarcie – nie można się nie zakochać. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TGKEwMpkkqI/AAAAAAAAAP4/whWTs4Wsdqs/s1600/Zdj%C4%99cie058.jpg"&gt;&lt;img style="cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 129px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TGKEwMpkkqI/AAAAAAAAAP4/whWTs4Wsdqs/s400/Zdj%C4%99cie058.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5504107658164343458" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wiedziony legendą Galaxie 500 zaszedłem na koncert &lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Damon &amp; Naomi&lt;/span&gt; i nie mogę powiedzieć, że mi się nie podobało, ale słów zachwytu również nie usłyszycie. To samo tyczy się występu &lt;span style="font-weight:bold;"&gt;No Age&lt;/span&gt;, którzy pięknie generują hałas, ale zupełnie nie potrafią pisać piosenek, co potwierdził najlepszy w całym zestawie cover Black Flag. Brak im tego czegoś, co tak świetnie sprawdza się w przypadku np: Japandroids – umiejętności łączenia agresji z dostatecznie wpadającą w ucho, ale nie ckliwą melodią. Później było już tylko lepiej: &lt;span style="font-weight:bold;"&gt;The Raveonettes&lt;/span&gt; udowodnili, że nie bez powodu byli i są jednymi z liderów odrodzenia garażowego brzmienia w muzyce rockowej a piekielnie utalentowana liderka &lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Tune-Yards&lt;/span&gt; powaliła eklektyczną mieszanką opartą głównie o afrykańskie rytmy i niezwykły, mocny głos. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TGKE8wYHYAI/AAAAAAAAAQA/e8yo71v8_A4/s1600/Zdj%C4%99cie075.jpg"&gt;&lt;img style="cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 131px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TGKE8wYHYAI/AAAAAAAAAQA/e8yo71v8_A4/s400/Zdj%C4%99cie075.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5504107873913233410" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;O koncercie &lt;span style="font-weight:bold;"&gt;The Flaming Lips&lt;/span&gt; już od miesięcy mówiło się tylko w podniosłym tonie, miał to być najważniejszy koncert tego sezonu i pod wieloma względami chyba faktycznie tak było. Z kosmiczną oprawą ich występu może konkurować chyba tylko nadchodzący krakowski występ Muse, natomiast muzycznie pewnie pozostaną bezkonkurencyjni. Oczywiście, że Wayne Coyne nieco fałszuje a cała ta cyrkowa oprawa być może odciągała uwagę od pozostałych niedoskonałości, z przykrótką set listą na czele. Mam jednak wrażenie, że to raczej porywająca atmosfera beztroskiego, muzycznego święta zaważyć musi na najwyższej ocenie tego koncertu.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6033607082810413024-7969414919571888908?l=zamoichczasow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/feeds/7969414919571888908/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6033607082810413024&amp;postID=7969414919571888908' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/7969414919571888908'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/7969414919571888908'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/2010/08/offrelacja-4.html' title='OFF_Relacja #4'/><author><name>Wojtek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04694854930864129944</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TGKEhcmJkII/AAAAAAAAAPw/iSr-Udp8qek/s72-c/Zdj%C4%99cie053.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6033607082810413024.post-5296974087201445758</id><published>2010-08-11T03:52:00.000-07:00</published><updated>2010-08-11T04:01:21.800-07:00</updated><title type='text'>OFF_Relacja #3</title><content type='html'>Dzień trzeci (drugi). Polskie przygrywki niestety znowu wypadły z planu dnia. Sobota wystartowała jednak z impetem dzięki bardzo udanemu występowi &lt;span style="font-weight:bold;"&gt;FM Belfast&lt;/span&gt;, którzy porwali trójkowy namiot w radosnym pląsie. Kolejne dwa koncerty odbywały się równocześnie, na skrajnie oddalonych od siebie scenach, ale ponieważ obie formacje cenię wysoko, udało mi się pojawić i tu i tam. Po &lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Mitch &amp; Mitch&lt;/span&gt; spodziewałem się triumfalnego powrotu na OFF po niezapomnianym występie z 2006 roku, ale okazało się, że ewidentnie nie są już na fali wznoszącej – widziałem ich kilkanaście razy, ale jeszcze nigdy nie spotkali się z tak słabym przyjęciem. &lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Tides From Nebula&lt;/span&gt; wręcz przeciwnie – ich pełna post-metalowego patosu muzyka wywołała u widowni wypełniającej namiot Sceny Eksperymentalnej niemalże spazmy zachwytu. Później dość długo nie działo się nic ciekawego, aż do występu &lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Archie Bronson Outfit&lt;/span&gt;. Surowy, psychodeliczny rock przywodzący na myśl dokonania Clinic przywrócił mi nadzieję na to, że dzień jeszcze nie jest stracony. Na Scenie Leśnej brytyjczycy z &lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Tunng&lt;/span&gt; dali zdaje się poprawny, łagodnie folkujący koncert, z którego jednakowoż nie zapamiętałem niczego szczególnego. &lt;span style="font-weight:bold;"&gt;These Are Powers&lt;/span&gt; w tym samym czasie zamienili Scenę Eksperymentalną w nowojorskie indie disco, w moim przypadku zaostrzając jedynie apetyt na ewentualny występ Gang Gang Dance. W kraju, w którym wódka leje się szerokim strumieniem a najpopularniejsza melodia to Sto Lat, koncert swojsko brzmiących &lt;span style="font-weight:bold;"&gt;A Hawk And A Hacksaw&lt;/span&gt; musiał spotkać się ze świetnym przyjęciem, i tak było w istocie – skrzypki z harmonią przycinały tak, że aż kierpce furkały. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TGKB7ihMpII/AAAAAAAAAPo/JKP_x2ypXqY/s1600/Zdj%C4%99cie050.jpg"&gt;&lt;img style="cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 136px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TGKB7ihMpII/AAAAAAAAAPo/JKP_x2ypXqY/s400/Zdj%C4%99cie050.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5504104554478478466" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Duńczycy z &lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Mew&lt;/span&gt; wypełnili kolejną godzinę świetnie wyreżyserowanym występem, który z jednej strony czerpał z tradycji bombastycznego rocka progresywnego, a z drugiej zaś z mazgajowatego plumkania w stylu Snow Patrol czy Keane. Jednym z dwóch najbardziej chyba oczekiwanych występów całego festiwalu był koncert kombatantów z &lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Dinosaur Jr&lt;/span&gt;. Strasznie lubię ten zespół, doceniam i słyszę jego wkład w jakieś 70% muzyki, której słucham na co dzień. Nie zmienia to faktu, że ich katowicki koncert nie wywoływał żadnych emocji. Ot, zagrali kilka hitów i zeszli ze sceny, a licznie zgromadzona publiczność odpłaciła im stojąc nieruchomo w niemalże całej swojej rozciągłości. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TGKBrTp0JRI/AAAAAAAAAPg/AU6d-O10kdo/s1600/Zdj%C4%99cie052.jpg"&gt;&lt;img style="cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 133px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TGKBrTp0JRI/AAAAAAAAAPg/AU6d-O10kdo/s400/Zdj%C4%99cie052.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5504104275610182930" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kolejną wycieczką w krainę płyt dawno już osłuchanych na śmierć był koncert &lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Lali Puna&lt;/span&gt;, który zapewne sprawdziłby się lepiej w kameralnej sali, do tego na wysokości roku 2005. Na zakończenie jeden z niewielu naprawdę frapujących koncertów całego festiwalu – formacja &lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Zs&lt;/span&gt;, która udowodniła, że z minimalnym składem i odrobiną odwagi można robić prawdziwe cuda. Nie każdy potrafi (i powinien) improwizować na scenie, a Ci chłopcy zrobili z improwizacji na dwie gitary, perkusję i saksofon prawdziwą broń masowego rażenia.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6033607082810413024-5296974087201445758?l=zamoichczasow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/feeds/5296974087201445758/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6033607082810413024&amp;postID=5296974087201445758' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/5296974087201445758'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/5296974087201445758'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/2010/08/offrelacja-3.html' title='OFF_Relacja #3'/><author><name>Wojtek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04694854930864129944</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TGKB7ihMpII/AAAAAAAAAPo/JKP_x2ypXqY/s72-c/Zdj%C4%99cie050.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6033607082810413024.post-715939649236033646</id><published>2010-08-11T03:43:00.000-07:00</published><updated>2010-08-11T04:18:14.644-07:00</updated><title type='text'>OFF_Relacja #2</title><content type='html'>Dzień drugi (pierwszy) rozpoczął się z poślizgiem. A to przez ulewę, która nawiedziła tego dnia Górny Śląsk i skutecznie uniemożliwiła naszej ekipie dotarcie na Muchowiec przed 17tą. Zwiedzanie zaczęliśmy zatem od Sceny Eksperymentalnej, gdzie &lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Psychic Paramount&lt;/span&gt; serwowali wyśmienity kawałek hałaśliwej psychodelii. Obrany kierunek prawidłowy, ale przedłużające się zabawy gitarzysty z efektami nieco psuły efekt. Jak pokazał występ &lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Toro Y Moi &lt;/span&gt;chillwave z powodzeniem sprawdza się na żywo, choć być może to Bundick po prostu jest najsprytniejszym przedstawicielem tego mikro-gatunku. Chwilę później na Leśnej &lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Something Like Elvis&lt;/span&gt; dali stereotypowy pokaz smutnej, polskiej alternatywy, przy której bawiło się kilku gości grubo po trzydziestce. Wiało nudą. Występ &lt;span style="font-weight:bold;"&gt;The Horrors&lt;/span&gt; również mnie zawiódł, zapowiadał się jako freak-beatowa rewelacja, a skończyło się na pozbawionym energii, półamatorskim shoegaze'owaniu. No i nie zagrali&lt;span style="font-style:italic;"&gt; Crawdaddy Simone&lt;/span&gt;, za co należy się kolejny minus. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TGJ_paGH1OI/AAAAAAAAAPI/0YuhTRPC33g/s1600/Zdj%C4%99cie002.jpg"&gt;&lt;img style="cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 125px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TGJ_paGH1OI/AAAAAAAAAPI/0YuhTRPC33g/s400/Zdj%C4%99cie002.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5504102043956532450" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Fennesz&lt;/span&gt; we fragmencie wzmógł jedynie apetyt na pełnowymiarowy koncert w przyzwoitych warunkach. W tym samym czasie &lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Art Brut &lt;/span&gt;postarali się o pierwszy na festiwalu akcent rozrywkowy. Podali świetnie skrojone, motoryczne, rock'n'rollowe piosenki okraszone 'wokalem', który w warstwach muzycznej i słownej godzien jest Mike'a Skinnera. Trójkowy namiot wypełnił się po brzegi specjalnie dla powracających do Katowic &lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Efterklang&lt;/span&gt;, którzy na swój, pełen uroku sposób interpretują skandynawski, świetnie zaaranżowany folk-pop. Świetnie zaprezentowali się Włosi z &lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Zu&lt;/span&gt;, choć brzmienie przywodzące Naked City z jednej i Meshuggah z drugiej strony mogło odstraszać co wrażliwszych. Ponoć Artur Rojek już próbował sprowadzić &lt;span style="font-weight:bold;"&gt;The Fall&lt;/span&gt; w poprzednich latach, ale stanowczo mu to odradzano. Jak się okazuje – bardzo słusznie. Rotacyjny skład złożony głównie z anonimowych muzyków ciągnął ten występ do przodu, ale wszystko psuł półprzytomny Mark E. Smith. Efektem była raczej ciekawostka z post-punkowego muzeum niż solidny występ. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TGJ_75rzOdI/AAAAAAAAAPQ/HvLOZ8WJO-Q/s1600/Zdj%C4%99cie037.jpg"&gt;&lt;img style="cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 121px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TGJ_75rzOdI/AAAAAAAAAPQ/HvLOZ8WJO-Q/s400/Zdj%C4%99cie037.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5504102361673710034" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nowojorczykom z &lt;span style="font-weight:bold;"&gt;A Place To Bury Strangers&lt;/span&gt; nie można odmówić intensywności, ale plotki głoszące, że ich koncerty rzekomo urywają dupę, okazały się mocno przesadzone. Mój festiwalowy dzień zakończył się tam, gdzie się rozpoczął, na Scenie Eksperymentalnej, gdzie formacja &lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Trans AM&lt;/span&gt; dała koncert niemalże perfekcyjny. Nieprawdopodobna energia, świetnie dobrany materiał oraz – last, but not least – powalająca, campowa prezencja, to był zdecydowanie numer jeden piątku na OFFie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TGKAR5UvNpI/AAAAAAAAAPY/fxCS7qbXrnA/s1600/Zdj%C4%99cie025.jpg"&gt;&lt;img style="cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 130px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TGKAR5UvNpI/AAAAAAAAAPY/fxCS7qbXrnA/s400/Zdj%C4%99cie025.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5504102739534100114" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6033607082810413024-715939649236033646?l=zamoichczasow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/feeds/715939649236033646/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6033607082810413024&amp;postID=715939649236033646' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/715939649236033646'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/715939649236033646'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/2010/08/offrelacja-2.html' title='OFF_Relacja #2'/><author><name>Wojtek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04694854930864129944</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TGJ_paGH1OI/AAAAAAAAAPI/0YuhTRPC33g/s72-c/Zdj%C4%99cie002.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6033607082810413024.post-4593157018340944208</id><published>2010-08-06T02:07:00.000-07:00</published><updated>2010-08-06T03:08:56.881-07:00</updated><title type='text'>OFF_Relacja #1</title><content type='html'>Obawiałem się, czy tegoroczny OFF zachowa sielankową, odświętną atmosferę poprzednich edycji. Oczywiście jeszcze za wcześnie na werdykt, ale tegoroczny koncert otwarcia, choć pozbawiony sakralnego dekorum, mówiąc krótko, 'dał radę'. Nie było jednak idealnie: zbyt późno ogłoszone przenosiny do większej sali GCK zaowocowały relatywnie niską frekwencją. Olbrzymi plus tej przeprowadzki był taki, że wielka, idealna akustycznie sala sprawdziła się 100 razy lepiej, niż Hipnoza, która jak wiadomo na koncerty się nie nadaje (pisałem już o tym w relacji z Ars Cameralis 2009). A jak same koncerty?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ecstatic Sunshine&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Projekt, którego skład w zależności od potrzeb mieści od 1 do 3 osób, tym razem zaprezentował się w wersji solo. Matt Papich 'grał na gitarze' masakrując jej brzmienie za pomocą baterii efektów. Wygenerował w ten sposób hałaśliwy, transowy, 40-o minutowy utwór, który nieśmiało jedynie zahaczał o zręby formy. Muzyka płynęła niespiesznie, wznosiła się i pikowała, były momenty naprawdę frapujące, całość jednak wypadła równie monotonnie jak towarzysząca jej, zapętlona wizualizacja.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TFveunmZSfI/AAAAAAAAAOo/Nw4Swjs_zuI/s1600/Zdj%C4%99cie009.jpg"&gt;&lt;img style="cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 195px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TFveunmZSfI/AAAAAAAAAOo/Nw4Swjs_zuI/s400/Zdj%C4%99cie009.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5502236262248565234" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Matmos&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na 'dzień dobry' poluzowali atmosferę kilkoma żartami, na szybko odegrali impresję na temat Chopina (pieniądze z ministerstwa zobowiązują) a potem było już tylko lepiej. Bardzo przyjemnie słucha się muzyki, która może i nie jest odkrywcza, nie buzuje od nowych pomysłów i technik, nie szarpie słuchacza za ucho, ale za to jest konsekwentna, szczera i jest jej dobrze z tym, czym jest. Sample z trupa i dźwięki generowane na żywo, wymieszane i podane w sposób elegancki, nie wiem, czy kalsyczny czy już staroświecki, ale niepozbawiony łobuzerskiej fantazji. Dodatkowo poruszający się w kilku skrajnie różnych odcieniach emocjonlanych, od nieco infantylnej zabawy po autentyczną grozę. Pełen profesjonalizm. Na bis wystąpili wraz z Ecstatic Sunshine (w końcu ich ziomkiem z Baltimore), co zawsze cieszy, bo ma się wrażenie brania udziału w wydarzeniu jednorazowym.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TFvfBKGyJiI/AAAAAAAAAOw/bl0Ry1WmO44/s1600/Zdj%C4%99cie011.jpg"&gt;&lt;img style="cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 198px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TFvfBKGyJiI/AAAAAAAAAOw/bl0Ry1WmO44/s400/Zdj%C4%99cie011.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5502236580748863010" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To tyle tytułem wstępu, pora na główne atrakcje.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6033607082810413024-4593157018340944208?l=zamoichczasow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/feeds/4593157018340944208/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6033607082810413024&amp;postID=4593157018340944208' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/4593157018340944208'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/4593157018340944208'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/2010/08/offrelacja-1.html' title='OFF_Relacja #1'/><author><name>Wojtek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04694854930864129944</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TFveunmZSfI/AAAAAAAAAOo/Nw4Swjs_zuI/s72-c/Zdj%C4%99cie009.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6033607082810413024.post-833368158651281910</id><published>2010-07-11T14:49:00.000-07:00</published><updated>2010-07-11T15:08:30.844-07:00</updated><title type='text'>TOP CZTERY - NERD ROCKERS</title><content type='html'>Jak świat światem bycie nieprzystosowanym do życia odludkiem sprzyjało robieniu świetnej rockowej muzy. Przykłady? Są ich tysiące. Jedni mają obsesję na punkcie gier fantasy, inni uczą się nocami klingońskiego, jeszcze inni zakopują się w książkach o wampirach czy innym ustrojstwie. Poniewierani przez życie z powodu swoich skrzywień na punkcie tego czy tamtego, prędzej czy później sięgają po gitary i przelewają swoje nastoletnie żale na taśmę. Reszta jest historią. Oto kilku gamoni, którzy w kategorii przekuwania swoich obsesji w sukces sceniczny prześcignęli całe zastępy podobnych im nerdów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Bill KELLIHER (gitarzysta Mastodon)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pierwszym filmem, jaki mały Billy zobaczył w kinie były Gwiezdne Wojny i było to doświadczenie tak silne, że już na zawsze pokrzywiło jego niewinny umysł. Kelliher na punkcie GW ma absolutnego zajoba. Do tego stopnia, że własnemu dziecku dał na imię Harrison (od odtwórcy roli Hana Solo, Harrisona Forda), połowę mieszkania zamienił w muzeum zabawek z logo Star Wars, a gdzieś po drodze obtatuował sobie ramiona postaciami łowców nagród z oryginalnej trylogii. Hej, ja też lubię Gwiezdne Wojny, naprawdę, ale są rzeczy, których się zwyczajnie nie robi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TDo84Nrdq0I/AAAAAAAAANc/Z-3BOmf7Jkc/s1600/kelliher.jpg"&gt;&lt;img style="cursor:pointer; cursor:hand;width: 334px; height: 400px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TDo84Nrdq0I/AAAAAAAAANc/Z-3BOmf7Jkc/s400/kelliher.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5492769631974042434" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Sebastian BACH (ex-wokalista Skid Row)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Fenomen zespołu KISS właściwie zupełnie ominął Europę. Pewnie dlatego, że w USA dzieciaki oszalały do tego stopnia, że zespół mógł zupełnie ją zignorować, wypuszczając za to na rodzimy rynek miliony najczęściej badziewnych gadżetów i praktycznie wszystkiego, na czym da się zarobić. Wyobraźcie sobie absolutnie dowolną rzecz. A teraz wyobraźcie sobie tę samą rzecz, tylko z logo KISS - ta rzecz z pewnością istnieje i jest do kupienia. O ile wcześniej nie kupił jej Sebastian Bach. Ów koleżka spędził większą część życia zbierając (e.g. kupując za ciężkie pieniądze) wszystko, co namaścił Gene Simmons &amp; Co. Od magnesów na lodówkę po maszynę do pinballa. Jakby tego było mało Bach już dziecięciem będąc inwestował w kolekcję komiksów, która dziś zawiera m.in. pierwszy numer Spider-Mana (wart $ 25.000) i jest przetrzymywana w ognioodpornym sejfie. Sebastian Bach z dumą nadaje powiedzeniu "duży chłopiec" zupełnie nowego znaczenia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TDo90VcpBHI/AAAAAAAAANk/hJKsCLmd6Us/s1600/bach.jpg"&gt;&lt;img style="cursor:pointer; cursor:hand;width: 340px; height: 400px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TDo90VcpBHI/AAAAAAAAANk/hJKsCLmd6Us/s400/bach.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5492770664851506290" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Rivers CUOMO (wokalista, gitarzysta Weezer)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rivers Cuomo jest rzadkim przykładem nerda wielokierunkowego - Multinerda. Gry RPG, komputery, KISS, piłka nożna, Azjatki - ten koleś ma świra na punkcie wszystkich tych rzeczy. Ale największą obsesją Riversa jest on sam. Z ponad 800 piosenek, które zdążył nagrać w ciągu swojego 40-o letniego życia, ok. 85% porusza kwestię Riversa Cuomo. Ale czy może być ciekawszy temat niż facet, który wychował się w buddyjskiej komunie w Connecticut, któremu 10 lat zajęło ukończenie studiów i który dziewictwo stracił grubo po trzydziestce? No bez żartów. I choć połowa sukcesu Weezera i tak opiera się na tym samym uczuciu, którym zdrowy emocjonalnie humanoid odczuwa na widok zmokniętego szczeniaczka, to Rivers z podniesionym czołem i bez cienia zażenowania opowiada kiedy i gdzie się da o swoich nieudanych podbojach miłosnych i bez mała każdej sekundzie swojej nerdowskiej egzystencji. Obecnie pracuje nad potężnym internetowym pamiętnikiem, który ma co do godziny opisywać jego życie w Kalifornii w latach 1992-1994, kiedy powstawał Weezer. Drżyjcie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TDo-JUZpnYI/AAAAAAAAANs/EBZJzw6tKXE/s1600/cuomo.jpg"&gt;&lt;img style="cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 378px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TDo-JUZpnYI/AAAAAAAAANs/EBZJzw6tKXE/s400/cuomo.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5492771025347779970" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Claudio SANCHEZ (wokalista gitarzysta, Coheed &amp; Cambria)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Słusznej postury Portorykańczyk wyposażony w groteskową burzę czarnych włosów i zupełnie nieprzystający głos małej dziewczynki - Claudio Sanchez na każdym etapie obcowania ze swoją skromną osobą udowadnia, że jest niekwestionowanym królem wszystkich nerdów. Nie ma co się silić na zgryźliwe uwagi, ta historia pisze się sama. Wszystkie teksty C&amp;C z kolejnych płyt opowiadają historię Coheeda i Cambrii, postaci wymyślonych przez Sancheza, żyjących gdzieś w odległej galaktyce zwanej Bag On Line, walczących z kosmicznymi potworami o życie swoich dzieci. Mało? Całą tę historię Sanchez przeniósł do komiksu i książki, ponoć jest pomysł na ekranizację. Idąc za ciosem wymy ślił kolejną komiksową postać, Kill Audio (sic!), który jako żywo przypomina samego autora i przemierza świat zwalczając kiepską muzykę. Pojawiły się też figurki z podobizną bohatera, które Claudio ochoczo upiększa swoim autografem Mało?? Wszystkie elementy obydwu historii oparte są na faktach z życia Claudio. "Amory Wars" (tytuł komiksu), bo mieszkał przy Amory Drive; "Bag On Line", bo tak nazywał się sklep z torbami, obok którego mieszkał w Paryżu; Sami Coheed i Cambria (i ich potomstwo) to dokładne odwzorowanie jego rodziców (i ich potomstwa). I na koniec "Second Stage Turbine Blade" (tytuł debiutanckiej płyty C&amp;C), bo jego ojciec tę właśnie część montował w fabryce klimatyzatorów, w której pracował... Właściwie każdy nowy element wiedzy na temat Claudio Sancheza to jeden wielki WTF. Ale musicie przyznać - u szczytu nastoletniej alienacji stworzyć swój własny, bełkotliwy i do bólu egocentryczny świat SF a następnie przekuć go w miliony sprzedanych płyt i wyprzedane koncerty na całym świecie? Król jest tylko jeden. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TDo-pOypyNI/AAAAAAAAAN0/aBJYtqxHrIo/s1600/sanchez.jpg"&gt;&lt;img style="cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 400px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TDo-pOypyNI/AAAAAAAAAN0/aBJYtqxHrIo/s400/sanchez.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5492771573597849810" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6033607082810413024-833368158651281910?l=zamoichczasow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/feeds/833368158651281910/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6033607082810413024&amp;postID=833368158651281910' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/833368158651281910'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/833368158651281910'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/2010/07/top-cztery-nerd-rockers.html' title='TOP CZTERY - NERD ROCKERS'/><author><name>Wojtek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04694854930864129944</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TDo84Nrdq0I/AAAAAAAAANc/Z-3BOmf7Jkc/s72-c/kelliher.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6033607082810413024.post-4031396905740015616</id><published>2010-05-30T14:35:00.000-07:00</published><updated>2010-05-30T14:38:57.293-07:00</updated><title type='text'>The Dead Weather - Sea of Cowards</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TALaOSVq8sI/AAAAAAAAANA/hb_isik6PAY/s1600/rec_dead_weather.jpg"&gt;&lt;img style="cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 261px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TALaOSVq8sI/AAAAAAAAANA/hb_isik6PAY/s400/rec_dead_weather.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5477180035811701442" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;object width="425" height="344"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/K0YI0UUazkU&amp;hl=pl_PL&amp;fs=1&amp;color1=0xe1600f&amp;color2=0xfebd01"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;/param&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/K0YI0UUazkU&amp;hl=pl_PL&amp;fs=1&amp;color1=0xe1600f&amp;color2=0xfebd01" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="410" height="245"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;http://www.thedeadweather.com&lt;br /&gt;http://www.myspace.com/thedeadweather&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6033607082810413024-4031396905740015616?l=zamoichczasow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/feeds/4031396905740015616/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6033607082810413024&amp;postID=4031396905740015616' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/4031396905740015616'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/4031396905740015616'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/2010/05/blog-post.html' title='The Dead Weather - Sea of Cowards'/><author><name>Wojtek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04694854930864129944</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TALaOSVq8sI/AAAAAAAAANA/hb_isik6PAY/s72-c/rec_dead_weather.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6033607082810413024.post-7245171365138843398</id><published>2010-05-30T14:10:00.000-07:00</published><updated>2010-05-30T14:24:54.855-07:00</updated><title type='text'>Coachwhips - Double Death</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TALWqrm3Y0I/AAAAAAAAAM4/1vXD03uy-QI/s1600/rec_coachwhips.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:left;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 286px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TALWqrm3Y0I/AAAAAAAAAM4/1vXD03uy-QI/s400/rec_coachwhips.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5477176125584532290" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;object width="425" height="344"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/tbTWFj2SMX8&amp;hl=pl_PL&amp;fs=1&amp;color1=0xe1600f&amp;color2=0xfebd01"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;/param&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/tbTWFj2SMX8&amp;hl=pl_PL&amp;fs=1&amp;color1=0xe1600f&amp;color2=0xfebd01" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="410" height="245"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;http://www.myspace.com/coachwhipsvsfuckers&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6033607082810413024-7245171365138843398?l=zamoichczasow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/feeds/7245171365138843398/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6033607082810413024&amp;postID=7245171365138843398' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/7245171365138843398'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/7245171365138843398'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/2010/05/coachwhips-double-death.html' title='Coachwhips - Double Death'/><author><name>Wojtek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04694854930864129944</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TALWqrm3Y0I/AAAAAAAAAM4/1vXD03uy-QI/s72-c/rec_coachwhips.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6033607082810413024.post-2635486188505872076</id><published>2010-05-30T13:51:00.000-07:00</published><updated>2010-05-30T14:26:07.861-07:00</updated><title type='text'>Fang Island - Fang Island</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TALR9KgypAI/AAAAAAAAAMo/trAmiOp231w/s1600/rec_fang_island.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:left;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 286px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TALR9KgypAI/AAAAAAAAAMo/trAmiOp231w/s400/rec_fang_island.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5477170945560060930" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;object width="560" height="340"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/EIurAP4yHtQ&amp;hl=pl_PL&amp;fs=1&amp;color1=0xe1600f&amp;color2=0xfebd01"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;/param&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/EIurAP4yHtQ&amp;hl=pl_PL&amp;fs=1&amp;color1=0xe1600f&amp;color2=0xfebd01" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="410" height="245"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;http://www.myspace.com/fangisland&lt;br /&gt;http://digital.fangisland.com/&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6033607082810413024-2635486188505872076?l=zamoichczasow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/feeds/2635486188505872076/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6033607082810413024&amp;postID=2635486188505872076' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/2635486188505872076'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/2635486188505872076'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/2010/05/fang-island-fang-island.html' title='Fang Island - Fang Island'/><author><name>Wojtek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04694854930864129944</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TALR9KgypAI/AAAAAAAAAMo/trAmiOp231w/s72-c/rec_fang_island.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6033607082810413024.post-4765121674664394889</id><published>2010-05-30T11:37:00.000-07:00</published><updated>2010-05-30T11:39:27.425-07:00</updated><title type='text'>Koniec z tym.</title><content type='html'>Od kilku miesięcy zastanawiam się, czy to jeszcze w ogóle ma sens? Czy dla kogokolwiek czytanie długaśnych, przemyślanych recenzji stanowi przyjemność estetyczno-poznawczą? Czy nie łatwiej po prostu dorwać tę płytę wiadomo-gdzie i samemu wyrobić sobie zdanie na jej temat? Mam wrażenie, że w recenzje zagłębiają się już tylko inni je piszący, podpatrują warsztat, krytykują, oceniają... Kto z was przy wizycie na pitchforku czyta teksty od deski do deski? Czy nie wystarczy sama ocena + jej weryfikacja przez śladowy kontakt z muzyką? Moim zdaniem prawie zupełnie wystarczy. Niestety. Z tego wszystkiego przygotowałem nawet system, którym będę się posługiwał przy 'ocenie' 'płyt'. Skoro już wszyscy dawno się zgodziliśmy, że sztuka w tym właśnie wydaniu nosi znamiona konkursu na najlepszego wieprza i można ją do pewnego stopnia zmierzyć, zważyć i podliczyć punktację, to jedziemy do oporu – każda płyta będzie oceniania według ścisłych kryteriów. Szczegóły poniżej, pierwsze recenzje już za rogiem, jest kilka zaległości.&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TAKwvQolVNI/AAAAAAAAAMQ/XCbdKWGAU8k/s1600/oceny.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 286px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TAKwvQolVNI/AAAAAAAAAMQ/XCbdKWGAU8k/s400/oceny.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5477134422801470674" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6033607082810413024-4765121674664394889?l=zamoichczasow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/feeds/4765121674664394889/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6033607082810413024&amp;postID=4765121674664394889' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/4765121674664394889'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/4765121674664394889'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/2010/05/koniec-z-tym.html' title='Koniec z tym.'/><author><name>Wojtek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04694854930864129944</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/TAKwvQolVNI/AAAAAAAAAMQ/XCbdKWGAU8k/s72-c/oceny.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6033607082810413024.post-3177005641336007158</id><published>2010-01-06T12:01:00.000-08:00</published><updated>2010-01-06T12:29:55.742-08:00</updated><title type='text'>2009 - Podsumowanie?</title><content type='html'>Podsumowania, listy, statystyki... Z końcem roku oczywiście przyszedł czas na kolejne zawody. Który album najlepszy? Która piosenka? Dlaczego? Rok w rok fani muzyki (a już zwłaszcza fani muzyki niezależnej) udowadniają, że swą kompulsją co najmniej dorównują fanom sportu przerzucającym się statystykami zbiórek, asyst czy bramek zdobytych na wyjeździe. Sam też ulegam pokusie i bawię się czasem w katalogowanie, tworzenie list, etc... Jednocześnie mam świadomość jak bezwartościowe są to czynności. Ten atawistyczny mechanizm to moim zdaniem kiepska próba zapanowania nad nieskończenie chaotyczną rzeczywistością. Ułożenie wszystkiego w równe rzędy, wyliczenie, podliczenie, wszystko się zgadza, kolejny rok został zbilansowany, można przejść do następnego. Równie ludzkie i zrozumiałe co absurdalne. Do tego fałszywe. No bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że pierwsza dziesiątka podsumowań Pitchforka, Drowned in Sound, Stereogum, etc. rok w rok ma się NIJAK do pierwszej dziesiątki last.fm? Nie wierzę, że ludzie piejący nad tegorocznymi pupilkami wszystkich podsumowań: Animal Collective, Dirty Projectors, Grizzly Bear, Girls, The xx faktycznie słuchali tych płyt najczęściej w minionym roku. Top 5 last.fm za 2009 rok to Franz Ferdinand, The Prodigy, Lilly Allen, The Killers i Lady GaGa. Dwa najpopularniejsze single należały do tej ostatniej i Black Eyed Peas. Popularne gusta zjadają całe Top 50 Twoje i Twojego Ulubionego Blogera na śniadanie. Wyhajpowana w kosmos 'popularność' większości z tych artystów nie przekłada się (i nigdy nie będzie się przekładać) na wyniki sprzedaży czy nawet liczbę odsłuchań na last.fm. &lt;br /&gt;Społeczność skupiona wokół blogosfery traktującej o tzw. 'rocku niezależnym', choć wydaje się dość rozbudowana, relatywnie jest mikroskopijna i w skali całego przemysłu nieznacząca. Osobnym ale niejako związanym z tym faktem zjawiskiem są listy tworzone przez czytelników. Najczęściej w 90% pokrywają się z gustami autorów. W końcu będąc częścią dość zwartej, ale małej kliki możesz liczyć jedynie na swoją i innych wobec niej lojalność. Nikt nie chce zostać na lodzie, daleko za panującymi trendami i kierunkami w muzyce. Tzw. 'indie rock' nosi znamiona sztuki awangardowej, przez co naturalnie marginalizowanej i nie popularnej. Każdy się podczepia, bo a nuż za zakrętem czeka 'następna wielka rzecz', o której będą chcieli przeczytać wszyscy, choć posłucha tylko garstka. Kolejnym bardzo ludzkim mechanizmem jest chęć przynależności do grupy, w tym przypadku grupy szczególnie blisko obserwowanej przez media zajmujące się muzyką w szerszym znaczeniu, rzucającej się w oczy, przyciągającej swego rodzaju elitarnością – z sercem na nowojorskim Brooklynie i mackami rozpostartymi na całym niemalże globie. Hipsterzy mają swoje uniformy (wayfarer, skinny jeans, leggins), totemy, rytualne miejsca spotkań (sxsw, off festival, primavera), kapłanów/starszyznę (porcys, screenagers, pitchfork). Indywidualizm, pozorny dystans do samych siebie, wyczucie ironii czy wręcz bezpardonowego sarkazmu są cechą wspólną wszystkich szanujących się hipsterów, nie są to zatem cechy unikalne – nie każdy może być wyjątkowy, ale każdy na swój sposób próbuje. W istocie wszystkie wspólne cechy, zainteresowania, sposoby działania składają się na grupę wyjątkowo zunifikowaną, jednostajnie toczoną przez hipokryzję. Każdy dzisiejszy fan Grizzly Bear wczoraj słuchał The Killers a przedwczoraj Varius Manx. Każdy fan Sunn O))) wczoraj słuchał Korna a przedwczoraj Lady Pank. Ale nikt się nie przyzna, wszyscy od zawsze słuchali Joy Division i Davida Bowie...&lt;br /&gt;Trochę zboczyłem z tematu a przydałaby się jakaś konkluzja. Ślepe podążanie za modą i szukanie popularności za wszelka cenę jest w stanie dopaść i najbardziej cynicznych z konsumentów kultury. Pozerów jest tyle samo co zawsze przy okazji zdobywającego popularność trendu, czyli większość. Dlatego wszystkie mądre głowy mogą sobie nagradzać pozbawionymi znaczenia tytułami kogo chcą – i tak na końcu wygra Lady GaGa.&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/S0TyqllUfhI/AAAAAAAAALE/dvUYbqGHP3w/s1600-h/podsumowanie.jpg"&gt;&lt;img style="cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 184px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/S0TyqllUfhI/AAAAAAAAALE/dvUYbqGHP3w/s400/podsumowanie.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5423726664717991442" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6033607082810413024-3177005641336007158?l=zamoichczasow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/feeds/3177005641336007158/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6033607082810413024&amp;postID=3177005641336007158' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/3177005641336007158'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/3177005641336007158'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/2010/01/2009-podsumowanie.html' title='2009 - Podsumowanie?'/><author><name>Wojtek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04694854930864129944</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/S0TyqllUfhI/AAAAAAAAALE/dvUYbqGHP3w/s72-c/podsumowanie.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6033607082810413024.post-9040099226965923757</id><published>2009-12-28T12:09:00.000-08:00</published><updated>2009-12-28T12:10:59.605-08:00</updated><title type='text'>Monotonix + Mitch &amp; Mitch w/ Igor Krutogolov + Bajzel @ Cogitatur, 18.12.2009</title><content type='html'>Tak się sympatycznie złożyło, że najlepszy koncert tego roku odbył się w samej jego końcówce. Tak jest, najlepszy koncert tego roku. Pod wieloma względami niedoskonały. Z pewnością nie tak poruszający jak koncert Radiohead czy nawet dziesiątki innych, które w tym roku mieliśmy okazję zobaczyć i usłyszeć. Ale po spotkaniu oko w oko z nieskrępowaną mocą występu Monotonix wszystkie inne doznania, chociażby najpiękniejsze, schodzą na drugi plan. Z kronikarskiego obowiązku należy najpierw wspomnieć o supportach. Najpierw na scenie pojawił się Bajzel, który w ciekawszy niż oczekiwany sposób nawiązał do estetyki, która najbardziej przywodziła na myśl... Nine Inch Nails. Pewnie słabe porównanie, ale to Telecasterowe brzmienie i charakterystyczne perkusyjne sample mogły tak się skojarzyć. Gdzieś czytałem, że w swoich piosenkach imć bajzel stara się o humorystyczne teksty. Szkoda tylko, że nagłośnienie skutecznie odebrało nam szansę przekonać się o tym na własne uszy. Bajzel uprzątnięto i na scenie pokazały się Mitche w towarzystwie zespołu Igora Krutogolova. Koncert tego zestawu z pewnością mógł przypaść do gustu fanom brzmień spod znaku wytwórni Ipecac, a może nawet i Tzadik. Tradycyjny Mitchowy groove był co rusz przełamywany zmetalizowanymi wstawkami, których nie powstydziłby się Fantomas. Rytmy połamane, melodie przemieszane, zestawienia absurdalne. Było bardzo dobrze, ale najlepsze miało dopiero nastąpić.&lt;br /&gt;Przechadzający się po klubie cały wieczór panowie z Monotonix pewnie chcieli przyzwyczaić się do panującego w klubie chłodu (na dworze mieliśmy najzimniejszą noc tego roku a Cogitatur z dobrego ogrzewania nie słynie), ale kurtek pozbyli się dopiero przed samym koncertem. Po najkrótszym soundchecku, jaki w życiu widziałem (5 minut) zniknęli na chwilę, żeby pozbyć się resztek ubrań, po czym przystąpili do dzieła zniszczenia. Przy okazji relacji z OFF Festiwalu wspomniałem już o cudownym brzmieniu gitary Yonatana Gata, ale muszę zrobić to ponownie, bo brzmienie to w sali robi jeszcze większe wrażenie niż na powietrzu. Zdezelowany Fender Mustang podpięty do pieca basowego (sic!) wydaje z siebie najpiękniejsze przesterowane brzmienie, jakie w życiu słyszałem. Kolejne riffy wypełniały skromną salę Cogi potężnym hałasem, który w całym tym szaleństwie mimo wszystko składał się na poszczególne piosenki. Ami Shalev jak sam się przyznał ma już 44 lata, ale energią i karkołomnymi wygłupami przyćmiewa 90% wszystkich frontmanów świata. Publiczność nie dopisała w oczekiwanym stopniu, bo stopni na dworze było za mało, ale to nie przeszkodziło mu rozkręcić taki młyn, jakiego ten śmieszny klub nie widział chyba nigdy. Po jakichś 4 numerach zmierzał właśnie w kierunku baru w celu wdrapania się na niego, ale został zatrzymany przez ochroniarza. Przerwał koncert i przez dobre 10 minut zastanawiał się głośno, czy go kontynuować. Przez moment wyglądało na to, że będzie można sobie za chwile zabrać coś fajnego z klubu na pamiątkę, bo zamieszki są nieuniknione. Kierownik klubu (a nie żaden mynadżer, jak pewnie chciałby być nazywanym) nerwowo obserwował sytuację i z każdą sekunda tracił kolor, zmierzając ku najbledszej bieli. Dwóch smutnych osiłków z napisem FOSA na piersi nie rozumiejąc z pewnością ani słowa z wywodu wokalisty już rozpracowywało schemat rozmieszczenia wyjść ewakuacyjnych. Na szczęście Monotonix już nie z takimi burakami dawali sobie radę. Dokończyli koncert a do wspinaczki zamiast baru wykorzystali ludzi. Odbyły się tradycyjne już dla ich koncertów unoszenie w powietrzu całego zestawu perkusyjnego razem z perkusistą, polewanie siebie i publiczności przechwyconymi w chwili nieuwagi drinkami, skoki, wrzaski, pokazywanie dupy, wszystko to, czego możecie spodziewać się tylko po nich. W połowie rozimprowizowanego As Noise pojawiły się nawet strzępki coverów: The Beatles, Led Zeppelin, Beastie Boys, parodia Gogol Bordello i wreszcie tradycyjna izraelska melodia Li Shati Eynayim. Po koncercie jeszcze długo nie cichły brawa a zespół udowodnił, że słusznie należy mu się łatka najlepszego w kategorii koncertowej. Było zimno, ciemno, ludzie nie dopisali a szefostwo klubu było zupełnie nieprzygotowane na to, co miało się wydarzyć. Mimo to Monotonix stanęli na wysokości zadania i po wszystkim nikt nie mógł czuć niedosytu. Pomimo mojego absolutnego uwielbienia dla tego składu rozumiem, że można się krzywić na nieco staroświeckie riffy i toporne, garażowe brzmienie. Można nie doceniać fałszującego wokalu i prostackich tekstów. Ale obok takiego koncertu nie można przejść obojętnie, nie można nie zakochać się w tych spoconych, zarośniętych, półnagich facetach walących bez opamiętania w swoje instrumenty (tak, wiem co napisałem). Ich muzyka jest brudna, hałaśliwa, infantylna, agresywna i przeładowana testosteronem. Ale czy właśnie nie taka jest definicja rock'n'rolla?&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6033607082810413024-9040099226965923757?l=zamoichczasow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/feeds/9040099226965923757/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6033607082810413024&amp;postID=9040099226965923757' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/9040099226965923757'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/9040099226965923757'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/2009/12/monotonix-mitch-mitch-w-igor-krutogolov.html' title='Monotonix + Mitch &amp; Mitch w/ Igor Krutogolov + Bajzel @ Cogitatur, 18.12.2009'/><author><name>Wojtek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04694854930864129944</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6033607082810413024.post-4956297801784123054</id><published>2009-12-28T12:08:00.000-08:00</published><updated>2009-12-28T12:09:15.204-08:00</updated><title type='text'>Gogol Bordello @ Rotunda, 09.12.2009</title><content type='html'>O występach tego składu słyszałem już różne rzeczy o znajomych, którzy mieli okazję ich widzieć, sam już też niemalże doznałem, bo posiadałem bilet na ich wrocławski koncert AD 2007. Niestety, konkurujące wydarzenia nie pozwoliły mi zobaczyć ich wtedy, na szczęście tym razem się udało. Słynna klimatyzowana sala krakowskiej Rotundy wypełniła się po brzegi, przez co robiła wrażenie mniejszej, niż jest w rzeczywistości. Rozgrzana do czerwoności publiczność niecierpliwie oczekiwała na początek koncertu a gdy wreszcie na scenie pojawił się Eugene Hutz – po prostu eksplodowała. Przez następną godzinę z okładem cała sala falowała w górę i w dół, w lewo i prawo, w rytm kolejnych piosenek. Swojsko brzmiąca mieszanka muzyki najbliższego Wschodu (Ukrainy, Bałkanów), tego nieco dalszego (Izrael) oraz wpływów pobocznych (Flamenco, Punk) zgodnie z przypuszczeniami przepięknie sprawdza się na żywo. Setlistę tego wieczoru wypełniły same hity – Start Wearing Purple, Not a Crime, Mala Vida, Wanderlust King, Alcohol – wszystkie wspólnie z publicznością odśpiewane i odtańczone. Wszystkie historie, które słyszałem na temat ich koncertów okazały się prawdziwe – mało powiedzieć, że zespół gra solidnie. Każda nuta trafia w punkt, sekcja powala dokładnością i siłą, kontakt z publicznością lepiej niż wzorowy. Kolejne numery wypływają jeden z drugiego, cały koncert sprawia wrażenie dopracowanego w każdym szczególe, ale nie wykoncypowanego – to po prostu efekt setek godzin spędzonych na scenie. Doświadczenie czyni mistrza a Gogol Bordello grają mistrzowskie koncerty. Czy kogoś jeszcze trzeba do tego przekonywać?&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6033607082810413024-4956297801784123054?l=zamoichczasow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/feeds/4956297801784123054/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6033607082810413024&amp;postID=4956297801784123054' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/4956297801784123054'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/4956297801784123054'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/2009/12/gogol-bordello-rotunda-09122009.html' title='Gogol Bordello @ Rotunda, 09.12.2009'/><author><name>Wojtek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04694854930864129944</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6033607082810413024.post-8576732234936805005</id><published>2009-12-28T12:07:00.000-08:00</published><updated>2009-12-28T12:08:09.782-08:00</updated><title type='text'>Josephine Foster + Andrew Bird @ Teatr Rozrywki, 19.11.2009</title><content type='html'>Tutaj na szczęście atmosfera była zupełnie inna. Wyłożone czerwonym aksamitem wnętrza Teatru Rozrywki już samą swoją proweniencją zmuszały do powagi i skupienia. I bardzo dobrze.&lt;br /&gt;Józefina Foster jest postacią z zupełnie innej epoki. Przybyła do nas z Ameryki, której już dawno nie ma – prowincjonalnej w najlepszym tego słowa znaczeniu. Ubrana z zwiewną sukienkę, eteryczna i jakby nieobecna, czarowała subtelnym głosem i elegancją. Towarzyszący jej zespół był z zupełnie innej bajki, zwłaszcza szalejący gitarzysta, którego ogniste, niemalże noise'owe a z pewnością jazzujące partie kontrastowały ze spokojem i pięknem większości kompozycji. Efekt bardzo ciekawy, koncert z gatunku tych najlepszych.&lt;br /&gt;Andrzej Ptak to z kolei postać o kosmicznie wręcz rozbudowanej elokwencji muzycznej i prawie cyrkowych zdolnościach instrumentalnych. Obstawiony baterią efektów jedynie za pomocą skrzypiec i gitary budował całe orkiestry przy okazji każdej kolejnej piosenki. Andrzej posiadł tę cudowną umiejętność tworzenia muzyki, której przeciętny śmiertelnik nie ogarnie nigdy. Ja nie ogarniam. Słyszę dźwięki i słowa, ale nie rozumiem jak to się wszystko składa i łączy. Lubię czuć się nieco zagubiony w tym, co słyszę. Dlatego lubię Joannę Newsom a od tamtego listopadowego wieczoru lubię również i Andrzeja. Chłopak śpiewa cudownie pokrętne teksty, gwiżdże, obsługuje instrumenty i parafernalia z piekielną precyzją i do tego dysponuje godną pozazdroszczenia charyzmatyczną konferansjerką. Cały ten postmodernistyczny show zrobił na mnie ogromne wrażenie i aż szkoda wspominać o pustawych trybunach, bo to wstyd i hańba, żeby tak dobry koncert się nie wyprzedał. Na szczęście to był jego jedyny minus.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6033607082810413024-8576732234936805005?l=zamoichczasow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/feeds/8576732234936805005/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6033607082810413024&amp;postID=8576732234936805005' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/8576732234936805005'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/8576732234936805005'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/2009/12/josephine-foster-andrew-bird-teatr.html' title='Josephine Foster + Andrew Bird @ Teatr Rozrywki, 19.11.2009'/><author><name>Wojtek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04694854930864129944</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6033607082810413024.post-3801683396366914861</id><published>2009-12-28T12:06:00.000-08:00</published><updated>2009-12-28T12:07:10.449-08:00</updated><title type='text'>My Name is Nobody + Matt Elliott + Iowa Super Soccer @ Hipnoza, 07.11.2009</title><content type='html'>Ze wszystkich dobrodziejstw tegorocznej edycji Ars Cameralis udało mi się wyłowić jedynie dwa koncerty. Gospodarzem pierwszego z nich był klub Hipnoza. Otwierający wieczór występ Iowa Super Soccer pozytywnie mnie zaskoczył. Ostatni raz widziałem ich w czerwcu tego roku i jak zwykle prawie zasnąłem, bo zazwyczaj granie spod znaku Kozelek/Low tak właśnie na mnie działa. Po drodze zespół zaliczył wycieczkę do Hiszpanii pewnie ostro ich napromieniowało kastylijskim słońcem, bo składający się prawie zupełnie z nowych piosenek koncert w niczym nie przypominał wszystkich poprzednich, które miałem okazję widzieć. Nowe utwory są pełne energii i zamiast przygnębiać – rozweselają. Na scenie uśmiechy. To już nie jest ten sam zespół. I bardzo dobrze.&lt;br /&gt;Zgodnie z nazwą zespół My Name Is Nobody był dla mnie zupełnie anonimowy. A szkoda, bo okazał się zupełnie przyzwoitym kawałkiem muzyki. Podobnie jak podczas niegdysiejszego koncertu zespołu Loyola, również podczas Ars Cameralis, okazało się, że niemożliwe stało się możliwe – Francuzi grają skrajnie amerykańską muzykę nie gorzej niż najprawdziwsi Amerykanie. Skromnie zaaranżowane alternatywne country, którego słuchałem z niekłamaną przyjemnością. Banjo, gitara, klawisze, perkusja. Do tego to, co recenzent lubi najbardziej, czyli harmonie na wokalach. I tak podróżują sobie te francuskie gamonie po USA i nikt się nie oburza, że grają muzykę z dziada pradziada farmerską. Świat się kończy.&lt;br /&gt;Tzw. gwoździem programu był solowy występ Matta Elliotta. Postawny ów jegomość zaprezentował za pomocą gitary i tony efektów loopująco-pogłosowych intrygującą mieszankę brzmień elektro-akustycznych. Ballady porozciągane do rozmiarów dziesięciominutowych falowały i przelewały się przez dobrą godzinę. Wszystkie powstały pod wpływem fascynacji muzyką 'radziecką', która dla przeciętnego angola może faktycznie stanowić egzotykę na tyle sporą, żeby pokusić się o płytę i trasę, ale w kraju deptanym sowieckim buciorem przez setki lat bez mała te brzmienia ciągle jeszcze nie do końca wybrzmiały. Ok, może jestem stary, ale nazwiska Wysocki, Okudżawa czy nawet Awdiejew nie są mi obce, choć z pewnością dla większości dzieciaków to już prehistoria. Tak czy siak w ciekawej aranżacji wszystkie sztucznie budowane chóry i bałałajkowe plumkania mogły się podobać.&lt;br /&gt;Przy okazji tego koncertu warto wspomnieć o Hipnozie, jako kolejnym katowickim lokalu nie nadającym się na koncerty. Już nawet nie mówię o tym, że coś walnęło w nagłośnieniu (obstawiam kabel) pod koniec, w związku z czym cały występ Matta Elliota zabrzmiał jak przez telefon i do tego w mono, a ekipa techniczna po kilku niemrawych próbach naprawienia sytuacji potem już tylko się przyglądała się wszystkiemu z uśmiechem pt: 'a w dupie to mam'. Przykre. Ale jeszcze gorsza była publiczność, która w 80% procentach składała się z baranów zupełnie niezainteresowanych muzyką. Nigdy nie pojmę jak można wydać naprawdę sporo pieniędzy na bilet tylko po to, żeby później cały koncert przegadać ze znajomymi skutecznie psując odbiór muzyki wszystkim dookoła. Jeżeli koncert dodatkowo się wyprzedaje i wszyscy Ci debile zajmują tylko niepotrzebnie miejsce prawdziwym słuchaczom to już jest jakieś totalnie nieporozumienie. Nie chcę wyjść na jakiegoś scenowego frustrata i nazistę, ale za nieustanne gadanie podczas takich koncertów urywałbym język. Dlatego również Hipnozie mówimy stanowcze nie: tłuste jedzenie i piwo nie licują ze sztuką. Kropka.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6033607082810413024-3801683396366914861?l=zamoichczasow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/feeds/3801683396366914861/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6033607082810413024&amp;postID=3801683396366914861' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/3801683396366914861'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/3801683396366914861'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/2009/12/my-name-is-nobody-matt-elliott-iowa.html' title='My Name is Nobody + Matt Elliott + Iowa Super Soccer @ Hipnoza, 07.11.2009'/><author><name>Wojtek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04694854930864129944</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6033607082810413024.post-3884869009307676353</id><published>2009-12-28T11:58:00.000-08:00</published><updated>2009-12-28T12:06:07.426-08:00</updated><title type='text'>The Forest And The Trees + Indigo Tree @ Rondo Sztuki, 06.11.2009</title><content type='html'>Szwedzka młodzież zaprezentowała uroczy, kameralny pop nie grzeszący oryginalnością, ale bardzo przyjemny. Harmonizowane wokale, gitara plus klawisze. Fajnie. Wspomagający ich duet post-Pustkowy zagrał kilka minimalistycznie zaaranżowanych piosenek w dość oczywisty sposób nawiązujących do estetyki lo-fi. Obydwa koncerty bardzo zgrabne i do rzeczy, warto zainteresować się nagraniami i jednych i drugich. Jeżeli chodzi o okoliczności przyrody, to nie było już tak różowo. Frekwencja praktycznie zerowa, pomimo przystępnej ceny biletów (słownie: zero złotych). Pomimo kilku wcześniejszych udanych prób po zmianie właściciela obiektu Rondo Sztuki ostatecznie okazało się miejscem absolutnie nie nadającym się do robienia koncertów. Starania lokalnego impresariatu imponują determinacją, ale wszystko to próżny trud – co raz bardziej przaśna atmosfera Oka Miasta (te sosnowe mebelki, to paskudne żarcie, to nieznośne oświetlenie obiektu, to beznadziejne umiejscowienie sceny) nie pozwala cieszyć się muzyką nawet w dostatecznym stopniu. Takim koncertom mówimy zdecydowanie tak, ale już nigdy tam.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6033607082810413024-3884869009307676353?l=zamoichczasow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/feeds/3884869009307676353/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6033607082810413024&amp;postID=3884869009307676353' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/3884869009307676353'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/3884869009307676353'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/2009/12/forest-and-trees-indigo-tree-rondo.html' title='The Forest And The Trees + Indigo Tree @ Rondo Sztuki, 06.11.2009'/><author><name>Wojtek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04694854930864129944</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6033607082810413024.post-3455005375322848254</id><published>2009-11-04T17:22:00.000-08:00</published><updated>2009-11-04T17:28:12.970-08:00</updated><title type='text'>Pogodno (1:4) Biff</title><content type='html'>&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Pierwsza połowa:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pogodno + L.Stadt + Sorry Boys @ Cogitatur, Katowice&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/SvIpnFCGH-I/AAAAAAAAAIw/Z37HejLU8Fw/s1600-h/Zdj%C4%99cie002.jpg"&gt;&lt;img style="cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 127px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/SvIpnFCGH-I/AAAAAAAAAIw/Z37HejLU8Fw/s400/Zdj%C4%99cie002.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5400424654513250274" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Piątkowy wieczór, piekielnie zadymiona i niedoświetlona sala koncertowa w Cogi. Po standardowej obsuwie na scenie pojawia się warszawski skład Sorry Boys. Ok, Iza Komaszyńska ma świetny głos i świetnie się prezentuje. Szkoda, że piosenki zespołu nie dorastają do niej poziomem. Są zupełnie przeciętne, nawet jak na polską scenę. A może po prostu taki poetycki rock nie pasował mi do zestawu ze względu na gwiazdę? No właśnie...&lt;br /&gt;Po nich zagrał L.Stadt i zagrał bardzo dobrze. Dzięki sprytnemu patentowi z dwiema perkusjami udaje im się odratować brzmienie numerów, które na płycie są dopieszczone na śmierć przez masę efektów. Nowe numery nie odbiegają jakością od starych (czyli są bardzo dobre) i nawet singlowy ''Death of a Surfer Girl'' zabrzmiał zupełnie fajnie, choć jego wersja studyjna -  mówiąc delikatnie - nie powala. Na udawanego bisa poleciał najlepiej przyjęty ''Londyn'', który jest koronnym, smutnym przykładem na to, że dzieciaki wcale nie chcą słuchać fajnej muzyki, bo nie można ściągnąć do niej napisów...&lt;br /&gt;Zapowiadane 15 minut przerwy technicznej przedłużyło się do 45 minut, w związku z tym i tak skromna publiczność jeszcze się zmniejszyła. Ale Ci, którzy czekali (i tankowali) od kilku godzin niestety zostali. &lt;br /&gt;Zanim relacja będzie trochę historii. Każdy, kto widział ich na żywo przez ostatnie, powiedzmy, 8 lat wie, że Pogodno to najlepsza w Polsce grupa koncertowa. Jakieś dwa lata temu zaczęli rozłazić się po różnych pobocznych składach, ale bez większego wpływu na rdzennie Pogodne (Pogodnowe?) działania. Poźniej przyszła pora na rok przerwy we wspólnym koncertowaniu, więc Macuk z Budyniem zajęli się solową karierą Nosowskiej, Budyń dodatkową zaopiekował się swoją. Kozłowski został nowym Mitchem a Pfeiff coś tam nieśmiało zaczął dłubać przy Biff razem z Brachaczkiem (wiem, że to dziewczyna, ale lepiej mi brzmi) i Fochmannem. W maju Maciek Macuk przyznał w jednym z wywiadów, że po wakacjach wezmą się za nagranie płyty i wreszcie zacznie się dziać coś więcej niż nagrywanie coverów na składanki. Jak się okazuje – nic z tych rzeczy. Kozłowski i Pfeiff na dobre zaistnieli w Biff, do tego ten pierwszy ciągle Mitchuje. Macuk ciągle siedzi w Warszawie. A Budyń? Pół biedy, że gra ze Sprawcami Rzepaku, bo są to rzeczy świetne. Ni z tego ni z owego uruchomił Pogodno w zupełnie nowym składzie. Z powyższego zestawu został sam Budyń. Zapewne wszystko to rozgrywa się na stopie koleżeńskiej, bo nie chce mi się wierzyć, że po 10 latach wspólnego grania każdy tak po prostu poszedł w swoją stronę, a do tego pozwolił swojej macierzystej formacji podryfować w tak niepokojącym kierunku. Chwilowo fakt pozostaje faktem. A zatem do rzeczy: Na starcie coś tam wspomniał Budyń, że ''pewnie zauważyliście, że coś się na scenie nie zgadza'', ale to było na tyle wyjaśnień. Potem dodał, że nie będzie dziś ''Pani w obuwniczym'', ''Elvisa'', ''Górniczo-hutniczej...''. Zamiast tego poleciały numery grane rzadziej (''Wieża'', ''To nie nasza sprawa'', ''Studio ziew'') i kilka standardów, ale w zupełnie zmienionych aranżacjach (''Podgląduję Cię'', ''Narkotyki'', ''3 Chłopców''). Całość była utrzymana w atmosferze intensywnego jammowania, bardziej niż odgrywaniem tych samych numerów milion pierwszy raz zespół był zainteresowany odkrywaniem ich drugiego i trzeciego dnia. Budyń postanowił poeksperymentować zarówno na żelaznym repertuarze jak i żelaznej publiczności Pogodno. Zamiast rock'n'rolla z przytupem była psychodelia i noise'owo-jazzowe odjazdy. No dobra, jakieś 25% tego koncertu to ciągle było stare Pogodno. Budyń to ciągle najlepszy frontman w Polsce i gładko radził sobie z pijaną i rozwrzeszczaną publicznością, strzelił kilka niezłych żartów, ale przede wszystkim widać było, że w cały występ wkłada masę energii. Trudno zatem posądzać kogokolwiek o skok na kasę, jednakowoż przyszłość tej formacji jest niejasna. Pewnym jest, że takimi koncertami Pogodno popełnia komercyjne samobójstwo, co może im i nam, słuchaczom wyjść na dobre. Pierwsza gwiazda juwenaliowych koncertów schodzi do podziemia i amputuje sobie całą rzeszę fanów, którzy pewnie już zawsze domagaliby się starych numerów, ale za to zapełnialiby każdy koncert. Pamiętam jak w 2007 byłem na koncercie Pogodno w katowickim miasteczku akademickim. Całkiem spory ''Straszny Dwór'' wypełnił się po sufit, ochrona ze względów bezpieczeństwa zamknęła lokal zostawiając pod drzwiami jeszcze setkę chętnych. Wygląda na to, że te czasy bezpowrotnie minęły, i trochę szkoda, bo tamto Pogodno to był prawdziwy, niebywale solidny rock'n'roll z jajami i oglądanie tych jaj na żywo było prawdziwą przyjemnością. Teraz niby też jest, ale zupełnie inną i dla zupełnie innej publiczności, że tak pozwolę sobie zawyrokować. Bardzo jestem ciekaw, co będzie dalej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Druga połowa:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Biff @ Zaścianek, Kraków&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/SvIpN3jmG9I/AAAAAAAAAIo/6ShBmXA6ltg/s1600-h/Zdj%C4%99cie032.jpg"&gt;&lt;img style="cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 131px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/SvIpN3jmG9I/AAAAAAAAAIo/6ShBmXA6ltg/s400/Zdj%C4%99cie032.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5400424221398932434" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zupełnym przeciwieństwem koncertu piątkowego był koncert wtorkowy. Okoliczności diametralnie różne - oddalony od centrum malutki klub wypełnił się po brzegi mimo środka tygodnia i fatalnej pogody. Publiczność bardziej licealna niż studencka, zamiast podstarzałych, pijanych facetów było pełno co najwyżej podchmielonych nastolatek. Półgodzinna, nieuchronna obsuwa i już grają. Co tu dużo mówić, Biffy zagrali świetnie i aż szkoda, że dorobili się dopiero jednej płyty, bo granie dwa razy tych samych numerów na bis to trochę obciach, ale bez tego musieliby skończyć po 45 minutach. Nic z tego, publiczność dała im odejść po półtorej godziny. Wszystko w Biff działa jak należy i trudno wskazać, co jest najważniejszą siłą napędową. Fajne, popowo-bigbeatowe melodie? Świetny wokal Ani Brachaczek? Najlepsza sekcja w Polsce? Wszystko chodzi jak w zegarku. Uroczo nieporadna konferansjerka nie może się równać z tą Budyniową, ale Brachaczek braki w charyzmie nadrabia urokiem osobistym i kosmiczną garderobą (panterkowe body rządzi!). Kozłowski z Pfeifem udowadniali w każdym uderzeniu każdego taktu, że w tej estetyce są najlepsi. W końcu dekada spędzona razem na scenie zrobiła swoje. Nawet nie chodzi o to, że to jest jakaś wirtuozeria (przykładowo nowy bębniarz Pogodno, Paweł Osicki, jest technicznie bieglejszy), ale oni grają z takim feelingiem i rockową siłą, że strach. I w zasadzie nie ma o czym więcej pisać -  tak dobrymi koncertami i płytą Biff bez wysiłku wskoczył na miejsce zwolnione przez Pogodno i przypuszczalnie jeszcze przez kilka dobrych lat będą wypełniali kluby, a może i listy przebojów swoimi bezpretensjonalnymi, nieznośnie chwytliwymi piosenkami. Póki co ich twórczość cieszy na wielu frontach, bo choć pozbawiona większych ambicji, jest doskonale rozrywkowa. Tylko tyle i aż tyle.&lt;br /&gt;Wygląda na to, że Pogodno przez pączkowanie rozmnożyło się do trzech pełnoprawnych tworów: Biff, Rzepaku i altPogodno. Nie mam pojęcia jak będzie przyszłość każdego z nich, zwłaszcza macierzystej formacji, ale wolę całą tę szajkę we wszystkich konfiguracjach niż wszystkie Comy i Happysady świata.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/SvIp3sKQzQI/AAAAAAAAAI4/qJVOuB7IMPw/s1600-h/Zdj%C4%99cie033.jpg"&gt;&lt;img style="cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 134px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/SvIp3sKQzQI/AAAAAAAAAI4/qJVOuB7IMPw/s400/Zdj%C4%99cie033.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5400424939894394114" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6033607082810413024-3455005375322848254?l=zamoichczasow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/feeds/3455005375322848254/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6033607082810413024&amp;postID=3455005375322848254' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/3455005375322848254'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/3455005375322848254'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/2009/11/pogodno-14-biff.html' title='Pogodno (1:4) Biff'/><author><name>Wojtek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04694854930864129944</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/SvIpnFCGH-I/AAAAAAAAAIw/Z37HejLU8Fw/s72-c/Zdj%C4%99cie002.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6033607082810413024.post-8442671993624790872</id><published>2009-10-26T11:04:00.000-07:00</published><updated>2009-10-26T11:12:05.791-07:00</updated><title type='text'>UNSOUND, dzień czwarty (ostatni) - Sunn O))) &amp; Eagle Twin</title><content type='html'>Pisałem już o tym, że organizatorzy UNSOUND wyjątkowo dobrze dobierają miejsca tegorocznych koncertów? Pisałem. I napiszę raz jeszcze, bo zaadaptowana na okoliczność główna sala nowohuckiego teatru Łaźnia Nowa to miejsce idealne na tak szatańskie dźwięki, jakich było nam dane posłuchać. Chociaż 'posłuchać' to nie najlepsze słowo. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przed wejściem jak zwykle pełno ludzi, którym do ostatniej chwili nie będzie się spieszyło z wchodzeniem. Porządny metal gardzi tymi, którzy lubią zająć dobre miejsce i cisną się do drzwi jak jakieś bydło. Dobrze jest postać, rzucić jakimś czerstwym żartem, zadać sobie głośno ignoranckie pytanie ''ciekawe kto tu w ogóle kojarzy co to za muza''. No tak. W tak zunifikowanym i jakże licznym przecież gronie jak polski fanklub obskurnego sludge'u nie ma miejsca na osoby przypadkowe. Zostawmy więc to elitarne grono i wejdźmy do środka. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/SuXlcyZVEgI/AAAAAAAAAII/gfuSfi70dHA/s1600-h/Zdj%C4%99cie027.jpg"&gt;&lt;img style="cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 93px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/SuXlcyZVEgI/AAAAAAAAAII/gfuSfi70dHA/s400/Zdj%C4%99cie027.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5396972011200516610" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Długa, wysoka sala wypełniona dymem. Kilka niebieskich punktowców nad sceną, a na niej ściana wzmacniaczy i perkusja. Na kilka minut przed dwudziestą na scenę wchodzi dwóch brodaczy z Eagle Twin i zaczynają. Sala powoli wypełnia się ludźmi a zespół serwuje solidny kawał stoner metalu, piece już rozgrzane, plexi-gitara rezonuje aż miło, bębniarz solidnie ją wspiera, waląc w talerze ciężkie jak dzwony kościelne, do tego porykiwania i – niespodzianka – zupełnie zrozumiałe wokale i – w związku z tym - teksty. Jest głośno i bardzo ciężko, ale to dopiero przedsmak. Eagle Twin zabrzmieli jak Earth z inklinacjami w stronę High on Fire (solówki!) i po czterdziestu bardzo intensywnych minutach zeszli ze sceny. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/SuXlpRsP4VI/AAAAAAAAAIQ/1lngxFwvwnE/s1600-h/Zdj%C4%99cie029.jpg"&gt;&lt;img style="cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 91px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/SuXlpRsP4VI/AAAAAAAAAIQ/1lngxFwvwnE/s400/Zdj%C4%99cie029.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5396972225759797586" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Szybka zmiana techniczna, strojenie, gasną światła. Na środku sceny maszyna do dymu pracuje pełną parą przez dobre dziesięć minut, akompaniują jej zaśpiewy gardłowe puszczone z płyty. Jedyne źródło światła to w tej chwili dziesiątki kontrolek żarzących się na kilkunastu głowach podpiętych do kolumn. Wreszcie zielone światło powoli rozprasza mgłę gęsto spowijającą zarówno scenę jak i całą salę i pojawiają się trzy zakapturzone postacie w czarnych, mnisich szatach. Chwytają za instrumenty, podnoszą ręce dzierżące kostki w majestatycznym geście. Przyciśnięte do gryfu struny brzęczą złowrogo, każde przesunięcie palca wydobywa z dziesiątek głośników trzask graniczący z wystrzałem. Tego, co działo się później nie można już traktować w kategoriach czysto muzycznych. Szarpnięte struny wywołują trzęsienie ziemi. Siła dźwięku dosłownie wstrząsa każdym włóknem każdej części ciała. Targana dreszczami skóra niemal odkleja się od mięśni. Oczy nie są w stanie złapać ostrości, ciężko jest złapać oddech. Prawdziwe, namacalne fale dźwiękowe uderzają w publiczność z zabójczą częstotliwością. Ponoć silnie wzmocnione dźwięki o odpowiednio niskiej częstotliwości mogą wywoływać u ludzi pierwotne uczucia takie jak strach, często ma się wrażenie obcowania z siłami nadprzyrodzonymi. Brzmi to może jak wstęp do odcinka Pogromców Mitów, ale koncert Sunn O))) udowodnił wszystkim tam zgromadzonym, że tak jest w istocie. Po dziesięciu minutach miarowego kopania publiczności po uszach i brzuchach na scenę wpełzł znany głównie z Mayhem Attila Csihar. Dzięki jego gościnnemu występowi udało się odtworzyć większość utworów z Monoliths &amp; Dimensions (Aghartha, Big Church, Hunting &amp; Gathering) oraz Orakulum z poprzedzającej tę płytę EPki. I tyle, tylko cztery utwory, ale to wystarczyło, aby wypełnić dziewięćdziesiąt minut. Choć rytualne gesty są stałym elementem występów Sunn O))) to teatralność ich krakowskiego koncertu przerosła moje oczekiwania. Niekwestionowanym mistrzem ceremonii był Attila, który zaprezentował zdumiewające umiejętności wokalne, ale i nie najgorsze aktorskie. Usłyszeliśmy wszystko, od płaczu dziecka, przez blackowe skrzeki i jęki po operowy śpiew, grobową narrację i niespotykanie profesjonalny śpiew gardłowy. Wyłaniał się z mgły, znikał w niej na dłuższą chwilę, gestykulował niczym jakiś pogański szaman. Gdy mniej więcej po godzinie zszedł ze sceny po to tylko, by po chwili powrócić na nią w kolejnym przebraniu, z wielu miażdżonych przez hałas gardeł z pewnością wyrwało się swojskie, ale najszczersze 'o ku...'. Na ciele krępujący ruchy wór pokutny przepleciony suchymi gałęziami, na głowie gniazdo, wokół przedramienia jego przedłużenie, a na jednej z gałęzi wypchany kruk. W innych okolicznościach wyglądałoby to groteskowo, ale wtedy wzbudzało trwogę. Facet przebrany za gadające, ryczące i wijące się drzewo, przed którym truchleje kilkuset dorosłych facetów? Tylko na koncertach Sunn O))). &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/SuXmBTlcEXI/AAAAAAAAAIY/vK1cwORG7zE/s1600-h/Zdj%C4%99cie030.jpg"&gt;&lt;img style="cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 93px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/SuXmBTlcEXI/AAAAAAAAAIY/vK1cwORG7zE/s400/Zdj%C4%99cie030.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5396972638584967538" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ich płyty można traktować w kategorii ciekawostki, z pewnością nie są one dla wszystkich i często są lekceważone jako nieskoordynowany zlepek szumów i hałasów. Ta 'muzyka' tak naprawdę znaczenia nabiera na koncertach i tam należy jej doświadczać w pierwszym rzędzie. Dosłownie. I choć nie jest to ani mądre, ani bezpieczne, to polecam absolutnie każdemu. Każdy wie, że muzykę da się grać głośno, większość UNSOUNDowych występów należała właśnie do tej kategorii, ale Sunn O))) to już nie jest hałas, który przytłumi Ci słuch na kilka dni. Ci kolesie są w stanie zrobić Ci krzywdę, ale ten dreszcz obcowania z czymś autentycznie niebezpiecznym sprawia, że nie chcesz o tym pamiętać. Niech dowodem na czystą, fizyczną, brutalną siłę tego występu będzie ta historia. Za chwilę zaczynają, stoję nieopodal sceny, zatyczki już w uszach, ale słyszę fragment rozmowy zza pleców: - ty bez zatyczek? - pyta kolega koleżankę. - zatyczki są dla tchórzy. - odpowiada ona z szelmowskim uśmiechem. Wytrzymała tak pół godziny, potem już tylko zwijała się w co raz mniejszy kłębuszek z dłońmi szczelnie przyciśniętymi do małżowin. W koło zaroiło się od podobnych twardzieli, którzy jeszcze godzinę temu drwili ze stoperów, które ponoć – i tu kolejny cytat – 'spłaszczają dźwięk i nie czuć muzyki, a tu przecież takie mięcho leci'. Koncert Sunn O))) każdego nauczy pokory. Nie wiem jak inni odbiorcy, ale ja te koncertowe wibracje odczuwałem jeszcze na długo po nim, mięśnie jakby dostroiły się do tych piekielnych częstotliwości. Prawdziwy masaż dźwiękiem, nie tam jakieś śmieszne tybetańskie misy. Na koniec przyznam, że miejscami naprawdę się bałem, ale z największą przyjemnością powtórzę kiedyś to całe misterium.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/SuXmTbqlywI/AAAAAAAAAIg/ECYUa8-heQI/s1600-h/Zdj%C4%99cie032.jpg"&gt;&lt;img style="cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 100px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/SuXmTbqlywI/AAAAAAAAAIg/ECYUa8-heQI/s400/Zdj%C4%99cie032.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5396972949991705346" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6033607082810413024-8442671993624790872?l=zamoichczasow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/feeds/8442671993624790872/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6033607082810413024&amp;postID=8442671993624790872' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/8442671993624790872'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/8442671993624790872'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/2009/10/unsound-dzien-czwarty-ostatni-sunn-o.html' title='UNSOUND, dzień czwarty (ostatni) - Sunn O))) &amp; Eagle Twin'/><author><name>Wojtek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04694854930864129944</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/SuXlcyZVEgI/AAAAAAAAAII/gfuSfi70dHA/s72-c/Zdj%C4%99cie027.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6033607082810413024.post-4804984110542513934</id><published>2009-10-25T10:46:00.000-07:00</published><updated>2009-10-25T10:50:27.542-07:00</updated><title type='text'>UNSOUND, dzień trzeci (szósty)</title><content type='html'>Dzień trzeci (szósty), a zatem cała część zasadnicza festiwalu UNSOUND przeszła do historii, pomarańczowe opaski straciły moc a recenzent prawie wszystkie siły. Za nami bodaj najbardziej ekscytujący dzień koncertowy, wszystkie ambienty już za nami, przyszła pora na bardziej namacalne formy. I tak jak idealnym miejscem na balansujący na granicy snu (u kilku widzów z pewnością dosłownie) koncert Stars of the Lid był kościół Św. Katarzyny, tak trudno wyobrazić sobie lepsze miejsce na wczorajsze dźwięki, niż Muzeum Inżynierii Miejskiej. Ale po kolei.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/SuSPdap6-uI/AAAAAAAAAH4/SZR6oxYEqGI/s1600-h/Zdj%C4%99cie009.jpg"&gt;&lt;img style="cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 110px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/SuSPdap6-uI/AAAAAAAAAH4/SZR6oxYEqGI/s400/Zdj%C4%99cie009.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5396595989030828770" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gdy wchodziłem do budynku muzeum zegar nad główną bramą wskazywał 2:38. Dlazego akurat ta godzina? Bo zegar ten pewnikiem jest zepsuty i zawsze wskazuje 2:38. Tak czy inaczej wraz z tłumem wtłoczyłem się do środka a tam klimat jaki lubię najbardziej – zapach smaru, ciepło maszyn, stalowe liny, w podłodze tory tramwajowe wbite pomiędzy bruk. Koncerty w takich miejscach zawsze są fajne, co wie każdy mieszkaniec czy bywalec imprez Górnego Śląska (gliwicka Fabryka Drutu, galeria Szyb Wilson, bytomski ZEC). Nie inaczej było wczoraj. Fajny koncert numer jeden w wykonaniu Soap &amp; Skin od razu wskoczył do pierwszej trójki najlepszych na festiwalu. W przypadku tak dobrej muzyki zwykłe paplanie i porównania wydają się miałkie i nie mogą w żadnym stopniu odwzorować tego, co było widać i słychać. No bo można napisać, że klasycznie szkolona austriacka wokalistka i pianistka pisze przepiękne piosenki z pogranicza repertuaru Nico i Einsturzende Neubauten. Można wspomnieć, że parateatralne wykonanie niektórych z nich przyprawia o palpitacje co bardziej wrażliwych. Można wreszcie dodać, że ta przecież dziewiętnastoletnia dziewczyna wieńczy swój szokująco dobry koncert wykonaniem a capella piosenki napisanej w Yiddish na cześć powstańców warszawskich, czym na domiar wszystkiego udowadnia swoje nadzwyczajne ambicje i dojrzałość. Te wszystkie fakty jakoś składają się na obraz tego występu, ale to musi być tylko jego nędzna namiastka. Niech się cieszą Ci, którzy tam byli, bo już niedługo nie będzie ich stać na bilet na Soap &amp; Skin. A sądząc po popularności fortepianowych pieśniarek w naszym kraju i niebywałym poziomie tego, co już teraz Anja Plaschg prezentuje, nie trzeba będzie długo na to czekać. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/SuSPLBY_m-I/AAAAAAAAAHw/36PfX7oQ-v0/s1600-h/Zdj%C4%99cie013.jpg"&gt;&lt;img style="cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 100px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/SuSPLBY_m-I/AAAAAAAAAHw/36PfX7oQ-v0/s400/Zdj%C4%99cie013.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5396595673011297250" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W części drugiej mieliśmy okazję zobaczyć i usłyszeć równie fajny choć o wiele mnie poważny koncert konglomeratu skupionego w wytwórni Bedroom Community. W skład The Whale Watching Tour wchodzą szef i założyciel BC - Valgeir Sigurðsson - oraz panowie Ben Frost, Nico Muhly oraz Sam Amidon. Każdy z nich wnosił coś innego, każdy miał szansę się zaprezentować w mniejszym lub większym, ale dostatecznym stopniu. Tzw. supergrupy przewijają się tu i tam, a najczęściej złożone są z ludzi, którzy pomimo pięciu dych na karku za wirtuozów uchodzić nie mogą. A ile razy zdarzyło Wam się posłuchać składu, w którym każdy ma dyplom i pod względem wykonawstwa zagina sam jeden cały Twój Ulubiony Zespół? Muhly skończył Julliard i współpracuje Philipem Glassem. Frost pisuje muzykę do przedstawień i współpracuje z połową muzycznej Islandii. Sigurðsson jako producent i inżynier dźwięku pojawia się przy okazji praktycznie każdej płyty, która na tej wyspie powstaje, przyjaźni się z Bjork i Willem Oldhamem. Amidon to multiinstrumentalista, który grę na skrzypcach studiował u nowojorskich legend free-jazzu a na co dzień zajmuje się graniem folkowych ballad na banjo. Mało? Wszyscy razem współpracowali ze sobą w ten czy inny sposób a teraz grają wspólne koncerty, które oprócz masy świetnej, różnorodnej muzyki dostarczają również iści kabaretowej uciechy. Mogliśmy usłyszeć gęste, szarpane utwory fortepianowe Muhly'ego, elektro-akustyczne pejzaże Sigurðssona, gitarowy, przesterowany ambient Frosta i wreszcie ciepły, głęboki głos Amidona. Wszystko to razem i osobno, na przemian i grupowo, pomimo teoretycznie nieprzystających do siebie elementów koncert nie sprawiał wrażenia posklejanego naprędce. No, może Amidon nieco odstawał ze swoim głęboko amerykańskim podejściem do folku, ale nie na tyle, żeby burzyć świetny obraz całości. Były momenty wzruszające, ale przede wszystkim była kupa śmiechu, bo muzycy żartowali i z siebie i z publiczności i z Bogu ducha winnej Soap &amp; Skin, której oberwało się za to, że grała za długo (''It was lovely and everything but... bitch ran long''). Po takim zestawie aż się nie chce słuchać niczego innego, bo szkoda psuć sobie ten przyjemny posmak, ale co było robić. W drogę do Mangghi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/SuSPoowQpvI/AAAAAAAAAIA/5JGl5wzr1_A/s1600-h/Zdj%C4%99cie017.jpg"&gt;&lt;img style="cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 118px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/SuSPoowQpvI/AAAAAAAAAIA/5JGl5wzr1_A/s400/Zdj%C4%99cie017.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5396596181794072306" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A w Mandze tym razem impreza wagi ciężkiej. Impreza pod tytułem Bass Mutations miała wskazywać nowe kierunki w rozwoju dub-stepu, tak się jednak nie stało. Zacznijmy od tego, że hype'owany tu i ówdzie Zomby nie doleciał na swój występ (co ponoć zdarza mu się dość często) i został zastąpiony przez Pole, którzy mieli pojawić się dopiero dnia następnego na wieńczącym festiwal after party. Wszystko jednak zaczęło się od setów Pavla Ambionta oraz 2562, którzy zaprezentowali dość przeciętny kawał dub-stepu, było do czego potańczyć, ale bez przesady. Następnie szczęścia próbował Untold, którego set mógł się podobać nie tylko ze względu na wartkie tempo i śladową ilość słabych momentów, ale również kilka ciekawych zagrań, które naciągały granice omawianego stylu. Basy wstrząsały salą aż miło, ale wszystko to już słyszeliśmy. Gwiazdą wieczoru został zestaw Kode9 &amp; SpaceApe. Ich występ z pewnością się podobał, okrzykom zachwytu nie było końca, ale w gruncie rzeczy nie ma się czym zachwycać. Pierwsze 40 minut to miarowe mielenie doprawione słabym rapem, które zapewne cieszyło palaczy, ale na trzeźwo wiało nudą. Potem set powoli się rozkręcał, pod koniec atmosfera była bliska wrzeniu, ale  Kode9 zawiódł moje pokładane w nim nadzieje. Jak na potencjalnego pioniera zagrał dość zachowawczo i nie zbliżył się do poprzeczki zawieszonej bardzo wysoko przez występ Króla Kanibala na tegorocznej nowej muzyce. Śladowe ilości melodii, powyginane basy, to wszystko cieszy, ale na krótką metę. Zeszłoroczny występ Skream &amp; Benga, który było niejako przetarciem szlaku dla nowego stylu na polskiej ziemi zasłużył na lepszą kontynuację, niż wczorajszy występ wszystkich dubstepowców razem wziętych. Następnie pojawili się Niemcy z Pole i skutecznie wymietli wszystkich z parkietu swoim IDMowym setem. Było schludnie, niemal elegancko, bardzo spójnie i psychodelicznie. Ale nie tego oczekiwała zgromadzona publiczność. Setu Ikoniki nie doczekałem, ale ponoć dała radę. Tak oto zakończyła się czysto rozrywkowa część UNSOUND, która przyniosła kilka ciekawostek (Moishe, Next Life) i choć trudno mówić o całkowitym rozczarowaniu, to festiwalowa konkurencja jakoś lepiej w tym roku poradziła sobie z doborem artystów. A dziś deser w postaci Sunn O))), a dla wybrańców Pauzowe after party. Relacja jutro.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6033607082810413024-4804984110542513934?l=zamoichczasow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/feeds/4804984110542513934/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6033607082810413024&amp;postID=4804984110542513934' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/4804984110542513934'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/4804984110542513934'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/2009/10/unsound-dzien-trzeci-szosty.html' title='UNSOUND, dzień trzeci (szósty)'/><author><name>Wojtek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04694854930864129944</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/SuSPdap6-uI/AAAAAAAAAH4/SZR6oxYEqGI/s72-c/Zdj%C4%99cie009.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6033607082810413024.post-9163006592713101908</id><published>2009-10-24T09:00:00.001-07:00</published><updated>2009-10-24T09:07:33.329-07:00</updated><title type='text'>UNSOUND, dzień drugi (piąty).</title><content type='html'>Dzień drugi (piąty) rozpoczął się od wizyty w kościele Św. Katarzyny, bo właśnie tam odbył się koncert wyczekiwanego Biosphere oraz Stars of the Lid. Miejsce piękne, choć niesprzyjające imprezom w okresie jesienno-zimowym (zimno!). Dodatkowo pod kilkoma względami przestrzeń ta przerosła organizatorów Unsound. Przede wszystkim przetrzymywany na zimnie tłum wlewał się do środka prawie godzinę a ustawienie krzeseł nie było zbyt dobrze przemyślane. Nie wiem jaką przyjemność z koncertu mógł mieć ktoś, kto siedząc pod ścianą nie miał szans zobaczyć wizualizacji podczas koncertu Stars of the Lid... Ale o tym za chwilę. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/SuMkzjitmGI/AAAAAAAAAHY/YoNWonvup1c/s1600-h/Zdj%C4%99cie001.jpg"&gt;&lt;img style="cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 92px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/SuMkzjitmGI/AAAAAAAAAHY/YoNWonvup1c/s400/Zdj%C4%99cie001.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5396197246652749922" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Scenę ustawiono naprzeciw ołtarza, tuż pod chórem i górującymi nad nim organami. Akustykę ratowały dodatkowe głośniki ustawione w głębszej części kościoła, choć pogłos wiekowych murów mógł mieć więcej uroku niż szum wspomnianych kolumn, zagłuszający cichsze partie(!). Rozumiem, że w tych bądź co bądź partyzanckich warunkach nie można było wykombinować niczego sprytniejszego, ale trochę szkoda, bo miejsce, pomimo wszystkich mankamentów, pasowało do prezentowanej muzyki jak rzadko które. Sam koncert rozpoczął się ok. 21:40. Przy zastawionym dziesiątkami płonących świec stole zjawił się Geir Jenssen i począł wyczarowywać kolejne transowe dźwięki ze swojego ukrytego pośród płomyków arsenału elektroniki. Zapowiadany jako legenda ambientu Jenssen swój status potwierdził głównie tym, że nad całym show unosiła się atmosfera wczesnych lat 90tych, czyli czasów, w których dopracował on swoje studyjne i sceniczne tricki. Kolejne loopy włączane były do płynących dość wartkim strumieniem dźwięków w dość niespodziewany (niedbały?) sposób, psując nieco efekt. Jak na kawałek muzyki, który raczej powinien bezwiednie wodzić nas poprzez kolejne nastroje, koncert Biosphere raczej stwarzał wrażenie szarpanego, improwizowanego bez większego pomyślunku. I choć fragmenty były naprawdę porywające, to hype związany z tym występem zupełnie niepotrzebnie zaostrzył apetyty wielu słuchaczy. Wniosek: niech legendy pozostaną właśnie nimi, bo oczekiwania wobec nich mogą tylko popsuć zabawę. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/SuMk-DmcAKI/AAAAAAAAAHg/jRtwq_adNcM/s1600-h/Zdj%C4%99cie003.jpg"&gt;&lt;img style="cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 101px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/SuMk-DmcAKI/AAAAAAAAAHg/jRtwq_adNcM/s400/Zdj%C4%99cie003.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5396197427057000610" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po przerwie technicznej na scenie pojawili się  Stars of the Lid w towarzystwie oktetu smyczkowego Sinfonietty Cracovia. Ich koncert z kolei przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Kolejne kompozycje niemal wprasowały mnie w zimne, kościelne krzesło. Ciężko jest powiedzieć cokolwiek konkretnego czy przyziemnego, brutalnie ometkować jakoś to, co tam usłyszeliśmy. Muzyczna masa wypływała z głośników, odbijała się od strzelistych ścian i opływała słuchaczy unosząc ich i opuszczając wedle uznania. Przesterowana gitara, leniwe akordy pianina i ulotny trzepot instrumentów smyczkowych wspólnie tworzyły ambientowy majstersztyk. Minimalistyczne kompozycje wprowadzały iście błogi nastrój, jakże kontrastujący z większością występu Biosphere. Duży wpływ na odbiór koncertu Stars... z pewnością miały wizualizacje, budowane przy pomocy trzech projektorów na całej powierzchni ściany za muzykami. I na nich. I nad nimi. Kilkunastometrowy, zakrzywiony ''ekran'' robił kolosalne wrażenie. Aż szkoda tych spośród słuchaczy, którzy godzinę koczowali pod bramą kościoła, polowali na miejsca w pierwszym rzędzie i z pewnością przypłacili to bólem kręgosłupa od ciągłego wpatrywania się w sufit. Tym razem spóźnialscy górą. A'propos publiczności, nieco zaniepokoiło mnie jej zachowanie. Przed koncertem padły słowa, że muzyka, którą usłyszymy, przynajmniej w sferze podejścia do kompozycji, to w prostej linii kontynuacja twórczości takich kompozytorów jak Beethoven czy Satie. Nowa kameralistyka jak się patrzy, bez dwóch zdań. Tym bardziej dziwiło to, że spora część widowni uznała za stosowne opuszczenie koncertu Stars... na dłuższą chwilę przed jego zakończeniem, zaburzając odbiór muzyki wszystkim pozostałym słuchaczom. Do tego oczywiście nagminne robienie zdjęć z fleszem (bo nie każdy jest zawodowcem, ale każdego stać na aparat z lampą). Nie chcę wyjść na jakiegoś purytanina, ale ten koncert ocierał się w moim prywatnym rankingu o perfekcję i szkoda, że nie każdy to docenił. Jeżeli to ta publiczność ma przejąć schedę po całej muzyce poważnej, a do tego zmierza najwidoczniej inicjatywa Wordless Music, to biada muzykom, którzy lubią się skupić na tym, co grają. I biada nam wszystkim.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/SuMlIJvLMwI/AAAAAAAAAHo/R5tGhAs8vkA/s1600-h/Zdj%C4%99cie007.jpg"&gt;&lt;img style="cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 105px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/SuMlIJvLMwI/AAAAAAAAAHo/R5tGhAs8vkA/s400/Zdj%C4%99cie007.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5396197600502952706" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po tych górnolotnych doznaniach przyszła pora na zabawę bardziej przyziemną. Manggha przez pozostałą część wieczoru (i sporą część nocy) wypełniła się brzmieniami z pogranicza tech-house'u, 2stepu i pewnie jeszcze kilku innych, nie wymagających definicji gatunków. W gruncie rzeczy zgromadzonym nie chodziło przecież o tego typu dywagacje, nie tym razem. Chodziło o dobrą zabawę i tej nie zabrakło. Parkiet wypełnił się szczelnie tuż po rozpoczęciu imprezy i tak już zostało do samego końca. Inna sprawa, że muzyka, do której tak świetnie bawiła się ludożerka, nie otarła się nawet o granicę gatunków, wśród których krążyła. Nie usłyszeliśmy niczego awangardowego, nawet szumnie zapowiadany jako pionierski set Monolake nie odbiegał raczej od klubowej normy, nawet efekt surround nie robił jakiegoś porażającego wrażenia. Nikt nie odkrył tu Ameryki i nie można mieć do nikogo z tej okazji pretensji, bo choć celem całego festiwalu wydaje się być w znacznej mierze przełamywanie barier i odkrywanie zjawisk zupełnie nowych, to tego wieczoru było raczej sztampowo, a miejscami wręcz staroświecko, czego dopełnieniem były wizualizacje w większości posklejane ze starych kronik filmowych. Ale mimo to, co warte podkreślenia, i tak zabawa była przednia. Coż, być może głód poznawania nowych kierunków w elektronice zaspokoi dzisiejsza post-dubstepowa extravaganza. Zobaczymy, posłuchamy, i zdamy relację już jutro.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6033607082810413024-9163006592713101908?l=zamoichczasow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/feeds/9163006592713101908/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6033607082810413024&amp;postID=9163006592713101908' title='Komentarze (7)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/9163006592713101908'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/9163006592713101908'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/2009/10/unsound-dzien-drugi-piaty.html' title='UNSOUND, dzień drugi (piąty).'/><author><name>Wojtek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04694854930864129944</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/SuMkzjitmGI/AAAAAAAAAHY/YoNWonvup1c/s72-c/Zdj%C4%99cie001.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>7</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6033607082810413024.post-6207200614565556451</id><published>2009-10-23T04:52:00.000-07:00</published><updated>2009-10-23T06:15:55.647-07:00</updated><title type='text'>UNSOUND, dzień pierwszy (czwarty).</title><content type='html'>Krakowski festiwal Unsound niepostrzeżenie urósł do rangi imprezy na światowym poziomie. Determinacja związanych ze środowiskiem klubu Pauza organizatorów i rosnący rozmach kolejnych edycji sprawiły, że impreza została nawet wciągnięta do zestawu festiwali spod znaku 6 Zmysłów - cyklu imprez współorganizowanych i dofinansowywanych z kasy miejskiej. Trudno się dziwić zatem, że tegoroczny Unsound to już 7 dni wypełnionych po brzegi koncertami i wszelkiej maści imprezami towarzyszącymi. Wystawy, panele dyskusyjne, warsztaty, projekcje filmowe. Od rana do późnej nocy jest co robić, a to wszystko za dość symboliczne sumy. Karnet festiwalowy na cały tydzień to 180zł a większość pozamuzycznych atrakcji jest za darmo. Rewelacja.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Swoją przygodę z festiwalem 09 rozpocząłem wczoraj od koncertu Soundscapes 2. Nie dałem zatem szansy takim wykonawcom jak Jacaszek (ale ten akurat mnie nudzi) Sza/Za, Mikrokolektyw, oraz - czego bardzo żałuję - Grouper i Solid State Transmitters. Do nadrobienia. Pierwszy (czwarty) dzień festiwalu w warstwie czysto muzycznej rozpoczął się krótko po 20ej w Filharmonii, gdzie James Blackshaw zaprezentował kilka ze swoich rozbudowanych kompozycji na gitarę dwunastostrunową. Nie powala co prawda techniką, ale transowe, nieco psychodeliczne i przepięknie rozwijające się utwory i tak robiły wrażenie. Podobnie jak sam James, który nic nie robił sobie z klimatu sali, w której występuje i odziany w porozciągany t-shirt co rusz ciągnąl z puszki Lecha i sypał dowcipami pomiędzy kolejny fragmentami koncertu. Do tego niemiłosiernie długo stroił gitarę, co pewnie podczas koncertu w pubie pozwala zamówić kolejne piwo, ale w filharmonii wyglądało trochę śmiesznie - wszyscy w niemniejszym od artysty skupieniu obserwowali każdy ruch klucza w stroiku... Następnie na szacownych deskach pojawili się muzycy Sinfonieta Cracovia oraz Johann Johannsson w towarzystwie dżentelmena, którego nazwisko w tej chwili mi umyka. Po krótce następujące półtorej godziny mógłbym streścić jako piękną, na wskroś islandzką muzykę filmową, okraszoną konstruowaną na bieżąco elektroniką. Szumy, trzaski i miarowe, basowe dudnienie tworzyły tło i niejako dyrygowały grą skrzypków i wiolonczelistów. Sam Johannsson obługiwał liczne instrumenty klawiszowe na czele z filharmonijnymi organami. Muzyka przelewała się po nastrojach oscylujących wokół jakże skandynawskiej melancholii - było i podniośle i smutno, a najczęściej po prostu pięknie. Publiczność, z początku nieśmiale, później już zupełnie swobodnie nagradzała kolejne utwory burzą braw a caly koncert spuentowała owacją na stojąco. Kolorowy, na pierwszy rzut oka raczej przyzwyczajony do beatów a nie skrzypków tłumek gwarnie i wśród uśmiechów wylał się na ulicę i pojedynczo lub w podgrupach przetransportował do muzeum Manggha.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/SuGrpjH-JSI/AAAAAAAAAHI/IV3kIsJ3Njo/s1600-h/Zdj%C4%99cie032.jpg"&gt;&lt;img style="cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 101px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/SuGrpjH-JSI/AAAAAAAAAHI/IV3kIsJ3Njo/s400/Zdj%C4%99cie032.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5395782558858224930" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A w Manghdzhdhe (sic!) tymczasem Eltron John kończył już swój house'owy set (zwieńczył go fragmentami Aerolitu Niemena, ciekawe, kto jeszcze to wyłowił?) i na małej scenie rozpoczęli instalację panowie z norweskiego Next Life. Po tradycyjnym, festiwalowym "kwadransie" po regulaminowym czasie (czyli po 45 minutach) rozpoczęli i od razu zrobiło się jakoś milej. Odziany w koszulkę Assuck młodzieniec jako żywo przypominający Bruce'a Lee, przywitał się po angielsku z ciężkim norweskim akcentem z publicznością po czym zespół rzucił się w wir walki. W starych, dobrych czasach, kiedy metkami szafowano na lewo i prawo (dziś to już passe, zwłaszcza na Unsound) określiłbym Next Life jako mieszankę stylu Power Violence spod znaku Charles'a Bronsona z 8bitowym Hardcorem. Króciutkie, niesłychanie intensywne numery wypełnione były gitarowym hałasem, elektroniką rodem z Super Nintendo oraz połamanymi rytmami perkusji obługiwanej przez drwala z kamiennym wyrazem twarzy. Nie wiem jak ten skład znalazł się w towarzystwie 4 house'owych wykonawców, ale przez te 13 minut nie miało to znaczenia. Tak jest, 13 minut, ale w tym czasie podano nam jakieś 12 numerów, i po pierwszym odruchu zdziwienia graniczącego z oburzeniem doszedłem do wniosku, że to jest idealna długość takiego koncertu. Charles Bronson też pewnie nie grali dłużej. Po sprawnej wymianie sprzętu na scenie pojawiło się trzech francuskich Chasydów-przebierańców, na ekranach zaś zawitała wielka, uśmiechnięta gwiazda Dawida. Przy klawiszach i komputerze zainstawlowali się panowie Moishe oraz Moishele. Następnie przy pierwszych dźwiękach Hava Nagila MC Moishe rozdał publiczności Matzah, a gdy wszyscy już byli nakarmieni rozpoczęła się część właściwa występu. Chasydzki acid house? Genialne! Ciężkie rytmy, znane wszystkim żydowskie melodie, MC śpiewający przetworzonym głosem ''Come to my Bar Mitzva!". 100 punktów za klimat, drugie tyle za muzykę. Publiczność tłumnie rzuciła się do zabawy, w powietrzu fruwały posrebrzane gwiazdy Dawida i kawałki Matzah. Widok polskiej młodzieży wiwatującej "Shabbat Shalom!" - bezcenny. Po godzinie chasydzkiego pląsania przyszła pora na klimaty równie swojskie, choć geograficznie bliższe. Kolektyw białorusińsko-szwajcarski, czyli Rational Diet oraz Kadebostan (który, na oko, korzenie ma jeszcze bardziej dalekowschodnie niż nasi wchodzni sąsiedzi). Podbnie jak w przypadku Moishe Moishe Moishele mieliścy okazję posłuchać, czy raczej podrygiwać w rytm podbitego folkiem house'u, który dzięki żywemu instrumentarium zabrzmiał jednak pełniej i okazalej. Saksofon, obój, skrzypce, kontrabas, do tego krążące pomiędzy muzykami butelki i atmosfera luźnej improwizacji. Można by z tego ulepić wzorcową muzykę weselną, przy której i młodzież bez obciachu się wybawi a i babcia na parkiet wskoczy. No, może radziej podejdzie. Ale pojawi się na nim z pewnością. Z obowiązku dodam, że po The National Fanfare of Kadebostany zaprezentowali się jeszcze The Mountain People i ponoć był to deep house, ale pewności nie mam, bo byłem już wtedy w domu. Wystarczy wrażeń jak na jeden dzień. To tyle relacji z wczoraj, jutro relacja z dzisiaj. You heard me.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/SuGrzWHN4iI/AAAAAAAAAHQ/eNzydmXBCvE/s1600-h/Zdj%C4%99cie033.jpg"&gt;&lt;img style="cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 99px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/SuGrzWHN4iI/AAAAAAAAAHQ/eNzydmXBCvE/s400/Zdj%C4%99cie033.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5395782727164092962" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6033607082810413024-6207200614565556451?l=zamoichczasow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/feeds/6207200614565556451/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6033607082810413024&amp;postID=6207200614565556451' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/6207200614565556451'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/6207200614565556451'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/2009/10/unsound-dzien-pierwszy-czwarty.html' title='UNSOUND, dzień pierwszy (czwarty).'/><author><name>Wojtek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04694854930864129944</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/SuGrpjH-JSI/AAAAAAAAAHI/IV3kIsJ3Njo/s72-c/Zdj%C4%99cie032.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6033607082810413024.post-2349676262916228224</id><published>2009-10-19T17:45:00.000-07:00</published><updated>2009-10-19T18:25:44.694-07:00</updated><title type='text'>Monotonix - Where Were You When It Happened? (8.5)</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/St0RjfE0dWI/AAAAAAAAAGw/kxgyEknYsYc/s1600-h/monoton452.jpg"&gt;&lt;img style="cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 320px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/St0RjfE0dWI/AAAAAAAAAGw/kxgyEknYsYc/s320/monoton452.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5394487229994530146" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sądząc po koncertach Monotonix można założyć, że ich działalność studyjna nie ma prawa być w podobnym stopniu interesującą. Błąd. Ich nagrania na szczęście bardzo wiernie odtwarzają tę zwierzęcą energię, z którą mierzą się niemal codziennie kolejni niczego nie podejrzewający widzowie. Już wydana w zeszłym roku EPka Body Language dawała temu wyraz, a ich debiutacka płyta tylko to potwierdza - Monotonix są zespołem kompletnym, a z płyty słucha się ich prawie równie dobrze jak na koncercie. Swoją drogą trudno mówić tu o pełnowymiarowej płycie, skoro jest ona zaledwie 30 sekund dłuższa od debiutanckiej EPki i również zamyka się w 30 minutach. A co możemy na niej usłyszeć? Cudownie dekadencki i pozbawiony zahamowań garage rock hołdujący tradycji takich zespołów jak The Sonics, MC5, no i Led Zeppelin. Wszystko to doprawione szczyptą bliskowschodniego folku (np: charakterystyczne zawodzenie w As Noise) i osadzone na brzmieniu, którego nie powstydziłby się Jack White, gdyby stroił swoje plastikowe gitary jeszcze kilka progów niżej. No i ta produkcja! Za sterami zasiadł Tim Green - znany z The Fucking Champs producent płyt The Melvins czy płyt Bena Chasny'ego (Comets on Fire, Six Organs of Admittance). Odpowiadał on również za brzmienie Body Language i tym razem jeszcze bardziej zradykalizował swoje metody. Gitara, o ile to możliwe, jest jeszcze głośniejsza, podobnie jak bębny. Levi również brzmi drapieżniej i choć jego wokale nie mogą zachwycać (od tego są jego popisy akrobatyczne na koncertach) to spełniają one swoje zadanie. Warto napisać słów kilka o napędzającej całość pracy gitary. Moshe Vegas (sic!) musi naprawdę sporo kombinować, żeby kolejne riffy w pełni wypełniały pozbawione linii basu utwory. Pewnie, niskie brzmienie robi swoje, ale niektóre riffy to prawdziwe klejnoty. Przesiąknięte bluesem, podane na punkowo-metalową modłę, naprzemian uderzające w najniższe i najwyższe dźwięki - czasem łatwo zapomnieć, że to tylko jedna gitara. Revival garage rocka trwa w najlepsze już dekadę a panowie z Monotonix są jej najlepszym zwieńczeniem - łączą to, co najlepsze w klasyce hard rocka i przepuszczają to przez postpunkowo-grunge'owe brzmienia, dodają godną pozazdroszczenia koncertową energię a efekt końcowy to strzał adrenaliny godny ulicznej bójki. Niech te kilka eksplozji jakimś cudem zamkniętych na plastikowym krążku osładza nam czas oczekiwania na kolejne koncerty, bo tych w wykonaniu Monotonix nigdy za wiele.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6033607082810413024-2349676262916228224?l=zamoichczasow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/feeds/2349676262916228224/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6033607082810413024&amp;postID=2349676262916228224' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/2349676262916228224'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/2349676262916228224'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/2009/10/monotonix-where-were-you-when-it.html' title='Monotonix - Where Were You When It Happened? (8.5)'/><author><name>Wojtek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04694854930864129944</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/St0RjfE0dWI/AAAAAAAAAGw/kxgyEknYsYc/s72-c/monoton452.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6033607082810413024.post-7542365021639560320</id><published>2009-10-19T16:26:00.000-07:00</published><updated>2009-11-08T06:49:41.720-08:00</updated><title type='text'>Regina Spektor - Far (6.9)</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/St0BHkQ9WoI/AAAAAAAAAGg/0GbcOayBsB0/s1600-h/regina-spektor-far-album-cover-myspace.jpg"&gt;&lt;img style="float:center; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 320px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/St0BHkQ9WoI/AAAAAAAAAGg/0GbcOayBsB0/s320/regina-spektor-far-album-cover-myspace.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5394469158165240450" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To będzie historia o tym, jak piractwo niszczy muzykę. A właściwie, to będzie o tym, jak piractwo psuje odbiór muzyki. Zanim Regina Spektor wydała swoją najnowszą płytę, do internetu wyciekło demo, które nagrała w 1999 roku, kiedy miała zaledwie 19 lat. I niby nic się nie stało, bo co ma jakaś stara, kiepsko nagrana kaseta(!) do nowej płyty artystki, która sprzedaż swoich najnowszych dokonań może już liczyć w milionach, prawda? Otóż w tym przypadku problem polega na tym, że już pobieżne zapoznanie się z obydwoma materiałami każe stwierdzić, że pomimo 10 lat dzielących obie pozycje i kosmicznej przepaści jeżeli chodzi o produkcję, to porównanie wypada z korzyścią dla nagrań sprzed dekady. I paradoksalnie o produkcję właśnie się rozchodzi. W wywiadach Regina podkreśla, że zawsze chciała nagrać taką płytę jak Far, że brak studyjnego szlifu na poprzednich albumach był tylko i wyłącznie kwestią braku pieniędzy na nagranie, a nie świadomą decyzją. A zatem skromne, ale urzekająco piękne aranżacje pierwszych trzech albumów Reginy odeszły bezpowrotnie. Tymczasem Regina z płyty na płytę obudowuje swoje piosenki (również te najstarsze, ale o tym później) co raz grubszą warstwą nierzadko plastikowej oprawy studyjnej. Do współpracy przy Far zaprosiła aż pięciu producentów, co musiało zakończyć się dość niespójnym brzmieniem. Z jednej strony mamy nagrania ujmująco ciepłe, z powściągliwie nagranym instrumentarium, przywodzące na myśl nagrania Marka Ronsona (Laughing With, One More Time with Feeling). Z drugiej zaś możemy usłyszeć napuszone brzmienia rodem z roku 1986 autorstwa weterana Jeffa Lynne, który niemalże zupełnie zepsuł świetne pod względem kompozycyjnym piosenki Blue Lips oraz Folding Chair. Na żywo obydwa utwory na szczęście jakoś się bronią (zwłaszcza Blue Lips w wersji bez perkusji), ale na płycie ciężko jest znieść te niedorzeczne werble i prostackie gitarowe przygrywki. Miło również słucha się utworów nagranych przy udziale hip-hopowego producenta Mike'a Elizondo. Jego singlowy Eet to jedna z najlepszych piosenek, jakie Regina kiedykolwiek nagrała a zaskakująca aranżacja Machine jest przykładem na to, że czasem jednak opłaca się eksperymentować. Gdy przymkniemy oko na produkcyjne wpadki i pozostaniemy sam na sam z piosenkami okazuje się, że jest zupełnie nieźle. Jak to u Reginy - patos sąsiaduje z bezpretensjonalnym humorem, rzewne ballady przeplatają się z freak-outami, w których Regina uprawia nieudolny beatboxing czy nasladuje odgłosy delfinów. Do tego tradycyjnie już doprawia całość niebanalnymi tekstami, przy których nie można się nie uśmiechać, a i na łzy się czasem człowiekowi zbierze. Klasę artystki niech potwierdzi fakt, że piosenki zupełnie nowe sąsiadują tu z tymi napisanymi 10 lat temu. I choć znane fanom z koncertów (lub niestety tylko z bootlegów) utwory takie jak Wallet, Folding Chair czy Human of the Year nabrały zupełnie innego, moim zdaniem niepotrzebnie efekciarskiego brzmienia dzięki całym tygodniom studyjnej obróbki, to nie sposób odmówić im uroku. Zrozumiała jest też gonitwa za idealnym brzmieniem i charakterystyczne dla perfekcjonistów i pracoholików (Regina dotychczas napisała ponad 100 piosenek) ciągłe poprawianie i dorzucanie nowych elementów. W końcu Regina świadomie eksperymentuje na samej sobie a jej polem doświadczalnym po koncertach niestety stały się również jej płyty. Nie zrozumcie mnie źle - Regina nadal rządzi. Z tym, że kiedyś rządziła bardziej.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6033607082810413024-7542365021639560320?l=zamoichczasow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/feeds/7542365021639560320/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6033607082810413024&amp;postID=7542365021639560320' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/7542365021639560320'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/7542365021639560320'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/2009/10/regina-spektor-far-69.html' title='Regina Spektor - Far (6.9)'/><author><name>Wojtek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04694854930864129944</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/St0BHkQ9WoI/AAAAAAAAAGg/0GbcOayBsB0/s72-c/regina-spektor-far-album-cover-myspace.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6033607082810413024.post-3093787011714988206</id><published>2009-10-13T14:14:00.000-07:00</published><updated>2009-10-13T19:18:26.820-07:00</updated><title type='text'>Podsumowanie Rundy Wiosennej</title><content type='html'>Szybki rzut oka za okno i już wszystko wiadomo. Lato mamy dawno za sobą. A działo się tego lata, oj działo. W postsowieckiej historii nie mieliśmy jeszcze tak udanego sezonu koncertowego. Jak udanego? Młodzież zapewne tego nie pamięta, ale w starych, dobrych czasach (do ok. roku 2002) nikt, absolutnie NIKT, nie musiał podejmować decyzji, na który koncert się wybrać spośród setek do wyboru. W ciągu całego roku trafiało się 4, góra 5 imprez, na których stali bywalcy niemalże przybijali sobie piątki. Wszyscy się znali, czy to z nielicznych jeszcze wtedy forów, z list mailingowych czy normalnych, pocztowych fanklubów. Na dużych i mniejszych koncertach nie było osób przypadkowych, w każdym razie ja takich nie pamiętam. Wiadomo było, że w lutym wszyscy jedziemy do Warszawy a w maju do Spodka. Może jesienią do Krakowa? I to by było na tyle. A dziś? Trzeba rok pracować na karnety festiwalowe a i tak nie obskoczy się wszystkich. W dużych miastach fajne koncerty trafiają się nawet w środku tygodnia a podczas weekendów potrafią się nakładać. Dobrodziejstwa członkostwa w UE dały się odczuć wiosną i latem tego roku szczególnie mocno. Praktycznie każdy, kto się liczy, pojawił się tu lub ówdzie. Szczęśliwie udało mi się dotrzeć do tych najciekawszych imprez, ale opisanie ich wszystkich byłoby pracochłonne i zapewne bezowocne. Skupmy się zatem na kilku impresjach, momentach ocierających się o absolut, wisienkach na torcie, orgazmatycznych uniesieniach i pełnych gaciach. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;1. NIN @ Poznań - Head Like a Hole&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Powszechna opinia na temat tego koncertu jest taka, że był fajny, ale zespół spóźnił się jakieś 10 lat. Zgadzam się z tym w 100%. Trasa w okolicach wydania The Fragile, czy chociażby bardzo dobrego Year Zero (2007) byłaby czymś o wiele pełniej doznanym i docenionym przez fanów zespołu. Dziwaczna setlista złożona w większości z bisajdów zapewne wyduszała łzy wzruszenia z najwierniejszych fanów, ale reszta mogła się czuć zakłopotana. Na szczęście pojawił się też zestaw obowiązkowy i choć obejrzane pierdyliard razy na youtube Hurt w wersji na żywo nie mogło zrobić już na nikim gigantycznego wrażenia, tak ostre, juniorskie dokonania NIN zwyczajnie wymiatały. Head Like a Hole niech będzie tego koronnym dowodem. Przez te 3 minuty liczyła się tylko autodestrukcyjna agresja i naiwny, licealny bunt. Dla tej chwili warto było tam być.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;object width="480" height="295"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/Qiev7aVww1c&amp;hl=pl&amp;fs=1&amp;color1=0x3a3a3a&amp;color2=0x999999"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;/param&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/Qiev7aVww1c&amp;hl=pl&amp;fs=1&amp;color1=0x3a3a3a&amp;color2=0x999999" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="480" height="295"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;2. Dizzee Rascal @ Kraków - Bonkers&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trafił mu się słaby slot (godzina 19ta, prawie sam początek imprezy), publiczności nie było zbyt wiele (w porównaniu z późniejszymi sztukami) do tego jakoś średnio pasował do reszty zestawu. Ale kto widział Rascala wcześniej ten wie, że daje on radę wszędzie i w każdych warunkach. Set powoli się rozkręcał, publiczności przybywało a Dizzee najlepsze zostawił na sam koniec. Nowy singel ledwo co obijał się dopiero po różnych blogach i raczej nie wywoływał ekstazy u recenzentów i fanów. Co za bzdury. Na żywo Bonkers miażdży. Ten uber-basowy breakdown z okolic drugiej minuty dosłownie wbija w ziemię, genialne nagłośnienie zrobiło swoje. Najgrubsza tuba basowa nie odda tych wibracji, to trzeba przeżyć na żywo. Przebój lata 2009.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;object width="320" height="265"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/TZzP8i0nbag&amp;hl=pl&amp;fs=1&amp;color1=0x3a3a3a&amp;color2=0x999999"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;/param&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/TZzP8i0nbag&amp;hl=pl&amp;fs=1&amp;color1=0x3a3a3a&amp;color2=0x999999" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="320" height="265"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;3. Busy P &amp; Dj Mehdi @ Kraków - Friends&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Godzina 4 rano. Ostatnie chwile pierwszej edycji festiwalu Selector. Od jakichś 6 godzin na małej scenie na zmianę za konsoletą stają dumni przedstawiciele francuskiego Ed Banger Recs. Na scenie głownej w tym czasie przewineli się m.in Orbital i koszmarnie słaby Digitalism. Publiczność kłębiąca się w małym namiocie nic sobie z tego nie robiła. I słusznie. Szczególnie to, co zaprezentował Busy P zdumiewało - bezpretensjonalność, nonszalancja, szyk, energia i humor. Totalne przeciwieństwo topornego, niemieckiego (w najgorszym tego słowa znaczeniu) setu Digitalism. Ed banger Show trwał zapewne o kilka godzin dłużej niż planowali organizatorzy, a gdy ku rozpaczy nieprzerwanie rozbawionej publiczności kończył się bladym świtem, na bis (sic!) poleciał ten oto utwór i nie wyobrażam sobie lepszego zakończenia tego fenomenalnego setu. Na zewnątrz wschód słońca, chłodny, mglisty poranek a w namiocie tymczasem..&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;object width="320" height="265"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/MG0h4EOdSCY&amp;hl=pl&amp;fs=1&amp;color1=0x3a3a3a&amp;color2=0x999999"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;/param&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/MG0h4EOdSCY&amp;hl=pl&amp;fs=1&amp;color1=0x3a3a3a&amp;color2=0x999999" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="320" height="265"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;4. Faith No More @ Gdynia - Land of Sunshine&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niektórzy (w tym ja) czekali na ten występ bardzo, bardzo długo. Nie było mi dane być w Spodku w 1997 roku, dlatego Gdynia była w tym roku jednym z priorytetowych celów muzycznych eskapad. Internetowe doniesienia okazały się prawdą - FNM zagrali tak, jakby te 11 lat przerwy nie miało miejsca. To, co na scenie prezentuje Mike Patton to temat na osobny artykuł. To temat na sporych rozmiarów książkę.  Dotychczas legendarny status zespołu dla większości z nas funkcjonował tylko dzięki nagraniom i opowiadaniom starszych kolegów. Koncert w Gdyni potwierdził go w 100%. Prześwietną set listę otwierała zgrywa w postaci Reunited a potem było już tylko lepiej. Wśród aż ośmiu numerów z Angel Dust jako pierwszy usłyszeliśmy Land of Sunshine. Wykonawstwo jak z płyty, każda nuta, każdy jęk i pisk, ta niemal operowa fraza wyśpiewana gdzieś z głębi przepony, nimożliwe połączenie stylu najwyższego z niskim, było porażająco dobrze i tak już zostało do końca koncertu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;object width="320" height="265"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/xwNsAzqF-L0&amp;hl=pl&amp;fs=1&amp;color1=0x3a3a3a&amp;color2=0x999999"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;/param&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/xwNsAzqF-L0&amp;hl=pl&amp;fs=1&amp;color1=0x3a3a3a&amp;color2=0x999999" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="320" height="265"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;5. M83 @ Gdynia - Skin of the Night&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie lubię jeździć na Open'era. Nie dość, że mam 600km do pokonania, to jeszcze na miejscu rzadko bywa sielankowo. Syf na polu namiotowym, syfne sanitariaty ewidentnie urządzone za szokująco małe pieniądze, upokarzające kontrole na każdym kroku, zapchane ciągi komunikacyjne, ogólna drożyzna i słabizna organizacyjna. Do tego nieprzebrane ilości ludzi i bezsensowne ułożenie scen, które wymaga 30 minut na dotarcie spod jednej pod drugą. No i wiszący nad tym wszystkim duch najbardziej irytującej postaci w tym biznesie - Mikołaja Z. szefa Alter Art, który w najróżniejszych mediach uprawia autopromocję, bezwzględnie i często bezpodstawnie wychwala swoje festiwale jako wzorcowe a na sugestie niezliczonej liczby niedociągnięć reaguje bezczelnymi stwierdzeniami prosto ze spin-doctorskiego słownika. Wyślizguje się od odpowiedzi niczym premier po aferach, niczym najpodlejszy geszefciarz, zdaje się całym sobą reprezentować tę najgorszą, stricte biznesową stronę kultury. Pomimo rozmiarów i line-upu dużo jeszcze pracy czeka Alter Art zanim Open'er stanie się festiwalem z prawdziwego zdarzenia i może sobie pleść Mikołaj różne farmazony - chwilowo spomiędzy połyskliwych fatałaszków wystaje tej im imprezowej dziewczynie słoma i pachnie też nie najlepiej. Wszystko to sprawia, że Open'era ciężko jest wytrzymać. Na szczęście te kilka momentów absolutnego muzycznego szczęścia rekompensuje wszystkie niedogodności. Człowiek zapomina, że właśnie spędził 40 minut w kolejce po kubek najdroższej wody na świecie, że od przemierzonych kilometrów bolą go nogi i plecy, że jakoś resztkami sił będzie musiał za chwile wgramolić się do tonącego w błocie namiotu i to wszystko powtórzyć przez kilka kolejnych dni. Na scenie pojawia się ona i pomimo późnej pory, pomimo głodu i chłodu, pomimo wszystkich przeciwności losu wyciska z Ciebie najpiękniejsze uczucia, które nosisz w sobie przez następny rok. A potem wracasz do tego syfu, chociaż zarzekałeś się, że już więcej nie dasz rady. Ten głos, te dźwięki, ta oprawa, cała ta magiczna historia - ocierasz łzę i już wiesz, że musiałeś tam być.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;object width="320" height="265"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/tyMcB33hoAo&amp;hl=pl&amp;fs=1&amp;color1=0x3a3a3a&amp;color2=0x999999"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;/param&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/tyMcB33hoAo&amp;hl=pl&amp;fs=1&amp;color1=0x3a3a3a&amp;color2=0x999999" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="320" height="265"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;6. Meshuggah @ Kraków - Lethargica&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Knockout jak na pierwszą edycję wypadł zupełnie dobrze. Zespoły dopisały, publiczność jakby mniej, ale jestem pewien, że kolejne edycje z pewnością przyniosą nam jeszcze sporo frajdy. W tym roku szczególnie przypadł mi do gustu zestaw dnia drugiego, gdzie o palmę najlepszego metalowego koncertu roku walczyły zespoły The Dillinger Escape Plan, Meshuggah i Testament. Wyrównany pojedynek wygrali w moim osobistym rankingu trolopodobni Szwedzi. Zagrali rok temu w Warszawie, ale nie zagrali mojej ulubionej 'piosenki' z ostatniej płyty. Potrafią grać karkołomnie szybko, ale to te mozolne, połamane i gęste fragmenty podniecają mnie najbardziej. Dlatego potężny, pozbawiony konkurencji breakdown w czwartej minucie czwartego numeru powala mnie na łopatki za każdym razem. Moje domowe i samochodowe głośniki zmagają się z nim od czasu do czasu i jest to ich walka o życie. Spotkałem się ze stwierdzeniami, że Meshuggah to już nie muzyka. A jakże. Dla wielu niezrozumiała, z pewnością nieprzystępna. Dla mnie urzekająca. A w tym właśnie momencie robi największe wrażenie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;object width="320" height="265"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/LEc4sFAABr0&amp;hl=pl&amp;fs=1&amp;color1=0x3a3a3a&amp;color2=0x999999"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;/param&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/LEc4sFAABr0&amp;hl=pl&amp;fs=1&amp;color1=0x3a3a3a&amp;color2=0x999999" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="320" height="265"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;7. Karl Blau @ Mysłowice - Bad Company&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Za to kocham Off Festival. Z braku innych ciekawych wydarzeń trafiasz do kameralnej sali, tzw. 'sceny eksperymentalnej' a tam jakiś pocieszny koleżka w żółtych szortach gra na gitarze i śpiewa. I to jak! Gitara na lekkim przesterze brzęczy niskim strojem, podobnie jak głos Karla. Obsługiwany nogą looper buduje harmonie i dość pokaźnie instrumentarium a zwyczajnie piękne piosenki lewniwie sączą się z głośników. Jest przesympatycznie, niemal rodzinnie. Do bisu Karl potrzebuje współpracy publiczności. Zagra cover Your Heart Breaks (gdzie gra na bębnach), ale potrzebuje ludzi, którzy będą śpiewać partię smyków i partię fletów. A pod koniec może ktoś się pokusi o solo na saksofonie? Pod sceną jest może 20 osób i wszyscy śpiewają, łącznie z obecnym na sali składem Pains of Being Pure at Heart. Jest tak pięknie, że odbiera głos.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;object width="320" height="265"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/4GlolfA5-Pg&amp;hl=pl&amp;fs=1&amp;color1=0x3a3a3a&amp;color2=0x999999"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;/param&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/4GlolfA5-Pg&amp;hl=pl&amp;fs=1&amp;color1=0x3a3a3a&amp;color2=0x999999" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="320" height="265"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;8. Monotonix @ Mysłowice - @#%!&amp;?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt; I pomyśleć, że dzień wcześniej i kilkanaście kilometrów dalej grały te sztywniaki z U2 a gawiedź tłumnie nawiedziła ten smutny spektakl... W przeciwieństwie do nich Monotonix grają koncerty totalne przy absolutnym minimum środków. Przekonał się o tym każdy, kto chociaż na chwilę wstąpił na piaski sceny Miasta Muzyki tej sierpniowej nocy. Monotonix nie uznają instytucji sceny. Ochronę mają sobie za nic, a właściwie używają ich jako żywe odskocznie do stage-divingu. Zabrzmi to jak wypociny jakiegoś dziada laśnego, ale w życiu czegoś takiego nie widziałem. Bywało się na punkowych koncertach, gdzie najróżniejsze szaleństwa odbywały się na scenie i pod nią. Ale to, co robią Ci kolesie to jest nowa jakość. To nie jest kontrolowany chaos, to jest chaos w najczystszej postaci. A mimo to jakimś cudem udało im się zagrać kilka naprawdę solidnych i poskładanych do kupy kawałków. Pamiętacie jeszcze to uczucie, kiedy muzyka przejmuje nad Wami kontrolę i nie popuszcza? Kiedy rzucacie się w wir zabawy nie bacząc na obrażenia swoje i okolicznej ludności. To wszystko wróciło w tym właśnie momencie - Levi w ciszy wspina się na konstrukcję sceny, buduje napięcie, po czym spada z 3 metrów wprost między ludzi i w tym momencie zespół rusza z kopyta, napięcie pęka i przeradza się w niekontrolowane szaleństwo. Show Monotonix - obojętnie w jak dużym stopniu zaplanowany - przywraca wiarę w muzykę i daje całe tony radości. Monotonix rządzą!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;object width="320" height="265"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/eiNMQiN01Zs&amp;hl=pl&amp;fs=1&amp;color1=0x3a3a3a&amp;color2=0x999999"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;/param&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/eiNMQiN01Zs&amp;hl=pl&amp;fs=1&amp;color1=0x3a3a3a&amp;color2=0x999999" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="320" height="265"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;9. Radiohead @ Poznań - Nude&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czy są tacy, których tam nie było? Szczerze wątpię. Nie mogę wyobrazić sobie jak ktoś mieniący się słuchaczem muzyki odpuszcza akurat ten koncert. Można było z różnych przyczyn nie pojechać na każdy inny w tym sezonie, ale Radiohead? Umówmy się, są koncerty dobre. Są bardzo dobre. Są też doskonałe. A jeszcze oczko wyżej stoją koncerty Radiohead. Ostatnio przeczytałem, że zanim zagrali pierwszy koncert przez 4 lata grali tylko próby, regularnie, 2 w tygodniu. Jak żyje nie słyszałem o czymś podobnym, a cała ta historia wiele wyjaśnia. Łatwo jest szafować określeniami 'doskonały', 'wiekopomny', 'wstrząsający', ale trudno nie użyć ich przy okazji omawiania tego zespołu i tego koncertu. Przez ostatnie kilka lat łapię się na tym, że muzyka już mi nie robi tak dobrze jak kiedyś. Wmawiam sobie, że to normalny proces, z czasem człowiek osłuchuje się ze wszystkim, co raz trudniej jest mnie czymś zaskoczyć czy wzruszyć. Do tego dochodzi słabnący słuch, z pewnością nie wyłapuję już wszystkich częstotliwości i niuansów. Dlatego każdą kolejną piękną koncertową chwilę cenię sobie tym bardziej. Życie składa się z takich właśnie chwil, które lubię kolekcjonować i chołubić, bo należą do zdecydowanej mniejszości. I choć z czasem może być z tym coraz trudniej to takie koncerty jak ten w poznańskiej Cytadeli będą nam ich przysparzać jeszcze przez długie miesiące i lata. No dobra, niby to tylko rock'n'roll, ale kocham takie momenty a tę piosenkę szczególnie. Kiedy muzyka na chwilę niknie i zostajemy tylko sam na sam z krystlicznie czystym, wwiercającym się w serce głosem tego nadętego gamonia przy mikrofonie. Uwielbiam.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;object width="480" height="295"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/hKupNmyfdZI&amp;hl=pl&amp;fs=1&amp;color1=0x3a3a3a&amp;color2=0x999999"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;/param&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/hKupNmyfdZI&amp;hl=pl&amp;fs=1&amp;color1=0x3a3a3a&amp;color2=0x999999" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="480" height="295"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;10. Dan Le Sac vs. Scroobious Pip @ Katowice - A Letter from God&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Martwiłem się o ten koncert. Martwiłem się, że oprócz Thou Shalt Always Kill nie usłyszę nic ciekawego. Myliłem się jak nigdy. Wspomniany youtubowy hicior nie był nawet wisienką na torcie, przeleciał i nawet nie zauważyłem, że był. Nie docieniłem potęgi umysłu Scroobiusa i kolejne teksty udowadniały jego nieziemską erudycję, to nie jest zwyczajny raper, to jest uliczny poeta. Dan dwoił się i troił przy swoich kontrolerach i sypał pierwszorzędnymi beatami, których podstawową cechą zdawało się być ...poczucie humoru. Zwyczajnie wesoło przygrywał chłopina. Nie dało się nie tańczyć. Ale podczas A Letter from God przy drugim zdaniu zorientowałem się, że to odtąd muszę skupić się na każdym słowie. Nie chciałem uronić ani jednego, więc przystanąłem i wpatrywałem się w Scroobiusa jak głupi, słuchałem i z czasem moja szczęka poddawała się sile grawitacji by w końcu z łomotem uderzyć o piasek pod nogami. W jedynym wygrzebanym nagraniu prawie nie słychać tekstu (warto poszukać na własną rękę), ale widać ile serca Scroobius wkłada w wykonanie. Wstrząsające.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;object width="320" height="265"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/GBnITtIMPO8&amp;hl=pl&amp;fs=1&amp;color1=0x3a3a3a&amp;color2=0x999999"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;/param&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/GBnITtIMPO8&amp;hl=pl&amp;fs=1&amp;color1=0x3a3a3a&amp;color2=0x999999" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="320" height="265"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;11. Ebony Bones @ Katowice - Story of St.ockwell&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Lubię takie niespodzianki. Spodziewałem się niezbyt udanego klonu Santigold, tymczasem dostałem jej ulepszoną wersję. Występ Santi na Open'erze jakoś podejrzanie pachniał playbackiem a i energii jakoś brakowało. Ebony Bones rozpaliła publiczność od pierwszej minuty swoim pstrokatym, kosmicznym połączeniem electro z afro beatem. Plemienne dudnienie wprowadzało w trans a mistrzyni ceremonii robiła z zahipnotyzowanym tłumem co chciała. W punkcie kulminacyjnym wszyscy (no, znalazło się kilku leniwców) na polecenie tańczyli to w przód, to w tył, to do lewej, to do pozostałej. Zupełne szaleństwo. Zresztą ciężko było ustać w miejscu przy tym eklektycznym koktajlu. World Music przyszłości?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;object width="320" height="265"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/7ixgkOc1hDE&amp;hl=pl&amp;fs=1&amp;color1=0x3a3a3a&amp;color2=0x999999"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;/param&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/7ixgkOc1hDE&amp;hl=pl&amp;fs=1&amp;color1=0x3a3a3a&amp;color2=0x999999" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="320" height="265"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;12. Aphex Twin @ Kraków - Vordhosbn+&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po latach nieobecności Aphex Twin uraczyl nas nie jednym a dwoma koncertami. Pierwszy odpuściłem, ponieważ doszły mnie słuchy, że nastąpił podział piątek-ambient, sobota-hardcore. I dokładnie tak było. A zatem w sobotę zajechałem na Hutę aby zmierzyć się z kombinatem i wypełniającymi go dźwiękami. Każdy, kto kiedykolwiek odwiedził Hutę im. Lenina wie, że jest to idealne miejsce na taki 'koncert'. Hala ocynowni robi naprawdę spore wrażenie. W powietrzu ciepły, lepki zapach pracujących tu na co dzień maszyn. Konstrukcje stalowe oplatają wolną przestrzeń siecią antresoli, drabin, schodów, kabli i rur. Pod sufitem i w 16 innych miejscach umiejscowione potężne kolumny - towarzyszący Aphexowi Tim Hecker dbał o przestrzenny charakter dźwiękowej masakry, która się tam odbyła. Początkowo leniwy, rozluźniony set nawiązywał do piątkowych ambientów, ale z każdą chwilą robiło się co raz głośniej, szybciej i mocniej. W którymś momencie zgasły ekrany z wizualizacjami i halę wypełniły dziesiątki a może i setki wiązek laserowych, które rozpoczęły swój szaleńczy taniec. Rozpoczął się istny lot w kosmos. Potężne basy dosłownie wstrząsały całą konstrukcją, miałem wrażenie, że wczechobecny metal rezonował i współtworzył w ten sposób widowisko. Wszystko to razem robiło piorunujące wrażenie. Ale to było tylko preludium. Prawdziwy hardcore rozegrał się w ostatnich 20 minutach, kiedy wizualizacje zamieniły się w potworne obrazy, które znaleźć można tylko w najgłębszych czeluściach internetu - bestialstwo, tortury, fekalia. Coś potwornego. Ale czy po Aphexie można było spodziewać się czegoś innego? Dźwiękowo-wizualne dzieło zniszczenia dopełniło się, gdy stojąca obok mnie dziewczyna straciła przytomność. Trudno o lepszą recenzję tego występu. Richard D. James to ekstremista. Kontakt z jego sztuką może być groźny dla zdrowia. W ciągu 2 godzin przeszedł od pozaziemskiego, transowego uniesienia po łamiącą ducha, brutalnie atakującą zmysły torturę. Po czym zniknął. Nie jest to doświadczenie ładne i przyjemne, wymaga wytrwałości i może być niebezpieczne (dosłownie), ale warto się z nim zmierzyć, sprawdzić siebie i być może wyjść cało, aby opowiedzieć innym jak było.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;object width="320" height="265"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/8u0shpgUeQk&amp;hl=pl&amp;fs=1&amp;color1=0x3a3a3a&amp;color2=0x999999"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;/param&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/8u0shpgUeQk&amp;hl=pl&amp;fs=1&amp;color1=0x3a3a3a&amp;color2=0x999999" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="320" height="265"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6033607082810413024-3093787011714988206?l=zamoichczasow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/feeds/3093787011714988206/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6033607082810413024&amp;postID=3093787011714988206' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/3093787011714988206'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/3093787011714988206'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/2009/10/podsumowanie-rundy-wiosennej.html' title='Podsumowanie Rundy Wiosennej'/><author><name>Wojtek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04694854930864129944</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6033607082810413024.post-2200708205708634503</id><published>2009-08-11T10:44:00.000-07:00</published><updated>2009-08-11T11:04:40.801-07:00</updated><title type='text'>OFF Festival 2009</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/SoGv0WDQuOI/AAAAAAAAAGA/ioFxzRpFZ84/s1600-h/3809243586_894d08e460_o.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 400px; height: 267px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/SoGv0WDQuOI/AAAAAAAAAGA/ioFxzRpFZ84/s400/3809243586_894d08e460_o.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5368765544609659106" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;OFF to mój ulubiony polski festiwal. Z wielu powodów. Przykładowo nie muszę taplać się w biwakowym syfie, bo do domu mam 30 minut samochodem. Fajnie. Sceny i plan koncertów są tak poukładane, że nie trzeba przemierzać kilometrów, żeby szybko przenieść się sprzed jednej pod drugą, a kolidujące ze sobą interesujące występy należą do rzadkości. I wreszcie sama muzyka, która rokrocznie wywołuje znacznie więcej emocji niż każda inna festiwalowa selekcja w tym kraju. Mało jest przypadkowych osób i nachalnego lansu, są piękne okoliczności przyrody nawet ochrona jakaś taka bardziej wyluzowana. Jest pięknie i bardzo lubię tu wracać. A jak było w tym roku?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tegoroczny OFF był jak zwykle zaskakujący, zwłaszcza w porównaniu z poprzednią edycją. Tym razem nie tylko pod względem muzycznym. Miłym zaskoczeniem było wegetariańskie jedzenie w dostatecznej ilości, którego zeszłoroczny brak był szczególnie dotkliwy. Niby drobnostka a wielu z pewnością ucieszyła. Zaskakująca była dość niska frekwencja (7 tys., w stosunku do zeszłorocznych 11 tys.), która szczególnie dała się odczuć pierwszego dnia. Niby nie ma na co narzekać, bo po tegorocznym Open'erze tłumów mam dość na następne 5 lat, ale czy nie będzie to zły sygnał dla lokalnych władz i sponsorów? Bardzo miłym zaskoczeniem był rozmach tegorocznej edycji, ilość dodatkowych koncertów i przede wszystkim zagranicznych wykonawców naprawdę robiły wrażenie. Pamiętam jak cztery lata temu Piotr Stelmach trzęsącym się z podniecenia głosem zapowiadał występ IAMX czy Banco de Gaia, zupełnie, jakby to było wiekopomne wydarzenie. Przy dzisiejszym rozmachu mysłowickiej imprezy wydaje się to nie do pomyślenia. W 2004r mogliśmy zobaczyć 5 (słownie: pięć) zespołów z zagranicy, w tym zaś naliczyłem 33. Fluktuacja frekwencji wskazywać może na fakt, że impreza osiągnęła docelowe rozmiary, duże nazwiska już są, a zapewne będzie ich tylko więcej. Doczekaliśmy się imprezy na miarę Pitchfork Music Festival czy takiej naszej mniejszej Primavery. Należy się tylko cieszyć i modlić się o jeszcze wiele kolejnych edycji.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Skoro już o wykonawcach mowa, to nasunęło mi się kilka ogólnych wniosków ich dotyczących, zarówno pozytywnych jak i tych trochę mniej:&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Po pierwsze: kryzys wokalistyki.&lt;/span&gt; Można odnieść wrażenie, że umiejętność śpiewania przestała mieć dla współczesnego indiepopu jakiekolwiek znaczenie. Brak umiejętności zawsze można przykryć pogłosem czy nadmierną ekspresją? Nic z tych rzeczy. Chlubne przykłady Final Fantasy czy Karla Blau powinny dać niektórym do myślenia. &lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Po drugie: covery.&lt;/span&gt; Tegoroczna ciekawostka, było ich całkiem sporo, praktycznie co drugi koncert zawierał jakieś zapożyczone nagranie. Mogliśmy usłyszeć piosenki z repertuaru Neila Younga, Joy Division, Your Heart Breaks, Suicide, Joanny Newsom, Ramones, Blondie, Boba Dylana i jeszcze kilku innych. Sporo prawda?&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Po trzecie: &lt;/span&gt;hardware wypiera software. W zeszłym roku ilość samych macbooków (nie licząc innych laptopów) na różnych offowych scenach skłoniła mnie do ich podliczenia - stanęło na siedemnastu. Prawie każdy coś tam dłubał i wykręcał brzmienia z drogiego oprogramowania. W tym roku widziałem tylko dwa laptopy. Cała reszta została zastąpiona wszelkiego rodzaju samplerami, looperami, kontrolerami midi, efektami gitarowymi wykorzystywanymi do wszystkiego, tylko nie gitar, etc. Niejednokrotnie też wykonawcy wymyślnie chowali swoje zabawki przed publicznością, zapewne z jakiegoś ważnego powodu. W każdym razie, jeżeli masz w piwnicy stary, analogowy sprzęt (nie keyboard) to odkurz dziada i na allegro z nim - w nadchodzącym sezonie będą schodzić jak ciepłe bułeczki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tyle ogółem, teraz może kilka konkretów. Zgodnie z tegorocznym festiwalowym przewodnikiem w kolejności alfabetycznej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Andy&lt;/span&gt; - Dużo złych rzeczy słyszałem na temat umiejętności tego ex-krakowskiego zespołu, wszystko to na szczęście plotki. Dość liczna jak na wczesną porę publiczność usłyszała solidny, rozpędzony, brytyjski rock, bez prostackiego kopiowania i z niegłupimi tekstami. Na papierze nie wygląda to dobrze (tyle lat na scenie bez wydanej płyty?), ale tli się tutaj ciągle szansa na solidny debiut.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Ballady i Romanse&lt;/span&gt; - Kiedyś myślałem, że Basia Wrońska nie jest najlepszą wokalistką, ale w porównaniu z jej siostrą okazuje się być wręcz fenomenalną. Krótki kościelny set odbył się pod wezwaniem zbyt głośno grającej sekcji i banalnego popu okraszonego zapożyczonymi tekstami. Nie było źle, ale Pustki lepsze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Ben Butler &amp; Mousepad&lt;/span&gt; - Fajne electro inspirowane twórczością genialnych kompozytorów ze stajni Nintendo. Wykonawstwo niedbałe, ale energia, humor i dobry kontakt z publicznością rekompensowały go nawiązką. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;BiFF&lt;/span&gt; - Związany z Pogodno Hrabia Fochmann znowu uderza. Bezpretensjonalny rock'n'roll z dobrymi tekstami i świetnym wokalem (i prezencją) Ani Brachaczek. Bardzo mocny debiut, choć części składowe przecież już przechodzone. Nie szkodzi. Na duży plus poczucie humoru, którego próżno szukać u innych naszych zespołów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;The Black Tapes&lt;/span&gt; - Na scenie Trójki wypadli lepiej niż miesiąc temu w Gdyni. Znani z kilku warszawskich składów hardcore'owcy grają szwedzkiego punk'n'rolla pełnego zapadających w pamięć melodii. W ciasnym klubie, gdzie każdy zna ich teksty taki koncert to musi być petarda. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Brenda Lee DVD i Siupa &lt;/span&gt;- Ambientowa elektronika płynąca ze sceny eksperymentalnej już po chwili nudziła. Po dwóch usypiała. Nie doczekałem finału.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Casiotone for the Painfully Alone&lt;/span&gt; - Boleśnie samotny Owen Ashworth za pomocą armady beatboxów i samplerów wiernie odtworzył kilka ze swoich flagowych nagrań. Pełny smutku głos szedł ręka w rękę z syntetycznymi podkładami tworząc dość zajmujące widowisko. Niby sam, a dał radę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Crystal Antlers&lt;/span&gt; - Gdyby ktoś podał Mars Volta leki na ADHD i kazał popić roztworem whiskey z lsd - pewnie tak by zabrzmieli. Pogięty noise-prog-rock z tendencjami do psychodelicznych wycieczek w głębokie lata 60te. Pełne pasji rozdarte wokale i niebanalne melodie. Nagrania nieco drażniły niską jakością produkcji - na żywo oczywiście nic z tych rzeczy. Było pięknie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Crystal Stilts&lt;/span&gt; - Bardzo ładne piosenki przesiąknięte staroświeckim rocn'n'rollem. Wiecie, chcę potrzymać Cię za rękę, etc. Różowa wata cukrowa i stary Cadillac DeVille. Pomimo kilku dość śmiesznych wpadek mogło być zupełnie dobrze, gdyby nie jednostajnie fałszujący wokal. Tona pogłosu nic tu nie pomogła, gość marnował potencjał dosłownie każdej piosenki wyjąc przy niej bez sensu. Może się nie znam, ale nawet w niezalu trzeba coś potrafić, zanim się wyjdzie na scenę...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;El Perro Del Mar&lt;/span&gt; - Kolejny kościelny koncert, tym razem dość udany. Skromny, elegancki pop, bez przesadnych ambicji, ale też bez wstydu. Słuchało się tego zupełnie przyjemnie, zwłaszcza w przepięknie oświetlonym na okoliczność kościele, ale po regulaminowej godzinie nie miałem już ochoty na więcej. Piękny głos wokalistki wpadał jednym uchem a czmychał drugim.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Errors &lt;/span&gt;- Świetny (i świetnie przyjęty) koncert łączący monumentalne formy postrocka z niesfornie połamanymi gitarami. W telegraficznym skrócie: Foals + Everything is Made in China. Widać, że młodzi jeszcze muzycy pierwsze sceniczne kroki mają dawno za sobą i doskonale wiedzą, co robić na scenie. Było bardzo intensywnie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;The Field&lt;/span&gt; - Nieco monotematyczna elektronika ze sporymi ambicjami, ale bez niepotrzebnych akrobacji. Żywy skład z wolna pięknie budował napięcie a solidne brzmienia robiły wrażenie niezwykle dopracowanych. Tu nie ma miejsca na glitchowe hałasy, jest nieludzka wręcz precyzja i syntetyczny chłód. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Final Fantasy&lt;/span&gt; - Młodziutki Kanadyjczyk pokazał, że jednak warto czasem przysiąść do ćwiczeń. Z powalającą dokładnością ale i gracją nie tylko obsługiwał skrzypce, ale i kontrolował looper, dzięki któremu w pojedynkę budował co rusz całą orkiestrę. Piękny głos, piękne piosenki, przepiękny cover Joanny Newsom i stoicki spokój, gdy techniczni kilka sekund po zejściu ze sceny, tuż przed przewidywalnym bisem, już zdążyli wyłączyć całą elektronikę. Bez niej też dał radę. Niezwykły to koncert, bo i wykonawca niezwykły. Pierwsza piątka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt; Frightened Rabbit &lt;/span&gt;- Krążąca po scenie butelka J.Walkera(?) nie pozostawiała wątpliwości, z kim mamy do czynienia. Szkocki kwartet zaprezentował alt.rocka, jakiego grają chyba tylko na Wyspach. Łączyli jakość kompozycji Doves czy Beta Band z energią i trochę ostrzejszym brzmieniem spod znaku Feeder, może Biffy Clyro. Płyta znudziła mi się po 3 przesłuchaniach, ale trwający nieco ponad pół godziny koncert nie pozwolił się nudzić. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Fucked Up&lt;/span&gt; - Mocny jak prawy prosty hardcore punk z Kanady. Opasły wokalista Pink Eye był wszędzie, tylko nie na scenie, w trakcie numerów robił sobie zdjęcia z fanami i rozdawał autografy gdzieś w okolicach dźwiękowców, nie zapominając jednocześnie o skandowaniu tekstów. Pomiędzy piosenkami tryskał rubasznym humorem i flirtował z publicznością na każdy możliwy sposób. Ze sceny dudnił rasowy wygar utrzymany w jedynie słusznych, szybkich tempach. Cover 'Blitzkrieg Bop' dopełnił dzieła zniszczenia. To trzeba było zobaczyć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Gaba Kulka &lt;/span&gt;- Ależ to jest utalentowana dziewczyna. Pięknie śpiewa, komponuje naprawdę intrygujące, wielowarstwowe piosenki, których różne Jopki mogą jej tylko zazdrościć. Jej inspirowany Bowiem i Kate Bush wysmakowany progpop po raz kolejny zrobił na mnie naprawdę dobre wrażenie. Tak trzymać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;George Dorn Screams&lt;/span&gt; - Taki polski postrock. Polski w znaczeniu pejoratywnym. Niby poprawnie zagrany i niektóre melodie zupełnie fajne, ale słaby wokal ze słabym akcentem robi zespołowi niedźwiedzią przysługę. Przydałoby się też trochę charyzmy, bo wiało ze sceny nudą aż strach. Odezwą się głosy, że to taka estetyka. Może. Ale smutne twarze i ręce w kieszeniach w pełnym słońu na scenie plenerowej zwyczajnie śmieszyły.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Handsome Furs &lt;/span&gt;- Naładowany wulgarnym erotyzmem kokainowy show prosto z Kanady. Prostackie beaty gdzieś z obrzeży zainteresowań Aleca Empire, do tego gitara i wrzaski. Duet rzucał żartami na lewo i prawo, miotali się jak w amoku, ale koniec końców ich muzyka nie zachwyciła. Sam zespół bawił się za to znakomicie. Hmm...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;HEALTH&lt;/span&gt; - Ależ to był dziwny koncert. Z jednej strony elektroniczny noise ocierający się miejscami o grindcore. Z drugiej powłóczyste wokale na skraju szeptu. Z trzeciej (a jakże) niemiłosiernie połamane numery zlewające się w jeden. Z pozostałej zaś pełne ekspresji wykonanie swą brutalnością wprawiające w osłupienie. Ściana dźwięku. Dla wytrwałych, z pewnością, ale satysfakcja gwarantowana.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Jeremy Jay&lt;/span&gt; - Początkowy niesmak stopniowo weryfikowałem i po dłuższym namyśle dochodzę do wniosku, że nie było tak źle. Jasne, gość fałszował, melodie banalne, zespół zupełnie niezgrany, miejscami sprawiający wrażenie oswajających się dopiero z nowo poznanymi instrumentami. Ale melodie znośne i cover Suicide dość pomysłowy. Tylko gdzie obiecywany 'geniusz popu'?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Karl Blau&lt;/span&gt; - Samotny pan z gitarą i looperem (taka tegoroczna moda). Nic nie wskazywało na to, że będzie aż tak dobrze, a było jeszcze lepiej. Normalnie się wzruszyłem przy tych w gruncie rzeczy bardzo prostych, ale niezwykle pięknie zaśpiewanych i zagranych melodiach. Kolejne loopy składały się na naprawdę finezyjne kompozycje a głos Karla uwodził i omamiał. Obecne na koncercie dzieciaki z Pains of Being Pure at Heart stały z rozdziawionymi buziami. I słusznie. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Kumka Olik&lt;/span&gt; - Musiałem się przekonać na własne uczy, czy faktycznie jest tak fatalnie jak się zwykło w pewnych kręgach o Kumkach mówić. No dobra, gitary z kilkanaście tysięcy złotych u kilku smarkaczy mogą drażnić indie-dzieciaki zbierające latami na porządnego fendera. Ale sam występ był zupełnie przyzwoity, z pewnością lepszy niż chodzący w tej samej kategorii wagowej Renton czy (uwaga) Rotofobia. Nie ma wstydu, zobaczymy, co będzie dalej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Mahjongg&lt;/span&gt; - Drapieżny, transowy elektroniczny rock z plemiennymi bębnami i mnóstwem nowych pomysłów na minutę. Problemy techniczne utrudniały odbiór przez krótką część koncertu, potem było już z górki. Publiczność szalała chociaż zespół dość ostrożnie podchodził do tej entuzjastycznej reakcji. Zagrali i uciekli. My nie ruskie, nie kradniem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Marissa Nadler&lt;/span&gt; - Spędziłem nie jeden wieczór w towarzystwie jej przedostaniej płyty, dlatego chętnie sprawdziłem, co słychać. Niestety, być może ze zmęczenia, być może z nadmiaru ciekawszych wrażeń, ale po trzech kawałkach zwyczajnie sobie poszedłem. Nie było tej atmosfery lo-fi znanej z nagrań, został tylko nazbyt klarowne jak na mój gust alt.country'owe plumkanie, przy którym można się nudzić, a przyjemność żadna. Szkoda.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Micachu and the Shapes&lt;/span&gt; - Na pozór było bardzo źle. Dzieciaki starały się wykrzesać te kilka neurotycznych, hałaśliwych, ale ciągle popowych piosenek w sposób balansujący między rozczulającą nieporadnością a zwyczajnym partactwem. W tej grze najlepiej wypadała Mica, która ze swoim udokumentowanym wykształceniem muzycznym robiła wszystko, żeby z niego nie korzystać. Ale nie ze mną te numery. Trzeba mieć świetny słuch, żeby w punkt przestroić taką gównianą gitarkę w kilka sekund. Cała ta niby-kakofonia była dokładnie zaplanowana, wszystkie brzydkie dźwięki ściemnione. Ale koncert fajny.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Miłość&lt;/span&gt; - Nie załapałem się na początkową euforię związaną ze startem sceny yassowej, późniejsze jej wytwory trafiały do mojej świadomości z różnym skutkiem, dlatego występ legendy obserwowałem z oddali. Nie usłyszałem niczego szokującego, ale widocznie się nie znam. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Monotonix&lt;/span&gt; - Bezapelacyjnie najlepszy koncert OFF 2009 i jeden z najlepszych, jakie, jak to się ładnie mówi, w życiu widziałem. Szaleńcy z Tel Avivu zrobili show nie do opowiedzenia, polecam fragmenty na youtube. Mało kto będzie wspominał samą muzykę, a ta akurat była świetna. Garage rock z tendencjami do surowego bluesa i punkowym wygarem. Pięknie brzmiąca gitara, która niskim brzmieniem przejmowała też rolę nieobecnego basu. Trzeba być naprawdę wybitnie zgranym składem, żeby w tym chaosie zagrać cokolwiek, a tu leciały zupełnie kompetentnie poskładane numery, było równo a punktowe akcenty szokowały precyzją. Nie ma słów dostatecznie wielkich i wulgarnych, żeby to opisać w całości.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Muariolanza&lt;/span&gt; - Ależ to jest słabe. Niby awangardowy jazz, a jedzie konwencją jak sto diabłów. Do tego komiczny niby-rap niejakiego MB z GW i jego, mówiać delikatnie, natrętna autopromocja. Widziałem dwa razy, trzeci raz nie zamierzam.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;The National &lt;/span&gt;- Zaskakująco mocno wypadli, zważywszy na przewodnikową metkę 'baroque pop'. Ja szarpnę się na termin 'grunge dla dorosłych'. Zawodowo zagrane męskie piosenki przepełnione bólem i przemyśleniami obcymi młodzieży. Do tego podlany winem, nieco fałszujący wokalista, niezwykle przeżywający każde swoje słowo, po czubek głowy zanurzonych w muzyce a w punkcie kulminacyjnym zwyczajnie spadający ze sceny. Mogło wyjść groteskowo a wyszło bardzo dobrze. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;The Pains of Being Pure at Heart &lt;/span&gt;- Zupełnie nie rozumiem zachwytów. To wszystko już było. Joy Division, My Bloody Valentine, Velvet Underground - znamy to na wyrywki. Wykonawstwo kulało, wokalista fałszował a po godzinnym występie nie została mi w głowie ani jedna melodia czy słowo. Niby punkt wyjścia właściwy i ambicje na miejscu, ale efekt końcowy wtórny i miałki. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Spiritualized&lt;/span&gt; - Przyszli, zobaczyli, zniszczyli. Ale z takimi piosenkami nie spodziewałbym się niczego innego. Za ścianą przesterowanych gitar wiły się bluesrockowe wokale wspierane skromnym chórem gospel a wszystko razem spinała bezkompromisowa sekcja. Monumentalne, psychodeliczne utwory podbite klasyką rocka i podane z feelingiem godnym prawdziwego Południowca, choć to przecież Wyspiarze. Wstrząsające.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;The Thermals &lt;/span&gt;- Wzorcowy college rock, który z płyty na płytę robi się coraz bardziej przystępny, ale wciąż jest bardziej indie niż pop. Bardziej Superchunk niż Weezer, ale z elementami stylu i jednych i drugich. Na koncercie kolejne numery startują niczym z karabinu maszynowego, zespół zaraża energią i bawi się równie dobrze jak publiczność pod sceną. Lubię ten amerykański high-schoolowy feeling takiej muzyki, którego próżno szukać w naszym niezalu. Więcej uśmiechu, dziewczęta i chłopcy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Von Zeit&lt;/span&gt; - O jak mnie drażni takie granie. Polska smutna alternatywa w najwyższej formie - miks Janerki, Apteki i Maleńczuka. Nasuwa się pytanie: po co? Dla kogo? Dla fanów Wajdy i Świetlickiego, no tak. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;The Week That Was&lt;/span&gt; - Na ten koncert czekałem ze szczególną atencją i nie zawiodłem się. Debiutancka płyta odegrana od deski do deski plus dwa numery Field Music dla zorientowanych. Bardzo byłem ciekaw, jak ta zanużona po uszy w latach siedemdziesiątych muzyka przypadnie do gustu zgromadzonej młodzieży. Raczej nie przypadła. A szkoda, bo ten oparty w gruncie rzeczy na grze perkusji, iście staroświecki, progresywny pop spod znaku Genesis a może i Jethro Tull jest przesmakowity. Nie dajcie się zmylić moim kiepskim porównaniom - to nie jest muzyka dla trójkowych wąsaczy!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Wildbirds &amp; Peacedrums&lt;/span&gt; - Gdzieś w okolicach zarezerwowanych przez White Stripes mieści się muzyka prezentowana przez ten szwedzki duet. Potężna i gęsto grająca perkusja, niezwykle uduchowione, pełne pasji bluesowe zaśpiewy i godna pozazdroszczenia zdolność budowania napięcia - to ich znaki rozpoznawcze. Przez prawie godzinę liczył się tylko nie dający wytchnienia rytm. Rzadkiej urody pani i równie przystojny pan porwali publiczność trójkowego namiotu, który cały aż dudnił od aplauzu. Nie widziałem przez te kilka dni lepiej przyjętego koncertu. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Wire&lt;/span&gt; - Podszyty nową falą soczysty punk z korzeniami z samym jego sercu. Leciwa już ekipa nie oszczędzała się nawet na chwilę, raz po raz wbijając w ziemię zgromadzonych mocnymi riffami (piękne brzmienie gitar!) i dudnieniem sekcji. I choć po weteranach można spodziewać się lepszego zgrania, to po punkach już nie, a tu mieliśmy do czynienia ze szlachetną mieszanką jednych i drugich, dlatego lepiej być nie mogło i zwyczajnie nie musiało.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Wooden Shjips&lt;/span&gt; - Nikt mi nie powie, że bez dostępu do narkotyków tak ekipa z San Francisco stworzyłaby równie psychodeliczne twory. Transowe, oparte często na dwóch dźwiękach riffy, trwające po blisko dziesięć minut, zionęły duchem lat sześćdziesiątych. Na żywo ten fuzzowy spektakl robił spore wrażenie, nawet bez wspomagania.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight:bold;"&gt;Woody Alien &lt;/span&gt;- Dobry, mocny, krótki set, w pełni ukazujący możliwości duetu. Połamane rytmy i przepięknie przesterowany bass, dostatecznie agresywne wokale i cała masa fajnych pomysłów na to, jak te elementy ze sobą połączyć. Niesłychanie płodny skład (właśnie ukazała się trzecia płyta) robi kawał dobrej, neopunkowej roboty, bez obciachu, oczywistych plagiatów i z dużą dawką pozytywnej energii.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6033607082810413024-2200708205708634503?l=zamoichczasow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/feeds/2200708205708634503/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6033607082810413024&amp;postID=2200708205708634503' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/2200708205708634503'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/2200708205708634503'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/2009/08/off-festival-2009.html' title='OFF Festival 2009'/><author><name>Wojtek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04694854930864129944</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/SoGv0WDQuOI/AAAAAAAAAGA/ioFxzRpFZ84/s72-c/3809243586_894d08e460_o.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6033607082810413024.post-887563454570470915</id><published>2009-04-27T07:11:00.000-07:00</published><updated>2009-04-27T07:48:18.290-07:00</updated><title type='text'>Baroness + Ufomammut + Lento - Wrocław, 17.04.2009 (9.0)</title><content type='html'>&lt;object width="425" height="344"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/aA4pGzbbLrw&amp;hl=en&amp;fs=1"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowFullScreen" value="true"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="allowscriptaccess" value="always"&gt;&lt;/param&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/aA4pGzbbLrw&amp;hl=en&amp;fs=1" type="application/x-shockwave-flash" allowscriptaccess="always" allowfullscreen="true" width="425" height="344"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;br /&gt;Pierwszy dzień wrocławskiego festiwalu Asymmetry byl niestety jedynym, który udało mi się zaliczyć. Ale ze wszystkich asymetrycznych propozycji to właśnie ta inauguracyjna wydała mi się najbardziej interesującą. Silna ekipa z Firleja regularnie urządza uczty dla fanów nowego, intrygującego metalu a tym razem postarała się o cały festiwal, który ma być odpowiedzią na kultowy w tych kręgach holenderski Roadburn Festival odbywający się w ty samym czasie w Tilburgu. Zacna to inicjatywa i pionierska na naszym obsranym rynku, więc srogie pochwały należą się organizatorom. &lt;br /&gt;Wspomniany już dzień pierwszy festiwalu rozpoczął nieznany zapewne nikomu zespół Lento, który zgrabnie łączy ukradzione Pelicanowi czy Isis patenty w nieco uproszczoną ale za to energetyczną całość. Przyjemność z odbioru w dużej mierze transowego show utrudniało nagłośnienie miażdżące basami nie dającymi wyższym rejestrom szans na przebicie się do słuchaczy. Mimo to było zupełnie poprawnie. Warto dodać, że cała impreza rozgrywała się praktycznie co do minuty zgodnie z rozkładem, co stałych bywalców Firleja nie powinno dziwić, ale pozostałych, przyzwyczajonych do średniej krajowej słuchaczy mogło zaskoczyć. &lt;br /&gt;Drugim zespołem tego wieczoru był również włoski Ufomammut. Jeżeli muzyka Lento mogła kojarzyć się z krajobrazem ponowoczesnym, jakimś bunkrem atomowym targanym wstrząsami zza metrowej grubości ścian to muzyka Ufomammuta to była już wilgotna i mroczna jaskinia, gdzie nie dotarły jeszcze przejawy ucywilizowania. Barbarzyńca na wokalu darł się do maksymalnie zdelayowanego mikrofonu, co dawało ciekawy i oryginalny jak na tę scenę efekt. Poszczególne kompozycje nie odróżniały się jednak od siebie wystarczająco wyraźnie. Praktycznie każdy utwór miał tę samą konstrukcję i kończył się doomową nawałnicą utrzymaną w średnich tempach. Miejscami wiało nudą wręcz przeraźliwie, trzeba być naprawdę zagorzałym sludge'owcem, żeby docenić takie jednostajne mielenie. Ale publiczność była zachwycona. &lt;br /&gt;Zwieńczeniem tego dnia był występ pochodzącego ze stanu Georgia zespołu Baroness. Występ nieskazitelny, bezbłędny i szokująco dobry. To była matka wszystkich metalowych koncertów, wszystkie gesty i słowa i dźwięki i jęki i absolutnie wszystko było jak z podręcznika dla adeptów szkoły rocka. Ażurowe solówki i harmonijne duety gitarowe porażały mocą i dokładnością. Niepozbawione nieortodoksyjnych podziałów rytmicznych piosenki już na nagraniach sprawiają kolosalne wrażenie a na żywo zyskują jeszcze tą kosmiczną moc, która sprawia, że publiczność już zawsze będzie wracać, kiedy tylko poajwią się w mieście. Cała czwórka muzyków Baroness to pierwsza liga wykonawstwa i aż trudno uwierzyć, że to ciągle tak młodzi ludzie, skoro już potrafią tak dużo. Repertuar objął większość kompozycji z ich debiutanckiego Czerwonego Albumu (m.in. Grad, Isak, The Birthing czy Rays of Pinion) oraz szereg piosenek z poprzedających go EPek z potężnym Tower Falls na czele. Na deser urzeczony przyjęciem polskiej publiczności zespół wykonał premierowy numer z nadchodzącej płyty i jeżeli ma on być wyznacznikiem tego, co nas czeka, to już teraz wiadomo, że będzie lepiej niż dobrze. Baroness już niedługo będą zespołem rozmiarów Mastodona czy Lamb of God i kiedyś ten koncert obrośnie legendą. Ich okraszone południowym groovem riffy i złożone z nich wielopoziomowe kompozycje sprawiają wrażenie wręcz laboratoryjnie dopracowanych. A jeżeli wszystkie ich koncerty tak wyglądają to już niedługo granie w małych klubach będzie tylko wspomnieniem. Stadiony świata tylko czekają na takich herosów gitar jakimi niewątpliwie są panowie z Baroness.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6033607082810413024-887563454570470915?l=zamoichczasow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/feeds/887563454570470915/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6033607082810413024&amp;postID=887563454570470915' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/887563454570470915'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/887563454570470915'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/2009/04/baroness-ufomammut-lento-wrocaw.html' title='Baroness + Ufomammut + Lento - Wrocław, 17.04.2009 (9.0)'/><author><name>Wojtek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04694854930864129944</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6033607082810413024.post-3841062891355677670</id><published>2008-12-25T09:51:00.000-08:00</published><updated>2008-12-25T11:28:31.017-08:00</updated><title type='text'>I Hate Music 2008</title><content type='html'>Oto moje własne, subiektywne podsumowanie starego roku. Wiem, że teraz takie listy robi każdy byle recenzent z byle gustem i dostępem do internetu, takie czasy. Dzisiaj dzieciaki dzielą się na te, którym się wydaje, że będą Bloc Party i na te, którym się wydaje, że będą NME. Tych drugich jest oczywiście więcej, bo umiejętność gry na instrumencie i talent do wydobywania z niego dźwięków poruszających słuchacza, są o wiele trudniejsze do skompilowania w jednym dzieciaku, niż jakaś tam wiedza na temat danego gatunku i kilku wykonawców, potezna ilość młodzieńczej frustracji i umiejętność pisania bełkotliwych tekstów ocierających się o grafomanię i nie stroniących od chamstwa. Stąd milion blogów podobnych do mojego, docierających i, co ważniejsze, interesujących absolutnie nikogo. Ale coś trzeba w życiu robić, no nie?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak zwykle nie wyłapałem nawet 10% wartościowych płyt krążących w tej chwili po wszystkich podobnych rankingach, ale co z tego. Nie wiem co dobre, ale wiem, co mi się podoba. I tyle. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Płyty niestety tutaj:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;1. Snowman - Lazy&lt;br /&gt;2. Woody Alien - Pee and Poo in my Favorite Loo!!&lt;br /&gt;3. Fisz Emade - Heavi Metal&lt;br /&gt;4. Czesław Śpiewa - Debiut&lt;br /&gt;5. L.Stadt - s/t&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Płyty na szczęście gdzie indziej:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;1. Meshuggah - obZen&lt;br /&gt;2. The Raconteurs - Consolers of the Lonely&lt;br /&gt;3. Exit Ten - Remember The Day&lt;br /&gt;4. Fleet Foxes - s/t&lt;br /&gt;5. Weezer - Red Album&lt;br /&gt;6. Kings of Leon - Only by the Night&lt;br /&gt;7. Glasvegas - s/t&lt;br /&gt;8. Feeder - Silent Cry&lt;br /&gt;9. Clark - Turning Dragon&lt;br /&gt;10. Be Your Own Pet - Get Awkward&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Koncerty&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;1. Meshuggah / Dillinger Escape Plan @ Progresja&lt;br /&gt;2. Caribou @ Off&lt;br /&gt;3. Mugison @ ENH&lt;br /&gt;4. The Cure @ Spodek&lt;br /&gt;5. Czesław @ Alchemia&lt;br /&gt;6. Mitch &amp; Mitch / Pink Freud / Baaba / Kwadratowi @ Alchemia&lt;br /&gt;7. DAT Politics @ Off&lt;br /&gt;8. Clinic @ Off&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6033607082810413024-3841062891355677670?l=zamoichczasow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/feeds/3841062891355677670/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6033607082810413024&amp;postID=3841062891355677670' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/3841062891355677670'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/3841062891355677670'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/2008/12/i-hate-music-2008.html' title='I Hate Music 2008'/><author><name>Wojtek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04694854930864129944</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6033607082810413024.post-5760334129003641543</id><published>2008-12-12T14:26:00.000-08:00</published><updated>2008-12-12T15:00:52.652-08:00</updated><title type='text'>Fleet Foxes - Fleet Foxes (8.5)</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/SULtG7As2YI/AAAAAAAAAEw/O0SQ2rrHPy0/s1600-h/fleet-foxes-lp.jpg"&gt;&lt;img style="cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 320px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/SULtG7As2YI/AAAAAAAAAEw/O0SQ2rrHPy0/s320/fleet-foxes-lp.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5279042416407271810" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ech, chyba się starzeję... właściwie na pewno. Ależ ja lubię takie harmonie, te pogłosy... ta płyta jest dla miłośnika starych, dobrych harmonizowanych wokali niczym spełnienie snów o nagraniu prawie idealnym. Ale dość luźnych uwag, przejdźmy do meritum. Muzyka to nieskrępowany, miejscami bardzo prosty a czasem finezyjnie rozbudowany folk ocierający się w aranżacjach o akcenty muzyki, hmmm, dworskiej(!), choć w gruncie rzeczy jest to bardzo amerykańska płyta. Gitary akustyczne i śladowo elektryczne, troszkę klawiszy, oczywiście flet i subtelne bębny napędzające całość. Brzmienie jest nie tyle stylizowane na lata 60te co jest zwyczajnie żywcem z nich wyjęte. Masa pogłosów, przepięknie nagrane instrumenty wibrujące wszechogarniającym ciepłem. Jest analogowo i przytulnie. Ach, no i te wokale... Jeżeli lubisz panów Simona i Garfunkela albo to jak pięknie wszyscy Beach Boysi śpiewali razem - to jest płyta dla Ciebie. Długie frazy rezonujące gdzieś z tyłu głośników, chóralne zaśpiewy nagrane chyba w pomieszczeniu sakralnej proweniencji, choć przy dzisiejszej technice wszystko jest możliwe. Do tego przepiękne melodie, utrzymane w tej samej retro stylistyce co cała reszta. Wiem, że ta płyta jest poniekąd obciachowa. Ale dla kogoś, kto wychował się na wczesnych płytach Queen a zwłaszcza Jethro Tull płyta Fleet Foxes będzie jak wehikuł czasu przenoszący w czasy przed syntezatorami, procesorami dźwięku czy innymi wynalazkami z piekła rodem. Z drugiej strony podobnych rzeczy można posłuchać i u Devendry, i u The Shins, których status formacji kultowej jest zdaje się nienaruszalny. W podobnej stylistyce, tyle że z wybitnie brytyjskim zacięciem (wiecie, BBC radio one, top of the pops, 007 i jaguar e-type) obracają się również koledzy z The Last Shadow Puppets. Tutaj mamy klimaty raczej, khm, swojskie. Wichrowe wzgórza, błotniste wrzosowiska, wiktoriańska architektura i ogień trzaskający w kominku kiedy za oknem pada już 6 dzień z rzędu. Uff, trochę się zapędziłem być może, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że oto obcuję z dźwiękami ponadczasowymi. Pora pozbyć się wstydu, rzucić na chwilę wielkomiejskie historie o przelotnych, hałaśliwych i pustych związkach, zaćpanym i zadymionym clubbingu, wąskich spodniach i obcasach połamanych po pijaku na brukowanej drodze w centrum umęczonego deszczem metropolis. Pora wrzucić na siebie coś zwiewnego i pobiegać boso po porannej, zroszonej trawie, tarzać się w sianie i zachwycić się rozrywającą uszy ciszą towarzysząca nocy gdzieś setki mil od świateł wielkiego miasta. Płyta Fleet Foxes jest jak przepustka do takiego właśnie, lepszego świata. Serio Wam mówię.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6033607082810413024-5760334129003641543?l=zamoichczasow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/feeds/5760334129003641543/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6033607082810413024&amp;postID=5760334129003641543' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/5760334129003641543'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/5760334129003641543'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/2008/12/fleet-foxes-fleet-foxes-85.html' title='Fleet Foxes - Fleet Foxes (8.5)'/><author><name>Wojtek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04694854930864129944</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/SULtG7As2YI/AAAAAAAAAEw/O0SQ2rrHPy0/s72-c/fleet-foxes-lp.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6033607082810413024.post-344287345973345606</id><published>2008-12-12T13:52:00.000-08:00</published><updated>2008-12-12T14:25:36.014-08:00</updated><title type='text'>Made Out Of Babies - The Ruiner (7.7)</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/SULkiGMlyXI/AAAAAAAAAEo/wOrpD2txEuQ/s1600-h/1-1.jpg"&gt;&lt;img style="cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 320px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/SULkiGMlyXI/AAAAAAAAAEo/wOrpD2txEuQ/s320/1-1.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5279032987661748594" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nieprzeciętny to zespół, to fakt. Mało kto potrafi grać tak niesłychanie neurotyczną, wręcz klaustrofobiczną muzykę, której tak przyjemnie by się słuchało. Bardzo lubię puszczać znajomym sam początek poprzedniej płyty Made Out Of Babies (najlepsza nazwa zespołu ever?), czyli pierwsze sekundy Silverback. Julie Christmas wydziera się, nazwijmy to umownie, przeraźliwie, a po chwili ten zgiełk potęgują koledzy z zespołu kanonadą bębnów i niemiłosiernie przesterowanych gitar. Brzmi to jak soundtrack do ewakuacji z płonącego stadionu, gdzie ludzie tratują się nawzajem, jest ciemno, wszędzie dym, chaos i ogólna panika. Na nowej płycie kwartet z Brooklynu powiela schematy wypracowane na poprzednich dwóch płytach dokładając jednocześnie pierwiastek moim zdaniem oddzielający zespoły dobre od wybitnych - dojrzałość. Ciągle jest strasznie w znaczeniu wręcz filmowym, jest duszno i ponuro, nie jest to obraz, w którym chcielibyście wziąć udział. Tym razem szaleństwo ustępuje jednak coraz więcej miejsca premedytacji, nasze nerwy targane są z większą precyzją, choć jednocześnie pojawiają się poniekąd zaskakujące momenty specyficznego ukojenia. Coś w rodzaju tortu urodzinowego przyniesionego do celi śmierci. Niby jest słodko i wszyscy nerwowo się uśmiechają, ale wiadomo, co będzie za chwilę. Potężny głos Julie Christmas jest nieodzownym znakiem rozpoznawczym zespołu i tym razem również robi piorunujące wrażenie. Krzyk przechodzi we wrzask, który za chwilę niknie i przechodzi w tłumiony, złowieszczy szept. Brzmi to trochę jak miks Oxbow w swoim najbardziej paranoidalnym wydaniu (również w warstwie tekstowej) i Kylesa w ich mniej punkowych a bardziej transowych momentach. Szorstka, pełna zgrzytów pogłosów produkcja a'la Steve Albini jest tutaj wręcz idealna i pięknie współgra z miejscami bardzo gładkim głosem Julie, którego nie da się porównać z niczym. Ta płyta jest jak najstraszniejsza ze strasznych bajek na dobranoc. Jest jak senny koszmar, z którego nie potrafisz się obudzić. Jest cudownie powykręcana na tysiąc bardzo złych sposobów. Jest transowa, jest ciężkostrawna, jest hipnotyzująca i piekielnie odurzająca. Jest piękna.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6033607082810413024-344287345973345606?l=zamoichczasow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/feeds/344287345973345606/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6033607082810413024&amp;postID=344287345973345606' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/344287345973345606'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/344287345973345606'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/2008/12/made-out-of-babies-ruiner-87.html' title='Made Out Of Babies - The Ruiner (7.7)'/><author><name>Wojtek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04694854930864129944</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/SULkiGMlyXI/AAAAAAAAAEo/wOrpD2txEuQ/s72-c/1-1.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6033607082810413024.post-3490473855616933671</id><published>2008-12-12T13:21:00.000-08:00</published><updated>2008-12-12T14:26:04.348-08:00</updated><title type='text'>Exit Ten - Remember The Day (7.0)</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/SULcPlVW4OI/AAAAAAAAAEg/rlO0IgTFMjs/s1600-h/Remembertheday.jpg"&gt;&lt;img style="cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 320px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/SULcPlVW4OI/AAAAAAAAAEg/rlO0IgTFMjs/s320/Remembertheday.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5279023873509482722" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bardzo lubię, kiedy brytyjski zespół bierze się granie bardzo amerykańskich dźwięków, bo najczęściej wychodzi im to lepiej niż kolegom zza oceanu. Exit Ten są takim właśnie zespołem - na pierwszy rzut oka (ostatecznie może być ucha) to metalcore jakich ostatnimi laty nawypuszczało się w ilościach przyprawiających o mdłości. Właściwie od czasów debiutu Killswitch Engage (2000) wszyscy epigoni tego gatunku tylko kopiują wypracowane przez ten zespół patenty. Mało który projekt niesie ze sobą powiew odświeżającej innowacji czy chociażby tego charakterystycznego wigoru i emocji. Sama agresja i sztuczki techniczne zrobiły się nudne około roku 2002. A tymczasem panowie z Exit Ten znaleźli jakimś cudem patent na ten ograny gatunek naprawdę ciężkiej muzyki. W warstwie muzycznej mamy oczywiście i fragmenty ukradzione In Flames, i te dawno nagrane przez wspomnianych KsE czy trochę mniej zmetalizowanych 36 Crazyfists. Są tu jednak również wybitnie progresywne zakręty przywodzące na myśl wyspiarzy z Oceansize czy Sikth. Czyli jest i agresywnie i niezwykle wręcz melodyjnie (ale nie obciachowo!), ale jest też inteligentnie i intrygująco. Fantastyczny wokal przywodzący na myśl Cave In czy Open Hand dopełnia całość a być może jest też jej głównym atutem. Znajduję na tej płycie wszystko to, co bawiło mnie w oryginalnej nowej fali amerykańskiego metalu a wszystko to zmiksowane jest z tym, do czego musiałem ostatnimi laty dorosnąć, czyli jest ciężko i szybko i agresywnie, ale rozwiązania rytmiczne i kompozycyjne ze swoim post-industrialnym patosem przyprawiają czasem o zawrót głowy. Metalcore nie musi być infantylny i przerysowany, nie musi mieć przesłodzonych refrenów poganianych przesadnie brutalnymi breakdownami. Wybitnie brytyjska to płyta, choć tylko w podejściu do grania, cała reszta nosi znak jakości 'USA #1' i przynosi nadzieję, że można jeszcze wycisnąć z tego wyświechtanego przecież miksu jeszcze trochę życia. Wystarczy trochę pomyśleć.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6033607082810413024-3490473855616933671?l=zamoichczasow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/feeds/3490473855616933671/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6033607082810413024&amp;postID=3490473855616933671' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/3490473855616933671'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/3490473855616933671'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/2008/12/exit-ten-remember-day-81.html' title='Exit Ten - Remember The Day (7.0)'/><author><name>Wojtek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04694854930864129944</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/SULcPlVW4OI/AAAAAAAAAEg/rlO0IgTFMjs/s72-c/Remembertheday.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6033607082810413024.post-4661099163065248070</id><published>2008-10-01T06:20:00.000-07:00</published><updated>2008-10-01T06:47:28.660-07:00</updated><title type='text'>Glasvegas - Glasvegas (7.2)</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/SON_YYo-dcI/AAAAAAAAADw/gccKtUnE36o/s1600-h/61Obri3-90L._SS500_.jpg"&gt;&lt;img style="cursor:pointer; cursor:hand;" src="http://1.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/SON_YYo-dcI/AAAAAAAAADw/gccKtUnE36o/s320/61Obri3-90L._SS500_.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5252181647352034754" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie będę ukrywał, że odczuwam sentyment do brytyjskiej sceny shoegaze odkąd po raz pierwszy usłyszałem niemiłosiernie przesterwane dźwięki My Bloody Valentine. Nie jest również tajemnicą, że brzmienia amerykańskiego folku czy też proto-rock'n'rolla są mi równie bliskie. W przypadku debiutu Glasvegas mamy do czynienia z bardzo udaną mieszanką obu tych stylów. Z jednej strony fuzz, delay, distortion i reszta kolekcji bossa (gitarowcy wiedzą, którego) AD 1991, mgła, smutek i cierpienie. Z drugiej Buddy Holly a może nawet Pete Seeger, brzęczącze gitary i uniwersalne teksty o życiu ze wszystkimi jego mniej lub bardziej przyziemnymi okolicznościami. Takie emo-rockabilly, że tak pozwolę sobie na frywolne ometkowanie. Buja jak stado bizonów na barce sunącej Mississippi, zniewala jak grobowa atmosfera Disintegration. James Allen wygląda niczym Joe Strummer za najlepszych czasów a śpiewa w tak charakterystyczny sposób, że wszelkie niedociągnięcia stają się niezauważalne. Pięknie podciąga frazy aż do jakiegoś skowytu, cudownie wpasowującego się w senną (ale nie usypiającą!) atmosferę piosenek. To jest dream-pop dla klasy robotniczej. Lata 50te w aranżacji Tima Burtona miałyby taki właśnie soundtrack. Jedyny mankament jakis znajduję to fakt, że to samo robili Jesus &amp; Mary Chain jakieś 20 lat temu, odgrywali materiał godny The Beach Boys w swoim gotycko-atmosferycznym stylu. Dlatego właśnie ocena taka a nie inna, za wysoka jak na dość przeciętnie oryginalne brzmienie, ale z racji wspomnianego już sentymentu i niewątpliwej siły i jakości zawartych na płycie piosenek musi być właśnie taka. Genialne singlowe 'Geraldine' i 'Daddy's Gone' nie odstają od dość równego poziomu całości. Pięknie się tego słucha w podróży, jaka by ona nie była. Czy to za kierownicą czy zapadając w sen, czy może podczas post-narkotycznego chilloutu, rozmyte efektami riffy i chóralne wokale wygrywające wspólnie słodko-gorzkie melodie stanowią naprawdę solidną ścieżkę dźwiękową tego rodzaju wydarzeń. Jedna z najlepszych płyt jaką słyszałem w tym roku.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6033607082810413024-4661099163065248070?l=zamoichczasow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/feeds/4661099163065248070/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6033607082810413024&amp;postID=4661099163065248070' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/4661099163065248070'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/4661099163065248070'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/2008/10/glasvegas-glasvegas-72.html' title='Glasvegas - Glasvegas (7.2)'/><author><name>Wojtek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04694854930864129944</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/SON_YYo-dcI/AAAAAAAAADw/gccKtUnE36o/s72-c/61Obri3-90L._SS500_.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6033607082810413024.post-6309480007792174256</id><published>2008-10-01T05:27:00.000-07:00</published><updated>2008-10-01T06:17:32.503-07:00</updated><title type='text'>Girl Talk - Feed the Animals (2.5)</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/SON4Zr_YeqI/AAAAAAAAADo/Fg7ainpcX2I/s1600-h/2593509060_70251ed0c5_o.jpg"&gt;&lt;img style="cursor:pointer; cursor:hand;" src="http://4.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/SON4Zr_YeqI/AAAAAAAAADo/Fg7ainpcX2I/s320/2593509060_70251ed0c5_o.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5252173973144763042" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;'Since when did yelling over our favorite hits from the 80s become music? Can you stop swearing over that song I wanna hear?' mówi Natasha Leggero w swoim przezabawnym stand-upie o współczesnym hip-hopie. I to właściwie wystarczyłoby za recenzję płyty Girl Talk, ale nie odmówię sobie przyjemności dołożenia swoich kilku groszy. Posłuchajmy co tu mamy ciekawego... o, temple of the dog.. no i lil wayne.. hmm... o! beastie boys.. a teraz the cure .. a to przecież procol harum... no i missy elliot.. i DMX... i young gunz... hej, teraz yo la tengo... heh, nawet metallica.. nine inch nails?... hmm, nudy. Jeżeli używanie cudzych piosenek jako podkładów do swoich rymów to zwykłe lenistwo to jak nazwać płytę będącą jednym wielkim mash-upem? Ja nazywam ją najnudniejszą rzeczą wydaną w tym roku. Ok, bardzo lubie sporą część wymieszanych tu numerów, ale co z tego? Powiedzmy, że faktycznie ileśtam czasu i cierpliwości wymaga pocięcie tego wszystkiego i złożenie w godzinny materiał, ale, powtarzam, co z tego? To nie jest muzyka. To nie jest sztuka. To być może jest co najwyżej jakaś hochsztaplerka, kuglarstwo zwyczajnie. Dźwięki wypełniające luki pomiędzy blokami reklamowymi na mtv. Że niby fajna zabawa tak sobie usiąść i zgadywać skąd ten fragment. 'Zabawa' ta robi się nudna po 2 minutach. Jakim cudem ten w 100% odtwórczy produkt muzyko-podobny gdzie nie spojrzę zdobywa tyle dobrych ocen - nie mam pojęcia. Ani to nowatorskie (czy komuś mówi coś nazwa Danger Mouse?) ani zabawne (nothing compares 2 u vs gettin' some? nie sądzę). Cała ta wycinanka mogłaby robić wrażenie, gdyby odbywała się w czasie rzeczywistym. Być może. Z płyty jednak wieje nudą na niespotykaną skalę. Żeby z tylu dobrych numerów zrobić jeden beznadziejnie usypiający, duża sztuka. Jedyne punkty należą się za dystrybucję darmowo-internetową, którą popieram całym sercem w oczekiwaniu na krach przemysłu muzyczngo w jego ciągle jeszcze obecnej formie. Poza tym nie da się o czwartej już płycie Gregga Gillisa powiedzieć niczego dobrego. Mash-upy są stare, nudne i zdecydowanie uncool. Dziwię się, że ktoś jeszcze się na nie nabiera.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6033607082810413024-6309480007792174256?l=zamoichczasow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/feeds/6309480007792174256/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6033607082810413024&amp;postID=6309480007792174256' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/6309480007792174256'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/6309480007792174256'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/2008/10/girl-talk-feed-animals-25.html' title='Girl Talk - Feed the Animals (2.5)'/><author><name>Wojtek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04694854930864129944</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/SON4Zr_YeqI/AAAAAAAAADo/Fg7ainpcX2I/s72-c/2593509060_70251ed0c5_o.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6033607082810413024.post-7124872374233259598</id><published>2008-10-01T04:32:00.000-07:00</published><updated>2008-10-01T06:49:02.923-07:00</updated><title type='text'>Metallica - Death Magnetic (8.9)/(3.2)</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/SONsVcl_EgI/AAAAAAAAADg/DXAyaIZ88YM/s1600-h/267679650934c07ca002yi5.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:none;cursor:pointer; cursor:hand;" src="http://2.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/SONsVcl_EgI/AAAAAAAAADg/DXAyaIZ88YM/s320/267679650934c07ca002yi5.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5252160706152698370" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;(8.9)&lt;br /&gt;No kurwa nareszcie! Metallica wraca w wielkim stylu. Potężne, thrashowe riffy. Numery chociaż długie nie nużą nawet na chwilę. Słucha się tego jak zaginionego łącznika między ...And Justice For All a Czarnym Albumem. Chłopaki (?) mają po 45 lat a nie oszczędzają się zupełnie jakby mieli po 25. Kirk Hammett gra solówki niczym młody bóg, James śpiewa wyżej niż przez ostatnie, hmm, 20 lat, Lars gra jak nigdy, podwójna stopa niszczy! Wszystko brzmi dynamicznie, agresywnie i bardzo w stylu ich najlepszych płyt z lat 80tych. Jest ostro, jest szybko, tradycyjne już power-ballady to raczej 'One' niż 'Mama Said'. Nawet struktura albumu przypomina te z lat świetności - album otwiera i zamyka thrashowy duet 'That was just your life'/'My apocalypse', po drodze mamy gigantyczny instrumental z harmoniami a'la Thin Lizzy i pojedynkiem na solówki, jest wszystko to, na co liczyli fani zespołu. Zatrudnienie Ricka Rubina okazało się genialnym pomysłem, Rick tradycyjnie już wyciągnął z zespołu wszystko co najlepsze, przypilnował solidnego, metalowego brzmienia, miejmy nadzieję, że współpraca zespołu z producentem nie zakończy się na jednym albumie. Metal up your ass!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;(3.2)&lt;br /&gt;Kiedy świat obiegła informacja, że Rick Rubin zastąpi na stołku producenckim uber-popowego Boba Rocka wszyscy fani już zaczęli świetowanie triumfalnego powrotu kwartetu z San Francisco do formy po jakże nieudanym, wręcz traumatycznym 'St. Anger'. 'Death Magnetic faktycznie przedstawia się znacznie lepiej, ale ciągle jest bardzo źle. Piosenki są sztucznie rozdmuchane do absurdalnych rozmiarów, średnio udane riffy upychane są w nich na siłę, intro niejednokrotnie nie ma nic wspólnego z resztą piosenki. Jasne, jest bardziej thrashowo, pierwszemu odsłuchowi towarzyszy wrażenie, że oto Metallica po raz pierwszy od 20 lat nagrała płytę naprawdę metalową, wymagającą osłuchania się z materiałem, nie wpadającą w ucho od pierwszej sekundy. Za to zdecydowanie należy się muzykom szacunek, w końcu wykrzesać z siebie tyle energii przed pięćdziesiątką to spory wyczyn. Szkoda tylko, że cała ta energia nie przekłada się na solidne piosenki. W czasach kiedy takie zespoły jak Mastodon czy Trivium nagrywają metalowe płyty godne nowego tysiąclecia jednocześnie garściami czerpiąc z całego katalogu wczesnych płyt Metalliki właśnie, sama Metallica wygląda na ich tle nieporadnie i słabo. Do tego dochodzi koszmarne brzmienie. Jak mi doniesiono Rick Rubin wziął 2 miliony dolarów za tę płytę. No cóż. Fajnie, że przypilnował chłopaków, żeby odrobili zadanie domowe i wpadli w tryb pracy sprzed 20 lat, ale to jak absolutnie spierdolone jest tutaj... wszystko, jest niewybaczalne. Dźwiękowe bagno, które brzmi źle na każdym sprzęcie odsłuchowym, kompresja wypalająca głośniki, amatorskie błędy realizacyjne, coś strasznego. Ale będąc oficjalnie najlepiej sprzedającą się kapelą na świecie pewnie można sobie pozwolić nawet na najgorsze brzmienie, bo 100 milionów fanów i tak w ciemno kupi wszystko. Nowy basista Trujillo został starym metallikowym zwyczajem zmarginalizowany praktycznie do zera. Gwoździem do trumny (sic) jest gra Larsa Ulricha, który jest teraz oficjalnie najbardziej leniwym perkusistą, jakiego słyszałem. Nic mu się nie chce, mimo wspomagania się metronomem gra krzywo, zupełnie bez pomysłu. Jest słabo i pewnie już nie będzie lepiej.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6033607082810413024-7124872374233259598?l=zamoichczasow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/feeds/7124872374233259598/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6033607082810413024&amp;postID=7124872374233259598' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/7124872374233259598'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/7124872374233259598'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/2008/10/metallica-death-magnetic-8832.html' title='Metallica - Death Magnetic (8.9)/(3.2)'/><author><name>Wojtek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04694854930864129944</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_8-9HZFvdWmk/SONsVcl_EgI/AAAAAAAAADg/DXAyaIZ88YM/s72-c/267679650934c07ca002yi5.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6033607082810413024.post-6975518763995933511</id><published>2008-08-06T13:34:00.000-07:00</published><updated>2008-08-06T14:29:28.654-07:00</updated><title type='text'>Clark - Turning Dragon (8.8)</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://img93.imageshack.us/img93/7766/d3bd5f5777fedbed89a23f2tu0.jpg"&gt;&lt;img style="cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px;" src="http://img93.imageshack.us/img93/7766/d3bd5f5777fedbed89a23f2tu0.jpg" border="0" alt="" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Cudowne dziecko wytwórni Warp atakuje kolejnym albumem pełnym muzyki, którą śmiało można nazwać housem z piekła rodem. Potężne beaty raczej niszczą wszystko, co spotkają na swojej drodze niż porywają do całonocnego tańca. Dramatycznie poszatkowane mniej lub bardziej popowe sample tylko cudem unoszą się na powierzchni, pod którą buzują mroczne, basowe, wibrujące analogowym brudem chmary dźwięków dziwnych i niepokojących. To jest właśnie prawdziwy industrial, wszystko pulsuje i drga, w powietrzu unosi się zapach smaru, rdzy i potu, byłoby zupełnie ciemno gdyby nie brzęczące i żarzące się niezdrowym światłem tu i ówdzie świetlówki. Po środku całego tego brudnego hałasu zasiada clark i w sterylnych czeluściach laptopa składa poszczególne elementy w niepokojąco logiczną czałość. Kolejne utwory zdają się wypływać po kolei, jeden z drugiego, jakiś nieistotny w zasadzie element poprzedniego staje się podstawą następnego, zupełnie jakbyśmy byli przenoszeni do kolejnych pomieszczeń jakiegoś złowrogiego kombinatu i trafiali na jego coraz bardziej groteskowych użytkowników. Jest tutaj chłodno i nieprzystępnie, każde ewentualne źródło ciepła przysporzy nam raczej oparzeń niż nas ogrzeje. Cybernetyczne szaleństwo wagi najcięższej okraszone nielicznymi, syntezatorowymi chwilami wytchnienia. Generalnie jednak nie ma tu miejsca na litość, jest tylko trwoga. Na nieco zatęchłej z punktu widzenia jej niedzielnego słuchacza scenie pokiereszowanego IDM Clark jawi się jako iskierka nadziei, że naszpikowane kwasowymi flashabackami hardcore'owo-elektronicze horrory mają się dobrze. Nieodżałowany cieszyński koncert, jak wiem z dobrze poinformowanego żródła, potwierdził jedynie klasę i rosnący status Clarka w półświatku pogiętej i wywołującej torsje wśród niezorientowanych słuchaczy elektroniki. Jeżeli Justice są tak francuscy jak tylko może być francuski house, tak Clark jest tak brytyjski jak tyko brytyjski może być hałas spod znaku Aphex Twina czy Squarepushera. Jest nocnym koszmarem post-rave'owej sceny odchorowującej narkotyczne lata 90te, jest apokaliptyczną przepowiednią odwzorowującą atmosferę implodującego imperium. Tylko dla tańczących po ciemnej stronie mocy.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6033607082810413024-6975518763995933511?l=zamoichczasow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/feeds/6975518763995933511/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6033607082810413024&amp;postID=6975518763995933511' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/6975518763995933511'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/6975518763995933511'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/2008/08/clark-turning-dragon-88.html' title='Clark - Turning Dragon (8.8)'/><author><name>Wojtek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04694854930864129944</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6033607082810413024.post-4556850391426146396</id><published>2008-08-06T12:44:00.000-07:00</published><updated>2008-08-06T13:29:44.119-07:00</updated><title type='text'>Lau Nau - Nukkuu (7.8)</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://img244.imageshack.us/img244/8790/launaunukkuucdrecordxp5.jpg"&gt;&lt;img style="cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px;" src="http://img244.imageshack.us/img244/8790/launaunukkuucdrecordxp5.jpg" border="0" alt="" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Taka płyta mogła powstać tylko w Finlandii. Posępne, mroźne, szare niczym wschód słońca w środku zimy melodie. Tajemnicza Lau Nau (naprawdę Laura Naukkarinen) serwuje nam przepięknie smutne piosenki (?) będące kwintesencją psychodelicznego folku. Tradycyjne fińskie instrumentarium podrasowane klasycznie skandynawską elektroniką spod znaku Mum w połączeniu z anielskim głosem Lau Nau (oraz gości z helsińskiego, acid-folkowego kolektywu zebranego wokół wytwórni Locust) w sumie dają piorunujący w swej prostocie efekt. Gdyby Ben Chasny znany Six Organs of Admittance mieszkał w finlandii pewnie tak brzmiałaby jego muzyka. Niby skandynawska, ale z korzeniami gdzieś w dalekiej Azji, słychać tutaj pogłosy gdzieś z tuwańskich stepów. Transowa ale nigdy nużąca, idealna na, cóż, zimowy wieczór. Delikatny, ciepły wokal Lau Nau cudownie kontrastuje z chłodnymi brzdękami z nierozpoznawalnych przeze mnie instrumentów szarpanych, stukanych i potrząsanych. W innych miejscach jest ich idealnym uzupełnieniem. Szumiąca, pogłosowa produkcja sprawia wrażenie bardzo organicznej i dodaje Nukkuu atmosfery tajemniczości, pozwala muzyce przenieść nas gdzieś hen na północ, gdzie po zmroku, przy rozpalonym ogniu Lau Nau wyśpiewuje czy raczej mruczy swoje rzewne historie. Jest trzaskający mróz za oknem, jest ciepło bijące z paleniska, jest tajemnica, jest psychodelia, jest cudowna muzyka, jest autentycznie, jest pięknie. Owszem, tu i ówdzie słychać i komputery, i fuzzowane gitary, ale nie psują one wrażenia obcowania z rzeczą autentycznie ludową w najlepszym tego słowa znaczeniu. Magiczna to płyta, polecam wszystkim tym, którzy lubią zasypiać przy muzyce i nie lubią koszmarów. Cudowne doznania senne (i nie tylko!!) gwarantowane.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6033607082810413024-4556850391426146396?l=zamoichczasow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/feeds/4556850391426146396/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6033607082810413024&amp;postID=4556850391426146396' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/4556850391426146396'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/4556850391426146396'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/2008/08/lau-nau-nukkuu-78.html' title='Lau Nau - Nukkuu (7.8)'/><author><name>Wojtek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04694854930864129944</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6033607082810413024.post-3031851140802222248</id><published>2008-07-16T11:00:00.000-07:00</published><updated>2008-07-16T11:52:53.581-07:00</updated><title type='text'>We Are Scientists - Brain Thrust Mastery (5.1)</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://bp0.blogger.com/_8-9HZFvdWmk/SH5DapAWXlI/AAAAAAAAACA/RHCACr3syhs/s1600-h/51q4kCaYHYL.jpg"&gt;&lt;img style="cursor:pointer; cursor:hand;" src="http://bp0.blogger.com/_8-9HZFvdWmk/SH5DapAWXlI/AAAAAAAAACA/RHCACr3syhs/s320/51q4kCaYHYL.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5223686742759333458" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zacznijmy od tego, że Scientists promowali swoją nową płytę serią wykładów na temat tytułowego 'pchnięcia mózgiem'. Wykłady odbyły się na kilku brytyjskich uczelniach i bardziej przypominały stand-up comedy niż naukowe wywody. Tyle wiem i tyle wystarczy. Głupi pomysł, ale na szczęście płyta niegłupia. W każdym razie mogło być gorzej. Ale do rzeczy. Cóż to za brzmienie! Scientists porzucili surowe, szorstkie, niemal hard-rockowe dudnienie na rzecz połyskującego, popowego mruczenia. Podobnie sprawa ma się z piosenkami. Na debiucie udowodnili, że potrafią pisać solidne, dynamiczne i przemyślane piosenki, pozostające w pamięci na dłużej niż regulaminowe 3 minuty. "Brain Thrust Mastery" w zasadzie potwierdza wspomnianą umiejętność, do diagnozy należy dorzucić dryg do iście Muse'owych aranżacji. Mniej tu punkowej zadziorności nowojorskiej nowej fali a więcej pastelowego szyku rodem z lat 80tych. Tempa jakby wolniejsze, niesamowity perkusista sadzący pokręcone beaty na debiucie teraz wycofał się z takich pomysłów prawie zupełnie. Do tego po nagraniu płyty opuścił zespół, ponoć polubownie, trochę szkoda, bo rzadko się trafia tak pomysłowy bębniarz w kapeli obracającej się w tej stylistyce co We Are Scientists. Na szczęście panowie wypracowali sobie jakieś tam, swoje, w miarę oryginalne brzmienie i zarówno wygładzenie produkcji jak i wzbogacenie aranżacji nie zrobiły owemu brzmieniu większej krzywdy. Mamy tu do czynienia z przeskokiem podobnym do tego, jaki dokonał się między "Showbiz" a "Origin of Symmetry" wspomnianych wyżej Muse. Troszkę się dorosło, dostało się więcej forsy na nagrania i można sobie pozwolić na różne studyjne sztuczki, organiczność ustępuje miejsca syntetyczności. Na froncie piosenkowym jest w zasadzie podobnie jak na debiucie, z tą różnicą, że tu i tam pojawiają się urokliwe, bardzo radiowe rzeczy w rodzaju "Spoken For" lub "That's What Counts". To tu pojawiają się dęciaki, gdzieś z tyłu mruczą organy hammonda czy ksylofon, miejscami robi się naprawdę nostalgicznie i wieje latami 80tymi aż miło. Nie odnoszę jednak wrażenia, że jest to zabieg czysto marketingowy i bardziej radiowy repertuar ma na celu, no cóż, radiową karierę. Ironiczne teksty i niejednokrotnie przerysowana forma dają nadzieję, że wszystko to tylko zgrywa, zabawa w tworzenie soundtracku do odcinka Miami Vice w oparciu o nowoczesny dance-punk. Mimo to płyta jako całość przekonuje mnie znacznie mniej niż "With Love and Squalor". Nie ma tutaj tej energii, która rozsadzała ich debiut głównie dzięki frenetycznej, wibrującej sekcji rytmicznej. Jest za to przepych formy i 'ładne' melodie. Nie każdemu taka zamiana przypadnie do gustu. We Are Scientists stoją przed wyborem - albo elegancko skrojona czarna zamszowa marynarka z naderwaną kieszenią i buttonem "The Stooges" w klapie albo pastelowa dwurzędówka z podwiniętymi rękawami i białymi ray-banami do kompletu. Nie wiem, czy to ma sens, ale tak to widzę.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6033607082810413024-3031851140802222248?l=zamoichczasow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/feeds/3031851140802222248/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6033607082810413024&amp;postID=3031851140802222248' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/3031851140802222248'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/3031851140802222248'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/2008/07/we-are-scientists-brain-thrust-mastery.html' title='We Are Scientists - Brain Thrust Mastery (5.1)'/><author><name>Wojtek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04694854930864129944</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://bp0.blogger.com/_8-9HZFvdWmk/SH5DapAWXlI/AAAAAAAAACA/RHCACr3syhs/s72-c/51q4kCaYHYL.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6033607082810413024.post-7425254740274199877</id><published>2008-07-15T13:02:00.000-07:00</published><updated>2008-07-15T13:40:47.137-07:00</updated><title type='text'>The Raconteurs - Consolers of the Lonely (8.7)</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://bp3.blogger.com/_8-9HZFvdWmk/SH0LMPNoXOI/AAAAAAAAAB4/RudrmlQBLJM/s1600-h/pe-raconteurs-consolers_of_the_lonely.jpg"&gt;&lt;img style="cursor:pointer; cursor:hand;" src="http://bp3.blogger.com/_8-9HZFvdWmk/SH0LMPNoXOI/AAAAAAAAAB4/RudrmlQBLJM/s320/pe-raconteurs-consolers_of_the_lonely.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5223343447689682146" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dajmy sobie spokój z całym tym zamieszaniem wywołanym formą wydania tej płyty. Tak, wiemy, przemysł muzyczny w obecnej postaci jest martwy, mało kto zauważa jednak, że kona już dobre 10 lat. Zostawmy dywagacje na temat internetowej dystrybucji muzyki nerdom innego rodzaju i poświęćmy się w całości muzyce jako takiej. A jest o czym rozmawiać. Już "Broken Boy Soldiers" dała po dupie wszystkim pseudo-rockowym wypierdkom tego świata, ale to, co dzieje się na "Consolers of the Lonely" to już jest prawdziwa rzeź. Umówmy się, że żyjemy w prawidłowo skonstruowanej rzeczywistości i każdy konsument mianujący się fanem rocka pada na kolana na sam dźwięk słów Led Zeppelin, The Beatles czy The Who. W takiej rzeczywistości żyją muzycy The Raconteurs i dumnie składają hołd wyżej wymienionym i bezsprzecznie zasłużonym. Jak każdy dobry rock'n'roll, ten zawarty na omawianej pławi się w rhythm'n'bluesowych tradycjach. Solidny groove rządzi każdym utworem, sekcja trzyma się go na śmierć i życie. Brzmienia znad Mississippi spotykają te znad Tamizy, stara szkoła ociera się o nową i wspólnie tworzą Rocka przez największe możliwe R. Aranżacje kolejnych utworów zniewalają bogactwem instrumentarium i przede wszystkim pomysłów na ich wykorzystanie. Niby jest tutaj masa zagrywek na kllwiszach, skrzypcach, lapsteelach, są pięknie nagrane dęciaki, są chóralne zaśpiewy całego zespołu (i przyjaciół?) a mimo to nie znajduję tutaj zbędnego dźwięku. Jack White z kolegami pokazują, że środkami znanymi już 50, 70 czy 100 lat temu można osiągnąć efekty godne nowego tysiąclecia. Pewnie, że całkiem niedawno podobnego 'odkrycia' hard rocka na nowo dokonała cała fala zespołów z Wolfmother na czele, ale w przeciwieństwie do nich The Raconteurs zawierają na swoih płytach nie tylko swoje fascynacje, ale i całych siebie z pełnym bagażem rock'n'rollowych doświadczeń. To nie są odgrzewane kotlety tylko cudowna fantazja na temat, reinterpretacja nie pozostawiająca wrażenia deja vu. Melodie chwytają za co popadnie i nie chcą puścić, refreny zostają w głowie na o wiele dłużej niż większość nowomodnych, garażowych zespołów miałaby nadzieję. Nie ma co się rozpisywać dłużej, każdy niewolnik porządnego gitarowego riffu będzie wielbił tę płytę już zawsze a każdy młodzian wkraczający dopiero do szkoły rocka powinien obowiązkowo dołączać ją do kolekcji tuż obok wymienionych powyżej tuzów. Nie ma tu słabych momentów i aż szkoda, że jest to jedynie projekt poboczny wszystkich zainteresowanych. Życzmy sobie więcej takich powrotów do przeszłości, o ile będą one tak inspirujące dla przyszłych adeptów Rocka jak ten krążek.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6033607082810413024-7425254740274199877?l=zamoichczasow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/feeds/7425254740274199877/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6033607082810413024&amp;postID=7425254740274199877' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/7425254740274199877'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/7425254740274199877'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/2008/07/raconteurs-consolers-of-lonely-87.html' title='The Raconteurs - Consolers of the Lonely (8.7)'/><author><name>Wojtek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04694854930864129944</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://bp3.blogger.com/_8-9HZFvdWmk/SH0LMPNoXOI/AAAAAAAAAB4/RudrmlQBLJM/s72-c/pe-raconteurs-consolers_of_the_lonely.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6033607082810413024.post-5194903908726629265</id><published>2008-07-15T11:48:00.000-07:00</published><updated>2008-07-15T12:59:48.043-07:00</updated><title type='text'>Alkaline Trio - Agony and Irony (6.1)</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://bp1.blogger.com/_8-9HZFvdWmk/SHzyvPd3dPI/AAAAAAAAABo/h2_87W61BGE/s1600-h/AlkalineAgonyIrony.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:left;cursor:pointer; cursor:hand;" src="http://bp1.blogger.com/_8-9HZFvdWmk/SHzyvPd3dPI/AAAAAAAAABo/h2_87W61BGE/s320/AlkalineAgonyIrony.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5223316561262507250" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Wyobraźcie sobie połączenie wszystkiego co najlepsze w melodiach autorstwa Riversa Cuomo i cmentarnym poczuciu humoru Petera Steela. Wyobraźcie sobie Misfits na miarę dwudziestego pierszego wieku. Zgrabne, niemalże pop-punkowe, ale przenigdy przesłodzone melodie. Krótkie, wybuchowe piosenki łączące zadziorne riffy, 'mroczne' czy też 'pseudo-gotyckie' smaczki organowo-smyczkowe, pompatyczne refreny i tyle czarnego humoru w tekstach, ile tylko jesteście w stanie unieść. To właśnie Alkaline Trio na kolejnym etapie doskonalenia swojej odmiany nowoczesnego punka, i choć najlepsze dokonania mają już chyba za sobą to nie rozczarowują i nie schodzą poniżej pewnego poziomu. Należy się najwidoczniej przyzwyczaić, że takich petard jakie mieliśmy przyjemność usłyszeć na "From Here to Infirmary" czy "Good Mourning" będziemy słyszeć coraz mniej. Podobnie sytuacja się ma z nowym brzmieniem, stopniowo dopieszczanym od samego właściwie początku istnienia kapeli. Im więcej pieniędzy na nagranie kolejnego LP tym więcej ewidentnie czysto studyjnych zagrywek, efektów wielu godzin wyszukiwania sampli i bawienia się przeróżnymi brzmieniami. Wygładzone i upstrzone efektami brzmienie najnowszej płyty trójki z Chicago może razić fanów ortodoksyjnie przywiązanych do najstarszych dokonań zespołu, mocno zakorzenionych w hardcore-punku połowy lat 90tych. Alkaline Trio przeszli długą drogę, "I'm all grown up, so full of hate" niech będzie podsumowaniem tejże. Dzisiaj to prawie że stadionowych rozmiarów rockowe hymny, które jakimś sposobem nie tracą jakże charakterystycznej dla zespołu aury nocnego, cmentarnego spaceru, opowieści o famme fatale prosto z horroru klasy B czy czarnej mszy odprawionej pod nieobecność rodziców w piwnicy kolegi. Ateizm, nihilizm, sarkazm i orgazm, tak za klasykiem w postaci Woody'ego Allena można streścić zagadnienia poruszane w mniej lub bardziej ironicznych tekstach, jednym ze znaków rozpoznawczych AT. Obowiązkami wokalisty dzielą się mniej więcej po równo Matt Skiba i Dan Adriano (odpowiednio: gitara i bas) i choć to Skiba jest niekwestionowanym liderem to obydwaj z owych obowiązków wywiązują się znakomicie. Całości dopełnia pełna wigoru gra perkusisty, Dereka Granta, który jako pierwszy doznał zaszczytu zagrania na więcej niż jednej płycie. Mam wrażenie, że muzyka Alkaline Trio będzie już zawsze wzbudzać skrajne uczucia. Dla jednych będzie to kolejny Fall Out Boy, nie wnosząca nic istotnego pop-punkowa gwiazdka, a dla innych zespół wybijający się ponad codzienną, melodic-punkową przeciętność pomimo skromnych środków jakimi dysponuje. Nowa płyta jest na tyle charakterystyczna (przypadek A) i na tyle dobra (przypadek B), że najpewniej jedynie utrzyma w powyższym przekonaniu zarówno jednych jak i drugich.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6033607082810413024-5194903908726629265?l=zamoichczasow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/feeds/5194903908726629265/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6033607082810413024&amp;postID=5194903908726629265' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/5194903908726629265'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/5194903908726629265'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/2008/07/alkaline-trio-agony-and-irony-61.html' title='Alkaline Trio - Agony and Irony (6.1)'/><author><name>Wojtek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04694854930864129944</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://bp1.blogger.com/_8-9HZFvdWmk/SHzyvPd3dPI/AAAAAAAAABo/h2_87W61BGE/s72-c/AlkalineAgonyIrony.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6033607082810413024.post-3151613616830066123</id><published>2008-02-20T09:11:00.000-08:00</published><updated>2008-02-20T11:42:57.120-08:00</updated><title type='text'>The Cure + 65 Days of Static, Katowice, 19.02.2008 (7.2)</title><content type='html'>&lt;object width="425" height="355"&gt;&lt;param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/dn4usx1LU9M&amp;rel=1"&gt;&lt;/param&gt;&lt;param name="wmode" value="transparent"&gt;&lt;/param&gt;&lt;embed src="http://www.youtube.com/v/dn4usx1LU9M&amp;rel=1" type="application/x-shockwave-flash" wmode="transparent" width="425" height="355"&gt;&lt;/embed&gt;&lt;/object&gt;&lt;br /&gt;Czekając na rozpoczęcie wczorajszego koncertu zastanawiałem się, który raz jestem w spodku i nie potrafiłem się doliczyć. Stanęło na 14 imprezach, ale ciągle mam wrażenie, że którąś mi umknęła. I chociaż niezwykle rzadko się zdarza, żeby wszystko w spodku odbyło się jak należy to mimo wszystko uwielbiam tam jeździć i po uporaniu się z nieuprzejmą ochroną, stanąć w miejscu dokładnie pod kopułą na samym środku płyty i wysłuchać kiepsko nagłośnionego koncertu jednocześnie próbując cokolwiek dojrzeć na zbyt niskiej scenie. Podobnie było wczoraj, ale zjawiskowość samego koncertu rekompensowała niedostatki natarczywie narzucające się z każdej strony. Niedostatki te to osobna historia, niedorobiony materiał ludzki nie liczący się z obecnością innych koncertowiczów i uprzykrzający im życie na tysiąc różnych sposobów jest obecny na każdej imprezie większej niż, powiedzmy, 12 osób i kiedyś poświęcę mu cały felieton. Tymczasem przejdżmy do meritum. O dziwo o czasie na scenie pojawili się anglicy z 65 days of static. Powiem krótko – nie widziałem tak intensywnego emocjonalnie koncertu od czasu akustycznego występu Oxbow zeszłej wiosny. Mieszanka monumentalnego post-rocka spod znaku Godspeed! You Black Emperor z wyspiarską elektroniką a'la wytwórnia WARP dała piorunujący efekt. Pół godziny to dla tego składu zdecydowanie za mało, ale wystarczyło, żeby zrobić naprawdę dobre wrażenie na słuchaczach. Równie punktualna była gwiazda wieczoru, zaczęli od Open i chyba dobrze zrobili, bo gdyby wystartowali z Plainsong to pewnie straciłbym przytomność z wrażenia. Ale nie ma tego złego, gdzieś po godzinie zagrali To Wish Impossible Things czym prawie osiągneli wspomniany efekt. Zupełnie beziwednie przelecieli przez katalog obowiązkowy z Lovesong, Lullaby i Just Like Heaven na czele, później przystąpili do odegrania materiału mniej oczywistego dla niedzielnego fana zespołu. Im dalej w las tym ciemniej, można by rzec, melodie robiły się coraz mroczniejsze, pojawiły się takie depresanty jak Shake Dog Shake, Never Enough czy One Hundred Years. Jeszcze tylko potraktowany bardzo dosłownie End i schodzą ze sceny. 2 godziny koncertu za nami. Przygotowane z premedytacją bisy różniły się nieco od tych granych na pozostałych koncertach na tej trasie. Po pierwszej części zakończonej fenomenalnym A Forest zniknęli tym razem na krótką chwilę po czym wrócili i zmietli spodek z powierzchni ziemi punkowymi oldiesami w liczbie siedmiu, od Three Imaginary Boys przez Boys Don't Cry aż po wymarzony finał w postaci Killing an Arab. 2 godziny 50 minut. Ale to jeszcze nie koniec, Smith znów przy mikrofonie a ze sceny płynie jeszcze Why Can't I Be You, utwór numer 36 (słownie: trzydzieści sześć). A był to najkrótszy set na tej trasie! Trzy godziny to dla The Cure 2008 absolutne minimum, nie znam drugiego zespołu, który po 30 latach na scenie atakuje fanów połową swoich piosenek (w tym w większości swoich najlepszych) podczas jednego wieczoru. Wart podkreślenia jest fakt, że zesół na żywo jest bezbłędny, ostatni raz taki profesjonalizm widziałem na koncerie U2 ponad dwa lata temu. Mimo to brzmienie  mogło pozostawić niedosyt bo chociaż Porl dwoił się i troił, żeby wypełnić pustkę spowodowaną brakiem klawiszy to wszystkie jego starania na niewiele się zdały. Rekompensowała to praca całego zespołu a zwłaszcza Roberta Smitha, którego głos jakimś niewiarygodnym sposobem od zawsze brzmi tak samo dobrze i nie zmienia barwy wraz z wiekiem. Cały wieczór choć niezwykle udany nie miał niestety atmosfery magii, której można wymagać od zespołu specjalizującego się w zawieraniu jej w każdej sekundzie swoich najlepszych dokonań. Otrzymaliśmy niesamowitą ilość dobrze wykonanej roboty, ale zabrakło ekstatycznych uniesień, na które po cichu liczyłem. Może wiek już nie ten... mówię przede wszystkim o sobie.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6033607082810413024-3151613616830066123?l=zamoichczasow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/feeds/3151613616830066123/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6033607082810413024&amp;postID=3151613616830066123' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/3151613616830066123'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/3151613616830066123'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/2008/02/cure-65-days-of-static-katowice.html' title='The Cure + 65 Days of Static, Katowice, 19.02.2008 (7.2)'/><author><name>Wojtek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04694854930864129944</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6033607082810413024.post-6187706182918852609</id><published>2008-02-13T14:35:00.000-08:00</published><updated>2008-03-04T09:16:59.385-08:00</updated><title type='text'>Be Your Own Pet - Get Awkward (7.5)</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://bp2.blogger.com/_8-9HZFvdWmk/R82D_HvfwhI/AAAAAAAAABg/AC7qsnnI4-k/s1600-h/51tLqXAOsfL._SS500_.jpg"&gt;&lt;img style="float:center; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;" src="http://bp2.blogger.com/_8-9HZFvdWmk/R82D_HvfwhI/AAAAAAAAABg/AC7qsnnI4-k/s320/51tLqXAOsfL._SS500_.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5173936667351826962" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;pamiętacie jeszcze te dzieciaki? 2 lata temu wydali świetny debiutancki album poparty solidnymi singlami i narobili trochę zamieszania w prasie, głównie brytyjskiej. totalnie bezpretensjonalne punkowe petardy w wykonaniu nastoletnich mieszkańców nashville z charyzmatyczną i urodziwą ( i już pełnoletnią, wink wink) Jeminą Pearl na froncie. do tego trochę absurdalnego poczucia humoru w tekstach i klipach i już jest pełen zestaw. nie mogłem się nadziwić, że taka gówniarzeria wyrzuca z siebie takie pokłady energii. z wypiekami czekałem na follow-up i się doczekałem a co najważniejsze jest dokładnie tak jak sobie wymarzyłem. poziom energetyczny - bez zmian. brzmienie - lekko tylko przypolerowane. piosenki - lepsze, co nie znaczy, że bardziej dojrzałe. w tekstach przewijają się wspomnienia imprez kończących się złamanym sercem i podbitym okiem, opisy szkolnych dramatów kończących się w poprawczaku i ogólnych konstatacji w rodzaju 'chłopaki to świnie'. ani grama zadęcia czy grafomanii (i kto to mówi, heh). wybitnie rozrywkowy rock'n'roll będący wypadkową surowej energii The Stooges i zacięcia do melodii prosto z piwnic nowego jorku i okolic. jednakowoż elementem definiującym całość jest to ciągle jeszcze smarkate podejście do sprawy, tytuły piosenek typu 'Food Fight', 'Bitches Leave' albo 'Zombie Graveyard Party' mówią same za siebie. niezwykle wiosenna to płyta, zaczepno-zawadiacka można by rzec. idealnie odstresowuje i pobudza do działań wybitnie niedojrzałych. więcej takich wynalazków poproszę a wszelkie ziołolecznictwo stanie się zbędne. przy okazji dawka bezbolesna, bo całość zamyka się w 33 minutach. w związku z tym recenzja też nie powinna się przedłużać. polecam tych rozbójników, niewiele rzeczy lepiej poprawia nastrój ostatniemi czasy.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6033607082810413024-6187706182918852609?l=zamoichczasow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/feeds/6187706182918852609/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6033607082810413024&amp;postID=6187706182918852609' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/6187706182918852609'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/6187706182918852609'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/2008/02/be-your-own-pet-get-awkward-75.html' title='Be Your Own Pet - Get Awkward (7.5)'/><author><name>Wojtek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04694854930864129944</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://bp2.blogger.com/_8-9HZFvdWmk/R82D_HvfwhI/AAAAAAAAABg/AC7qsnnI4-k/s72-c/51tLqXAOsfL._SS500_.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6033607082810413024.post-1656260420356980354</id><published>2008-02-13T14:00:00.000-08:00</published><updated>2008-02-13T14:25:51.283-08:00</updated><title type='text'>Times New Viking - Rip It Off (1.9)</title><content type='html'>&lt;a href="http://bp0.blogger.com/_8-9HZFvdWmk/R7NuWEKjzYI/AAAAAAAAABE/VaicMGRvtO4/s1600-h/ole-760_rip_it_off.jpg"&gt;&lt;img style="float:center; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;" src="http://bp0.blogger.com/_8-9HZFvdWmk/R7NuWEKjzYI/AAAAAAAAABE/VaicMGRvtO4/s320/ole-760_rip_it_off.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5166594522878299522" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;moja babcia zwykła powtarzać, że wszystko jest dla ludzi. ja sam twierdzę dodatkowo, że wszystkiego w życiu trzeba spróbować chociaż raz. czasem raz wystarczy, już wiem jak to jest, nie podoba mi się, przynajmniej spróbowałem. tak się ma sytuacja z płytą 'przezabawnie' nazywającego się zespoliku (zbyt dużo czasu spędzonego przy msword robi swoje...). zespół ten pochodzi z ohio i gra, powiedzmy, noise-rocka. właściwie ciężko stwierdzić, bo stosunek noise'u do rocka jest jak nieuczciwych polityków do tych pozostałych. czyli jakieś 9 do 1. ja naprawdę wiele jestem w stanie zrozumieć. auralne tortury stosuję nadzwyczaj często, od drillnbassowych trzasków Aphex Twina, przypominających nagranie bójki na noże płyt Converge aż po wszystkie lo-fi wynalazki typu Neutral Milk Hotel czy Camera Obscura. nie przeszkadza mi, kiedy Jack White ustawi za dużą czułość mikrofonu przy nagraniach i tak dostatecznie przesterowanej gitary. gdy pierszy raz usłyszałem te paskudne a do tego umieszczone z premedytacją na płycie pitch-bendy My Bloody Valentine to ugięły się pode mną kolana z wrażenia. jestem fanem dobrej muzyki mimo wszystko, dźwiękowe eksperymenty traktuję z szacunkiem nawet kiedy się nie powiodą i jestem w stanie zaakceptować słaby miks płyty, kiedy zespołu aktualnie nie stać na lepszy mix w profesjonalnym studio. ale w przypadku TNV miarka się przebrała. co innego brudne brzmienie a co innego jego brak z powodu zbyt dużej ilości zakłóceń. tutaj zwyczajnie nic nie słychać bo widocznie pomysłem na brzmienie wieśniaków z ohio jest maksymalna kompresja i dołożenie tyle szumów ile się da. wyobraźcie sobie maksymalnie suchy distortion eksponujący właściwie tylko środek i skrzeczącą górę. i nie uwierzę nigdy, że nie dało się tego lepiej wyprodukować, zwłaszcza w krainie tysiąca i jednego macbooka. jeszcze gdyby pod tym totalnie bezsensownym syfem kryły się melodie warte tych męczarni to wszystko byłoby ok. ale tutaj zwyczajnie nic się nie dzieje. indie-pop na dwa głosy zagrany bez pomysłu i pozbawiony zapadających w pamięć melodii. jedyne co zostaje po odsłuchaniu tego czegoś to ból uszu (nie trzeba wcale słuchać głośno) i żal za bezpowrotnie straconymi minutami. współczuję hipsterom, którzy po przeczytaniu którejś z pozytywnych recenzji (o zgrozo, są takie) ładują ten koszmar na ipoda i ruszają w miasto. znam przyjemniejsze sposoby niszczenia sobie słuchu. jedyny plus(?) jest taki, że utwory rzadko dobijają do granicy 2 minut, kolejny (i ostatni już) minus to fakt, że jest ich aż 16. nie polecam wrogowi.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6033607082810413024-1656260420356980354?l=zamoichczasow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/feeds/1656260420356980354/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6033607082810413024&amp;postID=1656260420356980354' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/1656260420356980354'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/1656260420356980354'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/2008/02/times-new-viking-rip-it-off-19.html' title='Times New Viking - Rip It Off (1.9)'/><author><name>Wojtek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04694854930864129944</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://bp0.blogger.com/_8-9HZFvdWmk/R7NuWEKjzYI/AAAAAAAAABE/VaicMGRvtO4/s72-c/ole-760_rip_it_off.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6033607082810413024.post-2349906564609326417</id><published>2008-02-13T13:24:00.000-08:00</published><updated>2008-02-13T14:33:16.264-08:00</updated><title type='text'>British Sea Power - Do you Like Rock Music? (6.8)</title><content type='html'>&lt;a href="http://bp3.blogger.com/_8-9HZFvdWmk/R7Nnn0KjzXI/AAAAAAAAAA8/kjmZrFYz4ls/s1600-h/doyoulikerockmusic.png"&gt;&lt;img style="float:center; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;" src="http://bp3.blogger.com/_8-9HZFvdWmk/R7Nnn0KjzXI/AAAAAAAAAA8/kjmZrFYz4ls/s320/doyoulikerockmusic.png" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5166587131239583090" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;cóż to za pytanie. podobnie jak panowie z British Sea Power ja również lubię muzykę rockową. w każdej właściwie postaci. i wiele z tych przeróżnych mutacji odnajduję na ich nowej płycie. przepełnionej pasją i rozmachem, którego nie powstydziliby się kanadyjczycy z Arcade Fire. to porównanie pojawia się dość często w kontekście tych dwóch ekip i sporo w nim racji choć osobiście metropolia przekonuje mnie bardziej niż zdolne dominium. jak ja kocham te wibrujące, hipnotyzujące pogłosy, to wręcz symfoniczne brzmienie i podniosłe akordy, to shoegaze'owe echo, gęste niczym wyspiarska mgła. z owej mgły wyłaniają się melodie chwytające za serce z żelaznym uściskiem jak chociażby Waving Flags, piosenka szczególnie bliska mieszkańcom naszego smutnego kraju bo poświęcona tym setkom tysięcy rodaków pracujących na wyspach za płacę minimalną i pijących maksymalne ilości alkoholu. okładka wspomnianego singla to wariacja na temat logo piwa żywiec - i wszystko jasne. nie jest jednak tak jak z autobusem pełnym polaków z holenderskiego paszkwila - tutaj o polakach mówi się raczej ciepło, z pewnym rozżewnieniem i współczuciem dla losu imigranta. jaka piękna to piosenka można przekonać się dzięki klipowi krążącemu tam gdzie zwykle i wszędzie indziej też. ale takich dobroci znajdziemy na płycie więcej, czasem robi się bardzo podniośle (tu znów pierwsze skojarzenie to katedralne dokonania Arcade Fire) czasem jest wręcz punkowo, ale najczęściej jest to stara dobra brytyjska szkoła pisania świetnych, szczerych piosenek. pomyślcie o My Bloody Valentine, The Smiths, a bardziej współcześnie o Doves albo Elbow, wszystko to razem stanowi solidną podstawę, na której British Sea Power budują swoje potężne brzmienie i raczą nas naprawdę przednimi piosenkami. zapomnijcie o przereklamowanych chłopcach z okładek, ich pokazowym spleenie i kiepskim warsztacie tłumaczonym pseudo-punkowym podejściem. British Sea Power dostarczają prawdziwych emocji zawartych w prawdziwej muzyce. przy okazji nos mi podpowiada (a może to jakaś bardziej figlarna część ciała) że zobaczymy w tym roku chłopaków u nas z koncertem, oj zobaczymy. stawiam na rojka i jego kąpieliskową extravaganze. ja już czekam.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6033607082810413024-2349906564609326417?l=zamoichczasow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/feeds/2349906564609326417/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6033607082810413024&amp;postID=2349906564609326417' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/2349906564609326417'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/2349906564609326417'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/2008/02/british-sea-power-do-you-like-rock.html' title='British Sea Power - Do you Like Rock Music? (6.8)'/><author><name>Wojtek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04694854930864129944</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://bp3.blogger.com/_8-9HZFvdWmk/R7Nnn0KjzXI/AAAAAAAAAA8/kjmZrFYz4ls/s72-c/doyoulikerockmusic.png' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6033607082810413024.post-3092478890508835310</id><published>2008-02-09T13:11:00.000-08:00</published><updated>2008-02-11T11:56:32.691-08:00</updated><title type='text'>Meshuggah - obZen (9.0)</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://bp0.blogger.com/_8-9HZFvdWmk/R64efUKjzWI/AAAAAAAAAA0/e--OByQs1II/s1600-h/Obzen.jpg"&gt;&lt;img style="float:center; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;" src="http://bp0.blogger.com/_8-9HZFvdWmk/R64efUKjzWI/AAAAAAAAAA0/e--OByQs1II/s320/Obzen.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5165099345978314082" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;dla tych którzy myśleli, że będzie tylko lekko, łatwo i przyjemnie. nie będzie. rozumiem, że muzyka trolli ze Szwedzkiego lasu jest nieznośna dla 99% konsumentów muzyki, ale mało mnie to obchodzi. muzyka nie zawsze musi być wymagająca, ale ta wymagająca potrafi dać najwięcej satysfakcji. tzw. muzyka 'trudna' to dla jednego może być Miles Davis z okresu elektronicznych eksperymentów, dla innego John Zorn i jego muzyka do kreskówek z piekła rodem a dla jeszcze kogoś szwedzki metal z pozornie zupełnie chaotycznymi podziałami rytmicznymi. w zależności od preferencji, bagażu doświadczeń i oczekiwań w stosunku do słuchanej właśnie muzyki taki kawał kombinatorskiej rzeźni może wprawić w zachwyt albo przyprawić o ból brzucha. Meshuggah w moim przynajmniej przypadku zwyczajnie powala na kolana. pomimo potężnego ciężaru ośmiostrunowych gitar nałożonego na gęstą sieć połamanych rytmów płyta ta wydaje się być finezyjna jak rzadko która. brakuje tutaj tego wyrachowania, które słyszeliśmy na Catch 33, jest więcej thrashowego szaleństwa przywodzącego na myśl zamierzchłe czasy Chaosphere. nie dajmy się jednak zwieść. to ciągle jest muzyczny odpowiednik raczej Hannibala Lectera niż Leatherface'a z piłą mechaniczną w rękach. okrucieństwo, owszem, ale w niezwykle wyrafinowanym wydaniu. Mechuggah z matematyczną precyzją rozprawia się z naszym słuchem i poczuciem równowagi. trzeba się nieźle nagłowić, żeby to sobie wszystko policzyć, ale potem satysfakcja gwarantowana. kiedy cały ten zgiełk przestaje być irytującą plątaniną uderzeń młota pneumatycznego i brzmienia piły łańcuchowej okraszoną wokalami prosto z rozrywanej drutem kolczastym krtani, wtedy wyłania się nieskończone piękno harmonijnie zaprojektowanej i niezwykle szczegółowo przemyślanej układanki. poza tym obZen daje takiego kopa, że ja pierdolę. to tak na marginesie. każdy groove osadzony jest tak głęboko i tak mocno tak jakby za chwilę miał dotrzeć do płynnego jądra ziemi, powierzchniowe szaleństwo jest zakotwiczone na banalnym rytmie, do którego trzeba jednak przedzierać się przez gąszcz polirytmicznych pułapek. z całego tego przedsięwzięcia wypełza energia zdolna zastąpić reaktor jądrowy, fragmenty numerów Lethargic (cóż za ponury żart) czy utworu tytułowego mają siłę kilku megaton. obZen jest jak świetny thriller, jak ekscytująca łamigłówka, którą świetnie jest rozwiązać ale pewnie jeszcze lepiej dać się ponieść jej autorowi aż po sam koniec, na dobre i na złe. tylko dla ludzi o mocnych nerwach.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6033607082810413024-3092478890508835310?l=zamoichczasow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/feeds/3092478890508835310/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6033607082810413024&amp;postID=3092478890508835310' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/3092478890508835310'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/3092478890508835310'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/2008/02/meshuggah-obzen-90.html' title='Meshuggah - obZen (9.0)'/><author><name>Wojtek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04694854930864129944</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://bp0.blogger.com/_8-9HZFvdWmk/R64efUKjzWI/AAAAAAAAAA0/e--OByQs1II/s72-c/Obzen.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6033607082810413024.post-1910837177642858691</id><published>2008-02-09T12:20:00.000-08:00</published><updated>2008-02-13T13:58:58.447-08:00</updated><title type='text'>Muchy - Terroromans (7.1)</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://bp2.blogger.com/_8-9HZFvdWmk/R64TB0KjzVI/AAAAAAAAAAs/OhSdVEaqG0E/s1600-h/05.jpg"&gt;&lt;img style="float:center; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;" src="http://bp2.blogger.com/_8-9HZFvdWmk/R64TB0KjzVI/AAAAAAAAAAs/OhSdVEaqG0E/s320/05.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5165086744544267602" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;kurwa nie mogę. bardzo chciałem, ale nie mogę. niczego nie pragnąłem bardziej w ciągu ostatnich kilku godzin jak napisać, że Muchy są chujowe, że cała ta maksymalnie nakręcona akcja promocyjna z każdej strony to wielka ściema. miałem zacząć od oplucia pretensjonalnego tytułu i triumfalnie skończyć na wymazaniu Poznania z muzycznej mapy Polski. ale najpierw postanowiłem przesłuchać Terrorromans (wrrr) i ... zwyczajnie się nie da. to wszystko co przeczytaliście wszędzie indziej, usłyszeliście w radio a być może nawet w tv - to wszystko prawda. ta płyta nie tylko jest dobra, nie tylko jest najlepszą polską płytą rockową ostatniego roku (no, powiedzmy, że ex-aequo z New York Crasnals, to dla tych nietańczących), ale do tego jakby mimochodem przywraca wiarę w polską muzykę jako taką. nie przesadzam, to wszystko niestety prawda. te wszystkie lata cierpień wyrządzonych przez różne pidżamy, comy i inne beztalencia, wszystkie muzyczne jedynki i minimaxy, Muchy jako jedna z nielicznych polskich kapel daje zadośćuczynienie  za te wszystkie koszmary. począwszy od bezsprzecznie chwytliwych melodii, aranżacji przyprawiających o migotanie zastawek każdego fana The Smiths aż po z leksza jedynie pretensjonalne teksty (to i tak na naszej scenie sukces). najlepsze chyba jest to, że płyta robi wrażenie jako całość a nie tylko jako zbiór kilku singli doprawionych zapychaczami. najzwyczajniej świetnie się tego słucha od początku do końca. gdzieś czytałem, że to fajnie, że Muchy wracają do polskiego rocka lat 80tych i wyciągają z niego to co najlepsze. gówno prawda. jeżeli wyciągają cokolwiek z lat słusznie minionych 80tych (a owszem, wyciągają) to raczej z okolic Manchesteru niż, powiedzmy, Łodzi. to jest raczej 'cold wave' niż 'zimna fala'. i chwała im za to, bo po przeczytaniu wspomnianego fragmentu stanął mi przed oczami koszmar w postaci wczesnego Bajmu czy innego Kombi. na szczęście wszystkie te retro-brzmienia są zupełnie bezbolesne a miejscami nawet bardzo światowe. przy całej mojej wrodzonej i niejednokrotnie wyrażanej niechęci do wszystkiego, co polskie, muszę przyznać z niekłamanym bólem, że Muchy nagrały świetną płytę. i nie szkodzi, że pewnie jakieś 80% ich widowni to młodzież z tapirem na głowie i Ianem Curtisem w klapie. jest im to wybaczone. kupujta Terroromans bez strachu. dobre, choć polskie. skończyłem.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6033607082810413024-1910837177642858691?l=zamoichczasow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/feeds/1910837177642858691/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6033607082810413024&amp;postID=1910837177642858691' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/1910837177642858691'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/1910837177642858691'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/2008/02/muchy-terroromans-77.html' title='Muchy - Terroromans (7.1)'/><author><name>Wojtek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04694854930864129944</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://bp2.blogger.com/_8-9HZFvdWmk/R64TB0KjzVI/AAAAAAAAAAs/OhSdVEaqG0E/s72-c/05.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6033607082810413024.post-8869299379259972111</id><published>2008-02-06T13:39:00.000-08:00</published><updated>2008-02-09T13:06:51.180-08:00</updated><title type='text'>VA - Juno OST (8.9)</title><content type='html'>&lt;a href="http://bp1.blogger.com/_8-9HZFvdWmk/R6oy1ynSPmI/AAAAAAAAAAc/GPV4JWNL9cM/s1600-h/51izqws1zCL._SS500_.jpg"&gt;&lt;img style="float:center; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;" src="http://bp1.blogger.com/_8-9HZFvdWmk/R6oy1ynSPmI/AAAAAAAAAAc/GPV4JWNL9cM/s320/51izqws1zCL._SS500_.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5163995822434696802" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;w ostatnich latach trafiło się kilka soundtracków, które poważnie zatrzęsły półświatkiem indie-młodzieży. dzięki koleżance Sophii Coppoli niektórzy dowiedzieli się kim jest Kevin Shields i dlaczego Loveless to najlepsza płyta lat 90tych. Wes Anderson zatroszczył się o to, żeby młodzież nie kojarzyła The Rollings Stones tylko z reklamą snickersa i pokazał, że 90% nowomodnych kapel garażowych prężących się na okładkach Q czy NME nagrywa melodie, które The Kinks albo The Who nagrali głupie 40 lat temu. po drodze był jeszcze Zach Braff, który odkopał Nicka Drake'a i wylansował m.in. Imogen Heap. teraz Jason Reitman nie tylko nakręcił najlepszy film roku 2007 ale sklecił jeszcze do niego najlepszy soundtrack jaki słyszałem od czasów Andersonowskiego Life Aquatic with Steve Zissou. &lt;br /&gt;co my tu mamy? przede wszystkim nagrania znanej(?) z The Moldy Peaches i promującej właśnie solową płytę Kimyi Dawson. w przeważającej większości ascetyczne nagrania Dawson, w których słychać jedynie ją i gitarę akustyczną mają całe tony nieodpartego uroku. nieco apatyczny ale i autentyczny głos i proste jak amerykańskie autostrady melodie przypominają nagrania Willy'ego Masona. różnica polega na tym, źe tam, gdzie Willy śpiewa o korporacyjnej chciwości i zapomnianej, farmerskiej ameryce, Kimya Dawson śpiewa o tym, że lubi chłopców, którzy szanują swoje matki. dosłownie. nie zapomina jednak rzucić obligatoryjne 'fuck Bush and fuck this war', co choć budzi zrozumienie to w cieniu chylącej się ku upadkowi prezydentury G.W.H.Busha trąci myszką i może być opacznie rozumiane jako pretensjonalne. ok, Bush to szatan, rozumiemy, zajmijcie się pisaniem piosenek. mam rację?&lt;br /&gt;tak czy siak, na płycie znajdujemy kilku innych przedstawicieli nurtu płaczliwo-akustycznego zwanego neo-folkiem, americaną czy czym tam jeszcze. jest Cat Power z przepiękną piosenką o wymownym tytule Sea of Love. są klasycy w postaci Belle&amp;Sebastian, Sonic Youth (genialny cover The Carpenters), Velvet Underground czy wspomniani już The Kinks. jest wreszcie sam Buddy Holly, który zza grobu udowadnia, że wszystkie najfajniejsze melodie świata są już zajęte. jedynym minusem wydawnictwa niemal doskonałego są dwie piosenki zespołu Antsy Pants, który jest równie niedorzeczny jak jego nazwa i współudział Kimyi Dawson w tym projekcie nie jest usprawiedliwieniem dla tekstów typu 'i am a vampire and i lost my fangs'. litości... &lt;br /&gt;w amerykańskich sklepach soundtrack bije rekordy popularności podobnie jak wcześniej film w kinach. u nas premiera dopiero w kwietniu (litość i trwoga...), czyli już po oscarach, których Juno zgarnie kilka, daję słowo. soundtrack zasługuje na wszelkie nagrody z pewnością. jeżeli masz w sobie chociaż krztynę przyzwoitości i dobrego smaku biegusiem udasz się do najbliższego sklepu w dniu premiery płyty i od progu zażądasz wydania tej w pomarańczowe paski o śmiesznym tytule.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6033607082810413024-8869299379259972111?l=zamoichczasow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/feeds/8869299379259972111/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6033607082810413024&amp;postID=8869299379259972111' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/8869299379259972111'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/8869299379259972111'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/2008/02/ost-juno-89.html' title='VA - Juno OST (8.9)'/><author><name>Wojtek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04694854930864129944</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://bp1.blogger.com/_8-9HZFvdWmk/R6oy1ynSPmI/AAAAAAAAAAc/GPV4JWNL9cM/s72-c/51izqws1zCL._SS500_.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-6033607082810413024.post-4666359663870435091</id><published>2008-02-06T06:35:00.000-08:00</published><updated>2008-02-06T13:32:54.406-08:00</updated><title type='text'>Saves the Day - Under the Boards (5.3)</title><content type='html'>&lt;a href="http://bp0.blogger.com/_8-9HZFvdWmk/R6onUinSPkI/AAAAAAAAAAM/E_if8OfoJ0M/s1600-h/savetheday.jpg"&gt;&lt;img style="float:center; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;" src="http://bp0.blogger.com/_8-9HZFvdWmk/R6onUinSPkI/AAAAAAAAAAM/E_if8OfoJ0M/s320/savetheday.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5163983156576140866" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;new jersey. coś w rodzaju amerykańskiego górnego śląska. kopalnie, zakłady chemiczne, smród i bieda. no, też amerykańska, czyli na jednego mieszkańca przypada nie 7 a zaledwie 5 samochodów. wszyscy wiedzą gdzie to jest, ale nikt się tam nie wybiera bo i po co. w takich warunkach rockowe granie zazwyczaj ma się znakomicie, i faktycznie z NJ wywodzi się cała chmara lepszych i gorszych zespołów, od samego Bossa przez Bon Jovi na młodocianych, budzących grozę My Chemical Romance skończywszy. to z tych bardziej popularnych. z tych trochę mniej należy wymienić Saves the Day, protoplastów trzeciej, czy tam, czwartej fali east coast emo. kiedyś nagrali ich własny Pinkerton czyli Through Being Cool z 1999r. no ale to było prawie 10 lat temu... i faktycznie, lata mijają a Chris Conley jakby opada z sił a może zwyczajnie się starzeje. i chociaż nowe piosenki mogą się podobać, ciągle są to w większości bezboleśnie przyjmowane przez każdego fana sympatyczne kompozycje o bzdurach, którymi najbardziej przejmujesz się mając 17 lat, to czegoś im brakuje. może to ja jestem za stary i jakoś z Chrisem przestaliśmy się dogadywać jak dawniej. niektóre utwory są zwyczajnie nudne a teksty wydają się śmieszne, kiedy zdajemy soebie sprawę, że śpiewa je prawie trzydziestoletni facet. z drugiej strony ja sam czekam posikany z podniecenia na myśl o nowym albumie Weezera (podejrzewam, że Chris ma tak samo) a tam to dopiero polecą teksty godne 16to letniej dziewczynki. różnica polega na tym, że o ile mnie wyczucie nie myli to Rivers Cuomo zachowuje zdrowy dystans do tego co pisze i śpiewa a kolga Conley jest po uszy zanużony w patosie, osiąga szczyty użalania się nad sobą, niektóre fragmenty nowej płyty mogą brzmieć jak mieszanka pop-punkowej swady z megalomanią zarezerwowaną dla Matta Bellamy'ego z Muse. na szczęście są to tylko fragmenty. nie jest to słaba płyta, jakaś przełomowa też nie. raczej dla młodszej siostry niż koleżanki z plakatem radiohead na ścianie. chociaż co ja tam wiem...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/6033607082810413024-4666359663870435091?l=zamoichczasow.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/feeds/4666359663870435091/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=6033607082810413024&amp;postID=4666359663870435091' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/4666359663870435091'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/6033607082810413024/posts/default/4666359663870435091'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://zamoichczasow.blogspot.com/2008/02/saves-day-under-boards.html' title='Saves the Day - Under the Boards (5.3)'/><author><name>Wojtek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/04694854930864129944</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://bp0.blogger.com/_8-9HZFvdWmk/R6onUinSPkI/AAAAAAAAAAM/E_if8OfoJ0M/s72-c/savetheday.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry></feed>
